„Ckliwe, ale filmy o miłości mają prawo być ckliwe!"
„Ckliwe, ale filmy o miłości mają prawo być ckliwe!"
CHILI
CHILI Znany pisarz wraca do rodzinnego miasteczka i przypadkiem spotyka syna swojej pierwszej miłości. Wspomnienia z lat 80. uderzają z pełną siłą.
Stéphane Belcourt, uznany pisarz, od lat unikał swojego rodzinnego miasteczka. Wraca tam właściwie tylko z obowiązku - ma być twarzą jubileuszu lokalnej rozlewni koniaku. Na miejscu rutynowa wizyta zmienia się w emocjonalne trzęsienie ziemi. Mężczyzna wpada na Lucasa, młodego chłopaka, który okazuje się synem Thomasa - pierwszej, głęboko ukrywanej miłości Stéphane'a z czasów licealnych. To nieoczekiwane spotkanie staje się dla pisarza zapalnikiem. Wraca rok 1984, gorące lato na francuskiej prowincji i namiętność, która musiała pozostać w tajemnicy.
Zobacz recenzje filmu „Skończ z tymi kłamstwami" na YouTube
Książkowy pierwowzór filmu to nie jest zwykła fikcja literacka. Skończ z tymi kłamstwami to boleśnie szczera autobiografia głośnego francuskiego pisarza, Philippe'a Bessona (na ekranie ukrytego pod nazwiskiem Belcourt). Kiedy powieść trafiła na rynek w 2017 roku, natychmiast ustawiła się kolejka chętnych do jej zekranizowania. Besson odrzucił jednak większość ofert i powierzył swoją historię Olivierowi Peyonowi. Powód był prosty - reżyser przeczytał książkę w dniu premiery i od razu chwycił za telefon, czując, że ta opowieść po prostu musi trafić na ekran. To osobiste zaangażowanie obu twórców czuć tu w każdym kadrze; to nie jest chłodna adaptacja, ale bardzo intymne rozliczenie z demonami przeszłości.
Peyon buduje swój film na ostrym kontraście. Z jednej strony mamy współczesność, pełną niedopowiedzeń i napięcia relację dojrzałego pisarza z synem dawnego kochanka, a z drugiej - retrospekcje z połowy lat 80. Krytycy serwisu Loud and Clear słusznie zauważają, że te młodzieńcze sceny "ukazują niewinność odkrywania własnej seksualności", ale jednocześnie brutalnie zderzają się z "tłem ignoranckiej Francji, w której bycie otwarcie gejem po prostu nie było bezpieczne". To właśnie ten duszny klimat małego miasteczka, gdzie patriarchat i dbanie o pozory dyktowały ludziom życiorysy, nadaje historii prawdziwego ciężaru.
Zamiast typowego, łzawego melodramatu, dostajemy tu gorzką opowieść o tym, jak niszczące potrafi być ukrywanie własnej tożsamości. To kino, które zderza młodzieńczą euforię z żalem za straconym czasem, udowadniając, że niektóre duchy nigdy nie przestają nas nawiedzać, a pierwsza miłość potrafi zdefiniować całe dorosłe życie.