„Jesteśmy w dupie i jeśli sami się z niej nie wyciągniemy, to nikt tego za nas nie zrobi” – mówi dobitnie o sytuacji ludzi LGBT+ w Polsce Jarek Skurzyński. Debiutujący ultragejowską prozą autor jak nikt wcześniej opowiada o związkach między mężczyznami bez związku, ale też o różnorodności genderowej, seksualnej i dotyczącej form relacji.
Przyjemnie było czytać, jak „pedałka” Michałek spuszcza manto aktywnemu homofobowi! Mężność postaci przeplata się z przegięciami „ciotek machajek”… Nowe roczniki wolno uzupełniają Wielki Atlas Ciot Polskich o queerowe typologie, prędzej maczomeni teraz się powielają w narracjach jako lekarstwo na „smutki grindrów”. Jakich mężczyzn, twoim zdaniem, potrzebuje literatura LGBTQ-owa, ale i ta heterocentryczna?
Maczomeni u mnie odpadają na starcie. To żadne lekarstwo, tylko społeczny wirus. Maczomen to nie jest facet, tylko jakiś twór kulturowo-społeczny, skonstruowany z perwersyjnych marzeń mężczyzn, którzy czują się niedowartościowani i mali. Maczomenów nam nie potrzeba. Potrzeba facetów, którzy nie mają problemu z tym, że czują się bezsilni, którzy łamią społeczne normy i nawet nie muszą być tego świadomi. Potrzebne są w polskiej literaturze postaci niebinarne. Podział na mężczyzn i kobiety już dawno przestał opisywać rzeczywistość. Może kiedyś stworzę postać, której nie będzie definiowała żadna płeć.
Często swoją tożsamość budujemy na tym, czy jesteśmy kobietami czy mężczyznami. Bohater „Zrolowanego” w pewnym momencie mówi, że jest mu obojętne, czy byłby kobietą, czy mężczyzną, on nawet nie wie, co to znaczy być mężczyzną. Czy to coś w ogóle zmienia, że ktoś wie, co to znaczy być mężczyzną? Jestem głęboko przekonany, że nie ma to żadnego znaczenia. Ta wiedza nam jest po prostu do niczego niepotrzebna.
Chciałbym, żebyśmy przestali w końcu dzielić literaturę na homo i hetero. To takie ograniczające i zamykające wiele perspektyw. Przecież literatura ma nas otwierać na wszystkie światy, a okazuje się, że nawet czytając, zamykamy się w jakichś bańkach. „Zrolowany” jest próbą takiej literatury pozanormatywnej, w tym sensie, że pokazuje uniwersalność opisywanych tam emocji – wcale nie musisz się identyfikować jako osoba hetero czy homo, nie musisz nawet identyfikować się jako kobieta czy mężczyzna. Bo po co?
Najtrzeźwiej myślącą i mówiącą wprost osobą w powieści jest chyba Anka – co tak małe dymki dałeś na wypowiedzi heterosojuszniczki? A może trudniej ci się pisze silne kobiety?
Rzeczywiście, Anki jest mało w powieści, powinno jej być o wiele więcej, powinna być jak chór grecki. Jej celne uwagi wybijały bohatera z ciotodram. Nie jest to kwestia trudności, raczej egoistycznej natury bohatera.
Heteryczni recenzenci niebywale seksualizują widownię i epatują homoerotyką w swoich porno-odczytaniach „Zrolowanego”. Za to nikt nie rozłożył na czynniki pierwsze twojego swojskiego puszczalskiego dżina w powiązaniu z „Księgą tysiąca i jednej nocy”!
Dziwne, nie? W ogóle heteroseksualni faceci to dziwny gatunek, na przykład wymyślili mnóstwo sztuk walki bardzo kontaktowych, fizycznych, cielesnych, tylko chyba po to, żeby móc się nawzajem dotykać i obejmować w miejscach publicznych, na oczach tysięcy osób. Fascynuje mnie ta ukryta homoerotyka hetero – i każdy udaje, że wszystko jest okej, takie totalne zawieszenie rzeczywistości.
Mam nadzieję, że w jakieś recenzji ktoś weźmie się za tę opowieść dżina, przecież ona jest taka mocna, taka zezwalająca na wszystko, totalne rozpasanie. Inny wymiar erotyzmu, niby ukrywany, ale dopuszczalny, przy zgodzie wszystkich. W ogóle ciekawa w tej opowieści jest funkcja mężczyzny: jak zmusić faceta to seksu? Należy go zastraszyć, obezwładnić strachem. Innymi słowy: odrzeć go z jego pewności siebie, ma zrzucić z siebie całą swoją męskość. To jest naprawdę świetna opowieść. Co ciekawe, jest to opowieść, która tak naprawdę otwiera „Księgę tysiąca i jednej nocy”. Fascynująca jest ta opowieść – niebanalna, inna. Odczarowuje relacje intymne i naszą seksualność. Jeśli już ktoś chce czytać „Zrolowanego” z perspektywy stosunków seksualnych, to w porównaniu z opowieścią z „Księgi tysiąca i jednej nocy” mój „Zrolowany” wypada naprawdę blado.
Masz już ulubione „momenty” z pierwszych recenzji? Takich na poważnie przelatywanych wzrokiem i takich z przymrużeniem oka branych do siebie.
Rozbawiło mnie jedno omówienie, w którym recenzent twierdzi, że bohater przy każdym spotkaniu z innym facetem od razu wyciąga swoje genitalia. Piękny to obraz. Niestety nieprawdziwy.
Kilku opiniotwórców książkowych spróbowało już namaszczać cię na pisarza, jeden influencer oczekuje od ciebie następnego dzieła na miarę spuścizny Thomasa Manna. Szukasz akceptacji swoich poczynań w prozie
Namaszczanie na pisarza jest chyba jeszcze za wczesne. Podobno druga albo dopiero trzecia książka potwierdza, czy się do tego nadajesz. Nie wiem, może zapytaj mnie o to samo po dziesiątej powieści. To chyba wtedy będzie miarodajne. Jeszcze pisarzem się nie czuję. I nie przemawia przeze mnie jakaś skromność, po prostu wiem, ile jeszcze muszę się nauczyć. Ile jeszcze przede mną błędów. Ile jeszcze muszę odkryć sposobów narracji, prowadzenia bohaterów, przedstawiania świata. Fuck! Nie, nie jestem pisarzem.
Twojego narratora nie oburza puszczanie się, szybkie relacje czysto seksualne. A ciebie?
W moim słowniku nie istnieje słowo „puszczać się”. Niektórzy lubią wielu partnerów, niektórzy lubią jednego partnera, a jeszcze inni lubią szybkie relacje. Z każdą opcją idą przyjemne i nieprzyjemne konsekwencje. Znowu tutaj wpadamy w jakiś społeczny konstrukt, normę, zasadę.
Niektórzy twierdzą, że szybkie relacje świadczą o niedojrzałości. To ciekawe twierdzenie, biorąc pod uwagę, jak dużo jest nieszczęśliwych par i małżeństw. I czy to znaczy, że każdy, kto decyduje się na życie z drugim człowiekiem albo wybiera jednego partnera, jest dojrzały? Wątpię.
Rozczula mnie, i to nieustająco, powieściowa „litania do moich pierwszych chłopców”. I grzeczne, i niebezpieczne związki z facetami nauczyły cię czegoś jako autora?
„Litania” to bardzo intymny moment dla bohatera. Tutaj następuje zwolnienie akcji, żeby czytelnik zobaczył, jak skonstruowany jest bohater. Ta wycinka wszystkich chłopców coś przecież znaczy. Chirurgia tej sceny jest dla bohatera elektrowstrząsami, które mają go zresetować. A może to rodzaj lobotomii? Ale po co on to robi? Pozbawia się czegoś, ale pozbawia się czegoś naprawdę pięknego w tym momencie.
Wszystkie relacje, w których byłem (a raczej jestem długodystansowcem), nauczyły mnie przezwyciężania zaborczości i zazdrości. To bardzo ważne lekcje.
Jarek Skurzyński?
Mam nadzieję, że marsze równości chociaż na chwilę pokażą im, że wcale nie muszą być sami, że jest wiele osób, które chcą im pomóc.