„Dla fanów musicali - koniecznie! Dla fanów Garfielda - spoko. Dla reszty - może być."
„Dla fanów musicali - koniecznie! Dla fanów Garfielda - spoko. Dla reszty - może być."
Netflix Andrew Garfield wciela się w geniusza Broadwayu, któremu boleśnie kończy się czas. To pulsujący emocjami hołd dla Jonathana Larsona i nowojorskiej bohemy w cieniu epidemii AIDS.
Nowy Jork, rok 1990. Jon zarabia na czynsz, podając kawę w słynnym Moondance Diner, ale w głowie słyszy tylko jedno: nieustanne tykanie zegara. Za kilka dni skończy trzydzieści lat i czuje, że to ostateczny termin, by odnieść w życiu jakikolwiek sukces. Od lat pisze wymarzony musical, wierząc, że zmieni nim historię teatru. Presja jednak rośnie z każdej strony. Jego dziewczyna Susan ma dość życia w ciągłej biedzie i marzy o wyprowadzce z miasta, a najlepszy przyjaciel, Michael, dawno porzucił artystyczne ideały na rzecz ciepłej posady i stabilności finansowej. Jon musi zdecydować, ile jest w stanie poświęcić dla sztuki, próbując jednocześnie poskładać swoje relacje, zanim czas ostatecznie się skończy.
Zobacz recenzje filmu „tick, tick... BOOM!" na YouTube
To tykanie ma w filmie podwójne, niezwykle bolesne dno. Z jednej strony to potężny lęk przed starzeniem się i zawodowym niespełnieniem, co genialnie oddaje otwierający numer muzyczny. Jak zauważa recenzent portalu MSB Reviews, to jedna z najbardziej uzależniających piosenek, jakie prawdopodobnie kiedykolwiek słyszałem w filmie. Lin-Manuel Miranda w swoim reżyserskim debiucie świetnie bawi się formą, płynnie przeskakując między zadymionym klubem, w którym Jon wyśpiewuje swój monolog, a twardą rzeczywistością jego nowojorskiego życia. Wszędzie tam jednak brutalnie wdziera się poczucie uciekających przez palce dni.
Pod tą chwytliwą, broadwayowską powierzchnią kryje się jednak mroczna rzeczywistość queerowej społeczności tamtych lat. Kiedy Jon histeryzuje, że w wieku trzydziestu lat nie ma jeszcze na koncie wielkiego hitu, jego znajomi dosłownie walczą o każdy kolejny dzień życia. Epidemia wirusa HIV nie jest w tick, tick... BOOM! jedynie estetycznym tłem z epoki. To realne widmo przedwczesnej śmierci, które bezlitośnie weryfikuje priorytety głównego bohatera. Miranda nie ucieka przed dyskomfortem – bez owijania w bawełnę zderza artystyczny egocentryzm Jona z przerażającymi diagnozami medycznymi, które po cichu wyrokują o losie jego najbliższych, w tym ukochanego przyjaciela, Michaela.
Ta świadomość absolutnej kruchości życia sprawia, że kreacja Andrew Garfielda nabiera zupełnie innej wagi. Krytyk serwisu Movies Review 101 stwierdził, że aktor daje tu najlepszy występ w swojej karierze, ożywiając tego człowieka i ukazując kreatywnego geniusza, którym był. I trudno się z tym nie zgodzić, gdy patrzy się, jak Garfield skacze po meblach i wylewa z siebie litry potu, desperacko próbując prześcignąć własne życie. Cała ta wibrująca, neurotyczna energia uderza ze zdwojoną siłą, gdy przypomnimy sobie prawdziwe losy kompozytora. Jonathan Larson zmarł nagle na tętniaka aorty zaledwie kilka lat po wydarzeniach z filmu, w noc poprzedzającą premierę swojego legendarnego musicalu Rent. Nigdy nie zobaczył własnego triumfu. Zostawił po sobie dzieło, które ocaliło pamięć o jego odchodzących przyjaciołach, i ten filmowy testament przypominający, że tytułowa bomba tyka dla każdego z nas.
FILM | dramat Tár USA, 2022