„Klasyk Hollywood z 1961 roku, który przetrwał próbę czasu głównie dzięki ikonicznej kreacji Hepburn i oscarowej muzyce Manciniego, mimo że fabularnie i kulturowo wyraźnie się zestarzał."
„Klasyk Hollywood z 1961 roku, który przetrwał próbę czasu głównie dzięki ikonicznej kreacji Hepburn i oscarowej muzyce Manciniego, mimo że fabularnie i kulturowo wyraźnie się zestarzał."
Player
Apple TV Store
Google Play Movies
YouTube
Amazon Video
CHILI
Rakuten TV
Pilot WP
Apple TV Store
Google Play Movies
YouTube
Player
Amazon Video
CHILI
Premiery Canal+
Rakuten TV
Pilot WP Śniadanie u Tiffany'ego Blake'a Edwardsa to romantyczna komedia z 1961 roku, w której Audrey Hepburn gra Holly Golightly — ekscentryczną nowojorską socialite żyjącą z dnia na dzień, której beztroskie życie komplikuje pojawienie się zakochanego w niej pisarza.
Nowy Jork, świt, kobieta w czarnej sukni stoi przed witryną jubilera i je rogalika z papierowej torby. Jeden kadr, a już wiadomo, że to kino inne niż wszystkie. Śniadanie u Tiffany'ego Blake'a Edwardsa opowiada o Holly Golightly — ekscentrycznej nowojorskiej socialite, która prowadzi życie z pozoru beztroskie, a w rzeczywistości starannie skonstruowane: drogie kolacje, bogaci adoratorzy, zero zobowiązań. Kiedy do sąsiedniego mieszkania na Upper East Side wprowadza się pisarz Paul Varjak, między nimi zaczyna iskrzyć. On zakochuje się w niej nieodwołalnie, ona planuje małżeństwo z brazylijskim arystokratą. Film jest komedią romantyczną, ale z cierpkim posmakiem — Holly ucieka od wszystkiego i wszystkich, a pytanie, czy zdoła uciec od siebie, napędza całą historię.
Zobacz recenzje filmu „Śniadanie u Tiffany'ego" na YouTube
Adaptacja opowiadania Trumana Capote'a z 1958 roku trafiła na ekran dzięki scenariuszowi George'a Axelroda, choć sam Capote był wściekły na efekt końcowy. Pisarz marzył, żeby Holly zagrała Marilyn Monroe — ta jednak odmówiła, obawiając się, że rola "dziewczyny do towarzystwa" zaszkodzi jej wizerunkowi. Paramount Pictures z kolei wolało Monroe od Audrey Hepburn, ale to właśnie Hepburn dostała rolę i zrobiła z niej coś niepowtarzalnego. Jej Holly w małej czarnej Givenchy'ego, z papierosem w długiej lufce, stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii kina. Film wszedł na ekrany 5 października 1961 roku i przy budżecie około 2,5 miliona dolarów zarobił ponad 14 milionów.
Dwa Oscary, które film zdobył w 1962 roku, powędrowały do twórców muzyki — Henry'ego Manciniego za najlepszą muzykę oryginalną oraz Henry'ego Manciniego i Johnny'ego Mercera za najlepszą piosenkę oryginalną Moon River. Napisana specjalnie pod głos Hepburn, o mało nie wylądowała na podłodze montażowni: producenci chcieli ją wyciąć, ale aktorka podobno postawiła sprawę jasno. Hepburn dostała nominację do Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową i zgarnęła Złotego Globa. Na Rotten Tomatoes film trzyma 87 procent i do dziś zbiera entuzjastyczne recenzje — Variety pisało o "whopping part for Audrey Hepburn", a krytycy chwalą przede wszystkim jej urok, chemię z George'em Peppardem i lekki, kapryśny ton całości.
Z perspektywy czasu film ogląda się jednak z mieszanymi uczuciami — i to z kilku powodów. Postać sąsiada Yunioshi, zagrana przez Mickey'ego Rooneyego jako rasistowska karykatura Azjaty, jest dziś słusznie uznawana za jeden z najbardziej żenujących momentów hollywoodzkiego kina tamtej epoki. Sam Rooney w wywiadach z 2008 roku wyrażał zaskoczenie zarzutami rasizmu i żal, że kogoś zranił, podkreślając zarazem, że rola miała być komediowa. Z drugiej strony film ma wyraźny queerowy rodowód: Capote był gejem, a jego Holly to postać świadomie wymykająca się normom płciowym i seksualnym — kobieta, która używa swojej seksualności jako narzędzia emancypacji, nie przynależności. Kodeks Haysa wymusił złagodzenie tej warstwy: w opowiadaniu Holly jest prostytutką, film zamienia ją w nieokreśloną "towarzyszkę", a zamiast otwartego zakończenia dostajemy romantyczny finał. Androgyniczna, nieuchwytna Holly Golightly od dekad funkcjonuje jako queerowa ikona — i chyba właśnie dlatego, mimo upływu ponad sześćdziesięciu lat, wciąż przyciąga nowych widzów.
Po prostu zupełnie subiektywnie uważam,że książkowa Holly była bardziej interesująca i gdyby wierniej ją oddali,wyszłoby może nie tak ładnie,ale za to ciekawiej.
Ale można to zrzucić na moją sympatię do wykolejeńców i niechęć do amerykańskiego przedstawiania rzeczywistości,w której wszystko musi być "nice 'n' easy".No i miłość do Marilyn ;]
Nie widzę nic złego w alternatywnych scenariuszach filmowych. Książka i tak nigdy nie będzie tym samym co film, więc czemu by nie odejść czasami od jej treści i charakteru :)
Owszem,Audrey jest słodka,ale książkowa Holly była bardziej...hmm...tragiczna,złożona (jej pierwowzorem podobno była M.Monroe),miała w sobie więcej smutku,połączonego z dzikością.Była samolubna i dało się jej nie lubić-pod maską słodkiej cwaniary skrywała się osoba dość mroczna i nieszczęśliwa.
Mam wrażenie,że u filmowej Holly zostawili tylko tę maskę,pominęli wszystkie niedopowiedzenia,wyszło to tak cukierkowo i hollywoodzko (np. zakończenie skopali zupełnie).
Słowem-zarżnęli ducha książki.
W dodatku mam takie odczucia, że postać Audrey została niemalże skopiowana i przeniesiona kilka lat później do Kabaretu, do roli Lizy. Obie historie wydają się mieć wiele wspólnego.
A Audrey jest bezkonkurencyjna!