„Drugi film Xaviera Dolana zebrał bardzo dobre recenzje krytyków i widzów, ceniony za stylową estetykę i wnikliwe portretowanie miłosnej obsesji."
„Drugi film Xaviera Dolana zebrał bardzo dobre recenzje krytyków i widzów, ceniony za stylową estetykę i wnikliwe portretowanie miłosnej obsesji."
Drugi film Xaviera Dolana, opowieść o dwójce przyjaciół z Montrealu — gejowskim Francisie i heteroseksualnej Marie — którzy zakochują się w tym samym tajemniczym blondynie i powoli niszczą swoją przyjaźń w gąszczu projekcji, zazdrości i wyobrażonych gestów. Stylizowany, kampowy melodramat o obsesji.
Marie i Francis to para nierozłącznych przyjaciół z Montrealu — ona stylowa, ironiczna brunetka, on wrażliwy gej z burzą loków i miękkim spojrzeniem. Na jednym z przyjęć poznają Nicolasa*, młodego blondyna o anielskiej urodzie i niepokojąco niejednoznacznym uśmiechu. Od pierwszego spotkania oboje zaczynają interpretować każde jego spojrzenie, każdy gest, każdy SMS jako sygnał. Z czasem ich przyjaźń zamienia się w cichą wojnę podjazdową, a wspólne wieczory — w festiwal kalkulacji, strojenia się i odczytywania nieistniejących znaków. Wyśnione miłości* nie są filmem o romansie, tylko o tym, co dzieje się w głowie, zanim cokolwiek się wydarzy.
Zobacz recenzje filmu „Wyśnione miłości" na YouTube
Drugi film Xaviera Dolana, nakręcony, gdy reżyser miał zaledwie dwadzieścia jeden lat, pokazano w Cannes 2010 w sekcji Un Certain Regard, gdzie zebrał długą owację na stojąco. Dolan, wierny swojemu zwyczajowi totalnego autorstwa, napisał scenariusz, wyreżyserował i zagrał Francisa — rolę najbardziej osobistą, najbardziej obnażoną. Obok niego pojawiają się Monia Chokri jako Marie i Niels Schneider jako Nicolas, który w tej roli funkcjonuje raczej jako ekran do projekcji niż pełnokrwista postać. I właśnie o to chodzi.
Krytyka przyjęła film przychylnie — około 73% pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes i 70/100 na Metacriticu, choć część recenzentek zarzucała Dolanowi nadmiar stylizacji. Bo Wyśnione miłości są filmem zrobionym jak teledysk z dobrej epoki: zwolnione tempa, agresywne kolory, kostiumy traktowane jak zbroja, ścieżka dźwiękowa od Dalidy po Bacha. Wpływy Wonga Kar-waia widać w każdym kadrze, podobnie jak echa Nowej Fali i czystego, kampowego melodramatu. To kino, które estetykę traktuje jako równorzędną bohaterkę.
Montreal w tym filmie jest miastem młodych ludzi, którzy projektują samych siebie z taką samą starannością, z jaką projektują swoje fantazje o innych. Dolan wpisuje się tu w nurt kina autorskiego, w którym styl życia, ubranie i mieszkanie mówią tyle samo co dialog — a dialogu jest tu zaskakująco mało. Postaci milczą, patrzą, palą. Cała reszta dzieje się w wyobraźni.
Dla widzek i widzów LGBT film ma znaczenie szczególne. Francis nie jest „postacią gejowską obok” — jest jedną z dwóch emocjonalnych osi opowieści, a jego pożądanie pokazane jest bez dydaktyzmu, bez coming outu, bez tłumaczenia się. Co więcej, Dolan zestawia heteroseksualną Marie i homoseksualnego Francisa na dokładnie tym samym poziomie: oboje idealizują, oboje czytają w fusach, oboje przegrywają z własnymi projekcjami. Nicolas, z jego flirtem na granicy biseksualności i wystudiowaną niedostępnością, staje się figurą pragnienia samego w sobie — niezależnie od orientacji tych, którzy go pragną. To rzadko spotykany ruch w queerowym kinie: pokazać, że obsesja miłosna nie należy do żadnej płci ani żadnej orientacji, a fantazja jest demokratyczna w swoim okrucieństwie.
FILM | dramat Tár USA, 2022
Oglądałam go dawno temu, więc nie wiem, na ile moja wypowiedź będzie adekwatna, ale serio ten film był pseudointelektualny? Bardziej pamiętam z niego zapętlenie przy samym końcu i wielki fuck w stronę wszystkich bohaterów. Chyba będę musiała obejrzeć jeszcze raz.
Ale jak chcesz Głębię Głębinową, to spójrz na "Zabiłem swoją matkę", tegoż reżysera.
Ps. Ludziom podoba się muzyka z trailera. :D
to dopiero pokręcony film...
Kompletny przerost formy nad treścią. Muzyka w tym filmie była świetna, zdjęcia były piękne i w zasadzie na tym kończą się zalety.
Cała reszta jest sztuczna. Nie wiem czy to kwestia gry aktorskiej (niektórzy "znawcy" tłumaczyli, że to tak specjalnie), ale między bohaterami nie widać niczego. Ani chemii, ani rywalizacji, ani namiętności. Dobór dwóch głównych aktorów ujdzie, ale bohaterka jest odstraszająca.
Nie ma tu tego, czego oczekiwałabym od artystycznego kina mającego wywoływać emocje, poruszać. Dla mnie to "dzieło" nie ma duszy. Nie ukazuje ani nie obnaża stanów, te "niedomówienia" wcale nie pełnią swojej funkcji ani nie ukazują tego, co niby jest między tymi bohaterami. Rozumiem filmy bez błyskotliwych dialogów, gdzie wszystko odczytuje się ze spojrzeń, gestów, otoczki... Tam tego nie ma. A to podobno miało być głównym atutem filmu.
Nie fabuła, która jest banalna ani nie dialogi, które są tam bardzo słabe.
Podsumowując - ten film kompletnie mi się nie podobał, ale sam soundtrack jest wspaniały no i wizualnie w niektórych momentach (kiedy nie trzeba oglądać głównej bohaterki) również cieszy oko. :)
Widać ze nie oglądałaś "Big Love" to dopiero pretensjonalność i pseudoartyzm.
W "Lorence anyway" Dolan rzeczywiście przesadził z forma. Zdjęcia są idealne jak we wszystkich jego filmach, a fabuła, no cóż... Mógł troszeczkę ją dopracować!
A Marie nie jest odstraszająca, jest piękna (na swój sposób, ale jest), może inaczej ma interesującą urodę
Co do ścieżki dźwiękowej muszę się zgodzić, jak zwykle Dolan dał radę i zaproponował coś interesującego i innego