„Ważny temat coming outu duszony przez telenowelowe schematy."
„Ważny temat coming outu duszony przez telenowelowe schematy."
Amazon Prime Video
FilmBox+
CDA Premium
FilmBox Live Amazon Channel
CHILI
CHILI Katherine Heigl i Alexis Bledel jako para lesbijek planująca ślub. Brzmi jak przepis na hit, ale film Mary Agnes Donoghue to raczej bolesna lekcja tego, jak nie pisać queerowych historii.
Jenny to typowa dziewczyna z konserwatywnej, katolickiej rodziny z Cleveland. Ma trzydziestkę na karku, więc rodzice przy każdym niedzielnym obiedzie wiercą jej dziurę w brzuchu o tykającym zegarze biologicznym i próbują swatać z "porządnymi chłopcami". Nie wiedzą jednak, że Jenny od pięciu lat dzieli życie z Kitty - kobietą, którą cała rodzina uważa po prostu za jej wieloletnią współlokatorkę. Kiedy Jenny postanawia się oświadczyć swojej partnerce i wziąć z nią ślub, musi wreszcie wyjść z szafy. Decyzja o ujawnieniu prawdy wywraca do góry nogami poukładany świat jej rodziców, którzy nagle muszą zmierzyć się z własnymi uprzedzeniami, by nie stracić córki.
Zobacz recenzje filmu „Wesele Jenny" na YouTube
Co ciekawe, mimo naprawdę głośnych nazwisk w obsadzie - na ekranie spotkały się w końcu gwiazda "Chirurgów" i ulubienica widzów z "Kochanych kłopotów" - twórcy mieli ogromne problemy z dokończeniem produkcji. Ostatecznie musieli prosić fanów o zrzutkę na platformie Indiegogo, by w ogóle sfinansować postprodukcję. Z perspektywy czasu trudno się dziwić, że duże studia nie chciały wyłożyć na ten projekt pieniędzy. Krytycy nie zostawili na gotowym dziele suchej nitki.
Justin Chang na łamach Variety bezlitośnie obnażył scenariuszowe braki, pisząc, że całość ogląda się jak "serię ćwiczeń z rozwoju osobistego, w których prowadzi się za rączkę zamkniętych w sobie konserwatystów". I to jest chyba największy problem tego filmu. Zamiast skupić się na romantycznej relacji dwóch kobiet, reżyserka Mary Agnes Donoghue zrobiła opowieść o cierpiących, zszokowanych rodzicach (w tych rolach świetni, ale marnujący tu swój talent Tom Wilkinson i Linda Emond). Same bohaterki zeszły na dalszy plan, a widzowie dostali wyjątkowo toporną lekcję z cyklu "i były tylko współlokatorkami".
Najtrafniej fenomen tego filmu podsumowała Deirdre Fidge z portalu Archer Magazine, uderzając w sedno frustracji queerowej widowni tamtej dekady. "Zabawnym elementem bycia osobą queerową i miłośnikiem kina jest to, że jesteś tak zdesperowany, by zobaczyć podobiznę siebie, że obejrzysz dosłownie każdy film, który ma jakąkolwiek reprezentację LGBT" - zauważyła recenzentka, po czym dodała wprost: "Ten film jest słaby. Naprawdę, strasznie słaby". Biorąc pod uwagę absolutny brak chemii między Heigl a Bledel, Wesele Jenny pozostaje dziś głównie fascynującym reliktem czasów, gdy widzowie brali w kinie cokolwiek, co im rzucono - nawet jeśli było to całkowicie pozbawione smaku.