„Skandynawskie studium winy w cieniu politycznych podziałów. Dobry, ale dlaczego aż 157 minut?"
„Skandynawskie studium winy w cieniu politycznych podziałów. Dobry, ale dlaczego aż 157 minut?"
Trzynastolatka śmiertelnie rani kolegę z klasy na szkolnym boisku. Ten monumentalny norweski dramat to chłodne, ale pełne emocji studium dorosłych, którzy desperacko próbują zapanować nad chaosem.
Przerwa lekcyjna w norweskiej szkole kończy się tragedią. Trzynastoletnia Lykke, córka prominentnego działacza Partii Pracy, wdaje się w bójkę ze swoim kolegą, Jamiem. Chłopiec trafia do szpitala, gdzie niedługo potem umiera. Sytuacja jest o tyle napięta, że ojciec ofiary to znany prawicowy polityk. W samym środku tego polityczno-medialnego cyklonu ląduje Liv – dyrektorka szkoły, która musi jakoś przeprowadzić swoją społeczność przez żałobę. Problem w tym, że Liv ma ogromny konflikt interesów: po cichu sypia z ojcem zmarłego chłopaka.
Dag Johan Haugerud to twórca o dość nietypowym zapleczu – z wykształcenia jest bibliotekarzem, a w Norwegii znany jest również jako uznany powieściopisarz. Ta literacka cierpliwość mocno przebija się przez ekran. Amerykańskie kino wycisnęłoby z tego materiału głośny melodramat pełen łez na szkolnych korytarzach, ale Haugerud daje swojej historii czas na oddech. Zamiast szukać winnych, woli mnożyć perspektywy, przyglądając się cichej agonii dorosłych. Recenzent magazynu The Hollywood Reporter trafnie zauważył, że choć na ekranie padają szokujące słowa, to rzadko kiedy ktokolwiek podnosi głos. Wszyscy desperacko trzymają się procedur i dobrych manier, bo tylko to im zostało, gdy nagle zawalił się ich poukładany świat.
W tle osobistej tragedii buzuje konflikt dwóch skrajnych wizji społeczeństwa – lewicowej empatii rodziny sprawczyni i konserwatywnego rygoru ojca ofiary. Reżyser ucieka jednak od publicystycznych skrótów. Dużo bardziej interesują go niezręczne rozmowy w pokoju nauczycielskim i momenty, w których dorośli zachowują się znacznie gorzej niż dzieci. Krytyk portalu Cineuropa był pod tak wielkim wrażeniem tej precyzji, że po weneckiej premierze nazwał dzieło Haugeruda najlepszym 157-minutowym norweskim filmem humanistycznym, jaki kiedykolwiek powstał. To kino szalenie niekomfortowe, ale właśnie przez to tak boleśnie prawdziwe.