„Trochę Dolan, ale niemiecki. Można obejrzeć, bo to solidny debiut."
„Trochę Dolan, ale niemiecki. Można obejrzeć, bo to solidny debiut."
Parvis woli imprezować i scrollować Grindra, niż myśleć o przyszłości. Zderzenie z rzeczywistością przychodzi, gdy trafia na odróbki do ośrodka dla uchodźców i poznaje rodzeństwo z Iranu.
Parvis to bananowy chłopak z Hildesheim, który korzysta z życia na pełnej petardzie. Jako urodzony w Niemczech syn irańskich imigrantów ma wszystko, o czym inni mogą tylko pomarzyć - akceptujących rodziców, wolność i czas na niekończące się imprezy oraz szybkie randki. Kiedy po drobnej kradzieży w sklepie musi odpracować godziny społeczne jako tłumacz w lokalnym ośrodku dla uchodźców, jego wygodna bańka pęka. Poznaje tam Amona i jego siostrę Banafshe, którzy uciekli z Iranu i w zawieszeniu czekają na azyl. Między chłopakami szybko iskrzy, ale rodzące się uczucie brutalnie weryfikuje ich status prawny. Dla Parvisa Niemcy to plac zabaw, dla Amona i Banafshe - ciągły strach przed deportacją.
Zobacz recenzje filmu „Przyszłość należy do nas" na YouTube
To nie jest kolejna uładzona opowieść o trudach asymilacji, bo reżyser Faraz Shariat wlał w ten film ogromną część własnego życia. Kiedy w pierwszej scenie oglądamy domowe nagranie z kasety VHS, na którym mały chłopiec tańczy w kostiumie Czarodziejki z Księżyca, patrzymy na samego reżysera z czasów dzieciństwa. Twórca zaciera tu granice między fikcją a dokumentem do tego stopnia, że w role rodziców Parvisa wcielili się prawdziwi rodzice Shariata. Zespół produkcyjny nazywa ten projekt kinem "autofikcyjnym", a recenzentka magazynu akweb.de trafnie zauważa, że film jest "z jednej strony wyciągnięty z samego siebie, a z drugiej to nadające się na Instagram kino popcornowe, autentyczne i jednocześnie przerysowane". To właśnie ta rozbrajająca szczerość sprawia, że historia uderza tak celnie.
Shariat bez znieczulenia, ale i bez taniego dydaktyzmu pokazuje rasizm, z którym na co dzień mierzą się osoby o innym kolorze skóry. Kiedy Parvis ląduje w łóżku z białym Niemcem, po wszystkim słyszy w ramach "komplementu", że facet zazwyczaj nie sypia z obcokrajowcami. Reakcja głównego bohatera - rzucenie z uśmiechem, że on sam nie leci na starzejące się niemieckie "ziemniaki" - idealnie oddaje ton całego filmu. Futur Drei nie bawi się w ofiary. Tytułowy "czas przyszły trzeci", który w niemieckiej gramatyce jeszcze nie istnieje, to obietnica zupełnie nowej narracji w kinie.
Wizualnie to pulsujący, neonowy teledysk, który potrafi w ułamku sekundy zmienić się w surowy dramat społeczny. Klubowe noce zderzają się tu z przygnębiającą rzeczywistością urzędów, plastikowymi krzesłami i systemową obojętnością. Ta huśtawka nastrojów świetnie podbija emocje, zwłaszcza gdy radosne odkrywanie własnej seksualności przez Amona zderza się ze świadomością, co może go czekać po przymusowym powrocie do kraju. Jak pisał krytyk dziennika Die Tageszeitung, produkcja "patrzy tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden niemiecki film". Shariat udowadnia, że o queerowym dorastaniu, polityce i bagażu migracyjnym można opowiadać z rapowym bitem w tle i podniesioną głową.