„Blanchett koncertowo dyryguje własnym upadkiem i cancel culture."
„Blanchett koncertowo dyryguje własnym upadkiem i cancel culture."
Apple TV Store
Google Play Movies
YouTube
Amazon Video
Rakuten TV
Pilot WP
Apple TV Store
Google Play Movies
YouTube
Amazon Video
Rakuten TV
Pilot WP Cate Blanchett jako genialna i absolutnie bezwzględna dyrygentka, która z własnego życia robi teatr. Surowe, hipnotyzujące kino o władzy, która korumpuje niezależnie od płci czy orientacji.
Lydia Tár ma wszystko. Jest pierwszą w historii kobietą, która stanęła na czele słynnej berlińskiej orkiestry, do tego zdobyła wszystkie najważniejsze nagrody w branży, a w domu czeka na nią żona i adoptowana córka. Właśnie przygotowuje się do nagrania V Symfonii Mahlera i wydania autobiografii. Zamiast wielkiego triumfu, nadchodzi jednak upadek. Zaczyna się od drobnych pęknięć, szeptów na korytarzach i oskarżeń o nadużycia wobec młodych podopiecznych. Wokół wybitnej dyrygentki zaciska się pętla, a jej uporządkowany, sterylny świat powoli pogrąża się w paranoi.
Zobacz recenzje filmu „Tár" na YouTube
To, co Todd Field zrobił w Tár, to absolutny majstersztyk w portretowaniu władzy. Lydia jest lesbijką, która rozbiła szklany sufit w potwornie konserwatywnym, zdominowanym przez mężczyzn środowisku muzyki klasycznej. Ale reżyser nie robi z niej ofiary systemu. Przeciwnie - pokazuje, że Tár przejęła najgorsze, toksyczne cechy swoich mistrzów. Traktuje ludzi jak instrumenty, których można użyć i odłożyć na półkę, gdy przestaną czysto grać. Oglądanie, jak Cate Blanchett powołuje do życia tę apodyktyczną, magnetyczną i przerażającą postać, to czysta przyjemność, nawet jeśli sama bohaterka budzi w nas coraz większy wstręt. Owen Gleiberman z magazynu Variety ujął to idealnie, pisząc, że "aktorka tworzy studium władzy, pasji i poczucia uprzywilejowania w filmie tak prawdziwym, że aż pochłaniającym".
Właśnie ten realizm to największa pułapka, w którą wpadli widzowie na całym świecie. Po premierze internet zaroił się od pytań, kim właściwie jest prawdziwa Lydia Tár. Field zbudował ten fikcyjny świat tak drobiazgowo, operując autentycznymi nazwiskami, prawdziwymi instytucjami i hermetycznym żargonem, że momentami film przypomina chłodny dokument. Nic dziwnego, że Martin Scorsese stwierdził w jednym z wywiadów, że ten obraz przywrócił mu wiarę w kino. To dzieło, które nie podaje gotowych odpowiedzi na temat kultury unieważniania czy oddzielania sztuki od artysty, ale zmusza do tego, żebyśmy sami wydali wyrok na kobietę na podium.