„Jesteśmy w dupie i jeśli sami się z niej nie wyciągniemy, to nikt tego za nas nie zrobi” – mówi dobitnie o sytuacji ludzi LGBT+ w Polsce Jarek Skurzyński. Debiutujący ultragejowską prozą autor jak nikt wcześniej opowiada o związkach między mężczyznami bez związku, ale też o różnorodności genderowej, seksualnej i dotyczącej form relacji.
„Zrolowany” kilkakrotnie przypominał mi o serialu „East Siders” – na szczęście twoja powieść jest krótka, a bohaterowie nie dochodzą przez 4 sezony do zrozumienia, że otwarte związki, bycie solo i luźne rozwiązki bywają lekiem na heteromatixowe wzorce ról i koncepcje „wiązania się” w uczuciowe czy romansowe konstelacje, z tradycyjnymi stałymi związkami na czele. Ty jednak odautorsko nie robisz za Ciocię Dobrą Radę, zostawiasz czytelników i czytelniczki z nieoczekiwanym „zakończeniem”. Nie kusiło cię wejść w sneakersy Najlepiejwiedzącego?
Jeden sezon „East Siders” zupełnie by wystarczył. Właśnie! Na tym polega rozwlekanie emocji na 400 stron. Po co? Trzeba mieć szacunek do czytelnika i do jego czasu.
Interpretujesz jednak już moją opowieść, ja nie chcę przesądzać, czy otwarte związki to lek, czy nie. Dalsze moje rozważania byłyby spojlerami, więc muszę zamilknąć.
I nie kusiło mnie w żadnym momencie pisania powieści, żeby wciskać porady, a jeśli takie przez przypadek się trafiły – redaktorka je usuwała, za co byłem i jestem jej wdzięczny. Trochę jednak Radek robi w tej powieści za terapeutę, a raczej za antyterapeutę. Radek jest takim normcore’em level 100. Niczym się nie przejmuje, nie ma nawet szafy! Ale na pewno nie jest wyrocznią.
Nie uznaję koncepcji powieści jako odpowiadającej na jakiekolwiek pytania, nie jestem mędrcem, który pisze święte księgi, ustala normy i zasady. Próbuję szukać odpowiedzi na swoje pytania, a pisanie powieści to przedstawianie tych pytań. Zapraszam czytelnika do próby odpowiedzenia na nie, ale niech każdy sam spróbuje sobie na nie odpowiedzieć. Gdybym wszystko wiedział, nie pisałbym powieści – pisałbym traktaty filozoficzne.
No to coś bliżej czytelniczego pożycia: nie brakuje w książce manifestacyjnych remiksów powstałych z banałów i klisz językowych z portali i apek randkowych, autoprezentacji czy typowych odzywek klikających tam kolesi, za to nie ma widocznych nowych technologii i pokazywania ich wpływu na „gejowski styl życia”. Kontakty między żywymi ludźmi górują – jakby interakcje i wzajemne odczuwanie siebie było najistotniejsze. Tak bardzo jesteś stęskniony za analogowymi relacjami, że staroświecko ożywiasz ludzi na papierze – przez bezpośrednie, w tym fizyczne, interakcje?
No dobra, ale czym są te wszystkie grindry i tindery? Czy nie powstały po to, żeby ułatwić ci się szybko odnaleźć i umówić w realu? To tylko narzędzie, które wspomaga analogowe i staroświeckie – jak nazwałeś – interakcje. To takie narzekanie, że dzisiaj nie spotykamy się już tak często w realu jak kiedyś. Bla, bla, bla. Nieprawda! Nie znam statystyk, ale patrząc po sobie, dzięki tym różnym apkom więcej się spotykałem z ludźmi niż przed nimi. Kontakt między ludźmi nie zanika – jeśli to próbujesz właśnie powiedzieć – przez nowe technologie, przeciwnie, jest go więcej.
Kontakt może zanikać z innego powodu – stajemy się wybredni, szukamy chodzących ideałów albo kopii nas samych. Coraz częściej nie chcemy się spotykać z kimś tylko dlatego, że ten ktoś nie lubi jeść tego co my albo interesują go inne rzeczy. Zamykamy się na inność i różnorodność. Szukamy najbardziej zbliżonych ludzi do nas samych. A później śmiertelnie się z nimi nudzimy. Bo myślimy, że my to jesteśmy tacy fajni, a okazuje się, że tak nie jest. I ta druga osoba – podobna do nas samych – jest tak samo śmiertelnie nudna jak my. Dusimy się z braku tlenu i z powodu własnego smrodu. Przestajemy rozmawiać, bo ileż można rozmawiać z własną kopią? Przestajemy ze sobą sypiać, bo ileż można się masturbować? Piekło. Wina leży po naszej stronie, a nie technologicznych nowinek. To człowiek jest głupi, a nie apka.
Poza tym wszystkie apki uważam za niezbędne dzisiaj narzędzia do cielesnego kontaktu, dlatego ich po prostu nie ma w „Zrolowanym”. Te apki zaczynają być przeźroczyste, jak telefony. Dzwoniąc do kogoś, nie opisujesz, że zadzwoniłeś z komórki czy ze stacjonarnego. Przestało to być istotne. Nie zatrzymujemy się już nad tym, gdzie poznaliśmy kolesia – jaka to różnica, gdzie kogoś poznałeś? Jeśli nie masz ochoty się z kimś spotkać, to w realu – nie podasz mu ręki, a w sieci – nie odpowiesz na wiadomość. I tyle. Ludzie zawsze mieli tego typu narzędzia, kiedyś to się nazywało bilecikami.
Czy te nowe apki mają wpływ na nasze życie? To chyba tylko takie dinozaury jak ty czy ja mogą się nad tym zastanawiać, bo pamiętamy czasy sprzed tego typu apek. Zapytaj o to o 20 lat od nas młodszych, czy uważają to za jakiś wynalazek szatana. Na przykład dla mnie zawsze było ważne słowo pisane, jeśli jakiś kolo nie potrafił napisać poprawnie kilku słów – dostawał od razu bana. Chociaż zazwyczaj kończyło się to tak, że to ja go częściej dostawałem (
śmiech).
Masz w książce moment z kutaśnie skręconym „Vogiem”, jest przypalanie fają, choć bez podawania brandu, ale nie ma żadnej sceny z vogingiem, tylko clubbing. Nie kusiło cię, żeby zawrzeć w powieści więcej odniesień vogowych i do kultury LGBT+, jej tekstów i doświadczeń? Brak kampu (poza okładką Chromrego dla macantów), dragów, ciepłego lukru i brokatu potrafi dzieło zmarginalizować…
Mam w planach wbić na chatę do Kim Lee, spędzę z nią rok, a później napiszę o niej książkę. Ciekawe, czy się zgodzi.
„Zrolowany wrześniowy Vogue” to może być książka-młyn na kolorowych chłopców prawicy. A niech zBOOKi czytają! Dla kogo jeszcze zatem jest?
To jest książka dla wszystkich! Zwłaszcza dla hetero. To jest opowieść dla osób, które zagubiły się gdzieś w społecznym przymusie poszukiwania za wszelką cenę tego jedynego. Chcę myśleć, że ta opowieść łamie normy i zasady, i że wcale nie jest to złe. Że naszej moralności czy bycia dobrym nie definiuje to, czy śpimy z taką czy inną osobą. Niemoralnie natomiast postępują ci, którzy próbują nam wmówić, że tak właśnie jest.
Oficjalna premiera „Zrolownego” miała się odbyć podczas tegorocznego festiwalu Queerowy Maj, który towarzyszy Marszowi Równości w Krakowie, ale koronawirus pokrzyżował wszystkim plany. Bywasz z chłopakami na marszach?
Tak, byliśmy w zeszłym roku na marszu w Szczecinie. Szliśmy głównymi ulicami Szczecina, ludzie na balkonach do nas machali i posyłali nam buziaki, głównie machały do nas starsze panie. Fantastyczne! Czekam na czasy, kiedy naszych marszów nie będzie musiała ochraniać tak duża liczba policjantek i policjantów. Wierzę, mimo wszystko, że już niedługo tak się stanie.
Czujesz się „tęczowym” autorem? Obchodzą się sprawy społeczności
Bardzo przeżyłem zeszłoroczne wydarzenia w Białymstoku. Bardzo emocjonalnie reaguję na doniesienia o agresji wobec nas, ludzi LGBT+, o niesprawiedliwości, nietolerancji, bagatelizowaniu problemu, nie mówiąc już o samobójstwach z powodu agresji społecznej, rówieśników czy rodziny. Wkurwia mnie postawa rządu, kościoła, organizacji społecznych i instytucji kultury. W pewnym sensie dałem upust tym emocjom w książce, może nie za duży, ale wystarczający. Bo w takich sytuacjach zawsze zadaję sobie pytanie: co mogę zrobić? Przecież sam nic nie zrobię! I to jest złe nastawienie. Bo każdy z nas może zrobić coś, co umie najlepiej.
Niektórzy potrafią i lubią mówić płomienne mowy na zgrupowaniach i demonstracjach – i to jest całkowicie spoko, ale nie każdy tak potrafi. Za to niektórzy z nas mogą napisać wiersz, esej, felieton, zaśpiewać, namalować. To wszystko się liczy, każda i każdy z naszej społeczności coś potrafi zrobić – i to może wykorzystać. Może nawet wpłacić gdzieś jakąś większą czy mniejszą sumę na jakiś cel. Może kupić magazyn, książkę, płytę osób z naszej społeczności, to wszystko się liczy. Bo chodzi o efekt kuli śniegowej albo masy krytycznej.
Ludzie muszą zobaczyć, że nam się należą prawa, że nie może być tak, że my musimy ciągle o coś walczyć, co nam się po prostu należy. Też chcemy żyć, użyję tego strasznego słowa, normalnie, bez strachu, bez spiny i stresu. A do tego trzeba, żeby każdy z nas uświadomił sobie, że może coś zrobić dla społeczności, do której – chce czy nie – należy. Nie można myśleć, że ja nic nie mogę. Możesz wykurwiście dużo.
Przepraszam za te patetyczne słowa, ale w tym przypadku nie na miejscu jest ironizowanie i głupkowate pokpiwanie. Jesteśmy w dupie i jeśli sami się z niej nie wyciągniemy, to nikt tego za nas nie zrobi. Większość z nas nie ma żadnej ochrony, większość z nas żyje w permanentnym strachu. Ludzie LGBT+ zbyt często czują się samotni i odizolowani. Mam nadzieję, że marsze równości chociaż na chwilę pokażą im, że wcale nie muszą być sami, że jest wiele osób, które chcą im pomóc.
Dzięki za wspólne klikanie i rozmowę!
Jarek Skurzyński (1980) – mieszka w Szczecinie, absolwent filozofii, autor opublikowanego w 2015 roku eseju „Tylko ateiści zostaną zbawieni”. W kwietniu 2020 zadebiutował powieścią „Zrolowany wrześniowy Vogue” w wydawnictwie Korporacja Ha!art. Czyta (do końca) tylko dobre rzeczy. Namiętnie uprawia binge-watching.
"Zrolowany wrześniowy Vogue" w QUEEROTECE
Jarek Skurzyński?
Mam nadzieję, że marsze równości chociaż na chwilę pokażą im, że wcale nie muszą być sami, że jest wiele osób, które chcą im pomóc.