„Bezwzględnie przyłączamy się do zachwytów, ach-ów i ech-ów. To film zajmujący stałe miejsce na naszej krótkiej liście pozycji obowiązkowych."
„Bezwzględnie przyłączamy się do zachwytów, ach-ów i ech-ów. To film zajmujący stałe miejsce na naszej krótkiej liście pozycji obowiązkowych."
HBO Max
Polsat Box Go
Apple TV Store
Google Play Movies
YouTube
Amazon Video
Rakuten TV
Pilot WP
Apple TV Store
Google Play Movies
YouTube
Amazon Video
Premiery Canal+
Rakuten TV
Pilot WP Upalne włoskie lato, leniwe popołudnia i pożądanie, które burzy dotychczasowy spokój. Zmysłowa opowieść o pierwszej miłości, która pachnie dojrzewającymi w słońcu brzoskwiniami.
Północne Włochy, lato 1983 roku. Siedemnastoletni Elio Perlman spędza wakacje w zabytkowej willi swoich rodziców. Dnie płyną mu na transkrybowaniu muzyki klasycznej, czytaniu książek, pływaniu w rzece i niezobowiązujących flirtach z rówieśniczką Marzią. Ta leniwa, idylliczna rutyna zostaje przerwana, gdy do posiadłości przybywa Oliver - pewny siebie amerykański stypendysta, który ma pomagać ojcu Elia w badaniach nad starożytnością. Początkowa niechęć i dystans między chłopakami powoli topnieją w słońcu Italii, ustępując miejsca fascynacji, która nieodwracalnie zmieni życie nastolatka.
Zobacz recenzje filmu „Tamte dni, tamte noce" na YouTube
Siła filmu Luki Guadagnina tkwi w tym, jak bezwstydnie obezwładnia widza zmysłami. Tamte dni, tamte noce to kino przesiąknięte fizycznością - czuć tu pot perlący się na skórze po rowerowej przejażdżce, lepkość nagrzanych słońcem ciał i słodycz soku z dojrzewających owoców. Łukasz Maciejewski zauważa na łamach naszego portalu, że to opowieść o specyficznym letnim marazmie, gwałtownym przejściu "od nudy życia do nudy zmysłów". Guadagnino nigdzie się nie spieszy, pozwala nam po prostu zanurzyć się w tej rzeczywistości, poczuć zapach rozgrzanej ziemi i usłyszeć wszechobecne cykady.
Włoska prowincja lat 80. to w tym filmie coś więcej niż tylko estetyczne tło pełne starych fiatów, krótkich szortów i rozpiętych koszul. To przede wszystkim cholernie bezpieczna bańka. Guadagnino celowo wykreował utopię, w której nie ma homofobicznej przemocy, lęku przed AIDS czy ukrywania się po kątach z poczucia wstydu. Elio i Oliver mogą eksplorować wzajemne przyciąganie na własnych zasadach, otoczeni kulturą antyku i wsparciem wyrozumiałych rodziców. To ogromna rzadkość w kinie queerowym, które przez dekady karmiło nas niemal wyłącznie historiami o traumie i bolesnym odrzuceniu.
Za to subtelne podejście do tematu odpowiada James Ivory - weteran kina LGBT i twórca kultowego Maurycego. Adaptując powieść André Acimana, stworzył tekst, który krytyk portalu EmptyScreens nazywa "namiętnym, a jednocześnie eleganckim". Nie znajdziecie tu wielkich, pretensjonalnych wyznań miłosnych. Zamiast nich jest intelektualne przeciąganie liny, ukradkowe spojrzenia i bezbłędna, wręcz onieśmielająca chemia między Timothée Chalametem a Armiem Hammerem. A kiedy nadchodzi nieunikniony koniec lata, film uderza z taką siłą, że słynna finałowa scena przed kominkiem - z cichym śpiewem Sufjana Stevensa w tle - po prostu łamie serce.
Włochy, miejscowość nieznana, w książce podawana jako "B.", o ile mnie pamięć nie myli. Co roku, jak to zawsze jest w rodzinie głównego bohatera i w tradycji oraz duchu nawiązywania nowych znajomości wraz z otrzymywaniem kartek na Boże Narodzenie, przyjeżdża osoba mająca pomóc Panu Perlmanowi przez godzinę dziennie, na okres wakacji, mieszkając wraz z całą rodziną w pięknej miejscowości. Tak oto poznajemy Vincenta, 24-letniego mężczyznę, który wprowadził się do domu Elio, a dokładniej rzecz mówiąc, do jego pokoju, co przyczynia się do przeniesienia się Włocha do pomieszczenia po zmarłym dziadku. Z czasem jednak (co w książce zostało pokazane zupełnie inaczej - na filmie aż tak tego nie widać, chociażby z tego powodu, iż nie możemy odczytać myśli 17-latka) mężczyźni zaczynają czuć coś więcej niżeli tylko przyjaźń, nawet jeżeli początkowe zawieranie znajomości nie wyglądało najlepiej.
Do czynienia mamy z produkcją, nad którą producenci się postarali pod względem oddania klimatu tamtejszych lat, ale moim zdaniem za bardzo. Cały film zdaje się emanować tylko małą dawką realizmu, zaś nie mamy czasu na zapoznanie się z uczuciami postaci wraz z ich historią oraz myślami, przez co, oczywiście moim zdaniem, historia zdaje się być "flakowata", a kto wie, może nawet płytka, bez większego przesłania. Ciekawie byłoby zapoznać się z tym, co targa nimi od wewnątrz, wszak zaś otrzymujemy częściowe romansidło, częściową tragedię. Tylko pod koniec zostajemy zaszokowani/zaatakowani sceną, która ma na celu wzbudzić wzruszenie do głównego bohatera, dodając szczypty tragizmu do całokształtu produkcji filmowej. Szkoda, że zakończenie oraz cała opowieść przedstawiona na ekranie monitora ma się nijak co do oryginału (wiele informacji zostało ominiętych), do którego bardzo gorąco zachęcam i na pewno nie zostaniecie zawiedzeni zakończeniem - przedstawiającym już dalszą przyszłość. Na pewno znajdzie się tam więcej odpowiedzi na pytania dotyczące domowników i na pewno nie poczucie pewnego rodzaju niedosytu wynikającego z niedokończonej historii. Film polecam, aczkolwiek książka, jak to zwykle bywa, zaciekawiła mnie bardziej i stała się jedną z ulubionych.