Społeczeństwo ma to do siebie, że się zmienia. Literatura ma to do siebie, że się zmienia. Weźmy przykład pierwszy z brzegu. Jeszcze dziesięć lat temu nie było popularnej polskiej literatury gejowskiej. Owszem był, dajmy na to, Iwaszkiewicz (wtedy już akurat martwy), ale trzeba było dużego samozaparcia, aby domyślić się, że w tym czy owym opowiadaniu może chodzić o "to". Wszystko się zmieniło za sprawą - tak sądzę - Lubiewa. Okazało się, że na temat homoseksualności można pisać jawnie, mocno, dobrze, media to chwycą, a na całości można nawet zarobić...
- Błażej Warkocki -
Po drodze jednak trafiła się nam IV Rzeczpospolita, która przykręciła śrubę i wyspecjalizowała się w antyhomoseksualnej propagandzie. Ale IV RP właśnie upadła (a w każdym razie jej najbardziej hardcorowa inkarnacja), a na rynku księgarskim natychmiast, niczym jakiś różowy wind of change, pojawiły się niemal jednocześnie 4 (słownie: cztery!!!) powieści gejowskie. Wymieniam w kolejności wychodzenia:
Śmierć w darkroomie Edwarda Pasewicza, New Romantic Michała Zygmunta, Ja, czyli 66 moich miłości Bartosza Żurawieckiego oraz - coming soon - Berek Marcina Szczygielskiego. Fakt, że ta pedalska nawałnica objawiła się tuż po upadku IV RP jest na tyle zastanawiający, że - jak mniemam - powinna go prześwietlić i dogłębnie spenetrować odpowiednia służba. Albo chociaż historia literatury.
Dziś zajmiemy się powieściami Pasewicza i Zygmunta, gdyż bardzo wyraźnie coś je łączy. Są niczym czkawka po politycznej duchocie, nerwowy chichot w reakcji na polityczny stres, pokazanie języka za plecami okrutnej Baba-Jagi. Słowem są doraźną reakcją na sytuację, w której homoseksualista stał się w debacie publicznej wrogiem narodowym.
Przyznajmy od razu, że Edward Pasewicz miał niezły pomysł. Postanowił napisać gejowską powieść kryminalną (tego jeszcze nie było!) i wykorzystać autentyczne realia. Trup bowiem pada podczas autentycznego wydarzenia jakim był poznański Marsz Równości z 2005 roku. W ten sposób można było chwycić dwie sroki za jeden ogon: zmitologizować to wydarzenie i pokazać język władzy. Jedno i drugie w jakiejś mierze się udało. Pasewicz ma wyraźne zacięcie do poznańskich szczegółów, ulic i zakamarków, lubi te klimaty i zna je na wylot, ma zatem zadatki na autora gejowskiej "jeżycjady". Jest znakomitym kronikarzem Poznania (warto zajrzeć również do jego wierszy). Wszyscy bywalcy Grzechu Warte, poznańskiej knajpy gej/les, na pewno będą się świetnie bawić, tym bardziej, że - jeśli akurat są znajomymi Edwarda Pasewicza, mają szanse załapać się na literaturę. Niech jednak lepiej uważają, bo autorowi przy okazji charakterystyki poznańskiego środowiska wyszedł rodzaj klatki dla dziwolągów: człowiek-pies, lesbijka-faszystka, bliźniaki-rozrabiaki. Po drugie autor tryska jadem wobec politycznego establishmentu dość regularnie, co wygląda na afekt raczej autentyczny.
Kryminał Pasewicza jest z gatunku tych "czarnych". Heteroseksualny policjant pełen egzystencjalnych niepokojów przybywa do Poznania, by odnaleźć zabójcę swego brata geja (młodego pięknego poety), który został zabity po Marszu Równości w darkroomie knajpy Grzechu Warte. Jeśli ktoś się jednak spodziewa jakiejś sensownej intrygi, logicznych dedukcji to bardzo się zawiedzie. Nic takiego tutaj nie ma. Na dobrą sprawę powinien się znaleźć jakiś dobry redaktor i wyrzucić połowę tej powieści, a resztę przerobić tak, żeby nie była luźnym zlepkiem średnio śmiesznych dialogów i scen, które nie wiadomo po co zostały umieszczone. Żadne "gry z gatunkiem" nie są tu usprawiedliwieniem. Ta powieść ma bowiem jedną autentyczną wadę - kompletnie nie wciąga. A czasami lektura przypomina połykanie żyletek i zapijanie tego octem. Ale gusta są różne, może są tacy, którzy takie koktajle lubią.
Jeden wniosek wszakże nasuwa się wręcz sam. Wydawnictwo z całą pewnością powinno zwolnić niekompetentnego korektora tej powieści - niejakiego Marcina Świetlickiego (w cywilu - poety). Nie tylko dlatego że wypisuje na okładce jakieś paniczne formułki, których wymowa brzmi: "jezuniu nazareński, przenajświętsza panienko, ja nie jestem pedałem" (nie ma się czym, słonko, chwalić, zostaw sobie tę propagandę heteroseksualizmu na okazje bardziej intymne), ale głównie dlatego że jest niekompetentny.
Jeśli ktoś pisze powieść dziejącą się w XVIII-wiecznej Francji i opisuje piękne czerwone azalie, to dobry redaktor-korektor powinien sprawdzić czy te śliczne kwiatki są rzeczywiście czerwone i czy w ogóle rosły w XVIII-wiecznej Francji. Jeśli są akurat żółte, albo nie daj Bóg nigdy ich nad Sekwaną nie widziano, to dobry redaktor czerwień odpowiednio modyfikuje lub w ogóle wycina azalie. Jeśli zatem w powieść poznański Marsz Równości nazywa się raz po raz
lub nawet , to korektor powinien reagować. Organizatorzy wielokrotnie podkreślali, że marsz nie jest gejowską paradą (maszerowało się w kilku celach) a manifa to zupełnie inna bajka. Korektor jednak zaspał (w kilku innych kwestiach także) i pozostał przy pretensjonalnym zachwalaniu swego heteroseksualizmu. Szkoda.
Podsumowując - powieść Edwarda Pasewicza jest kryminałem tylko umownie, za to zaiste gejowskim. Autor jest świetnym poetą, ale nad umiejętnością pisania prozy popularnej musi jeszcze popracować (tego po prostu trzeba się nauczyć). Najcenniejsze w tej książce jest jednak uwiecznienie i zmitologizowanie pewnego chłodnego poznańskiego popołudnia z 19 listopada 2005.
U Pasewicza gej jest ofiarą, który może kontemplować swą moralną satysfakcję z zaświatów, u Michała Zygmunta - rewolucjonistą. New Romantic to gejowskie political fiction, mocno osadzone w aktualnej rzeczywistości społeczno-politycznej. To parodia fantazji na temat tego jak mogłaby wyglądać rewolucja nowej lewicy.
"Dlaczego nie wolno palić marihuany? Dlaczego poziom bezrobocia jest dwucyfrowy? Dlaczego prawica wgniata całe społeczeństwo do przerdzewiałej, narodowo-katolickiej formy, dlaczego chce uniformizacji? Dlaczego płaca minimalna wynosi 936 złotych brutto?" - zapytuje główny bohater i przyłącza się do akcji tajnej organizacji dysydenckiej mającej na celu opryskanie śmierdzącą substancją główne szychy polskiego życia publicznego. W następnej odsłonie mamy już wojnę, gdyż obywateli pochodzenia homoseksualnego IV RP prześladuje, a kielich goryczy przelewa tajemniczy zgon jednego z działaczy, który pośmiertnie staje się świętym. Różowa Armia, po początkowych porażkach, odnosi sukcesy... Nie będę streszczać, bo intryga (inaczej niż u Pasewicza) jest całkiem ciekawa.
Oczywiście powieść od początku do końca jest parodią, i to całkiem zgrabnie napisaną. Ironia skrzy przechodząc powoli w cynizm. Najlepsza jest część pierwsza (dotycząca akcji z cuchnącą substancją). Potem też jest zabawnie, ale czytelnik czuje się tak jakby słuchał tego samego dowcipu po raz dziesiąty. Bo też New Romantic to ironiczna błyskotka. Jest jak przywalenie różową torebką w styropianowe popiersie Romana Giertycha. A główny przekaz jest zobrazowaniem dobrze zadomowionego przekonania, że gdyby przed gejem położyć cokolwiek na serio oraz majtki od Calvina Kleina, to z całą pewnością wybierze majtki.
I tyle.
Edward Pasewicz, Śmierć w darkroomie, wydawnictwo EMG, Kraków 2007.
Michał Zygmunt, New Romantic, Korporacja Ha!art, Kraków 2007.
'nie ma się czym, słonko, chwalić, zostaw sobie tę propagandę heteroseksualizmu na okazje bardziej intymne' -> tekst na koszulkę.
Pozdrawiam.
pisac mozna o wszystkim, i o okladkach, i o bledach redaktorskich.
poza tym z mojego doswiadczenia - tacy ktorzy zawsze wiedza "czego sie nie powinno" to kiepskie autorytety.
Kazimierz Wyka mawiał, że krytyka dzieli się na "policyjną" i "opiekuńczą".
Nie przewidział Profesor Warkockiego w swoich rozważaniach. Bo oto doszedł jeszcze jeden rodzaj refleksji krytycznej - beznadziejna.
Krytyk może nie lubić książki - wypadałoby to uzasadnić.
Nie może uzasadniać tym, że ksiązka nie wciąga - bo się ośmiesza. Krytyk nie powinien mówić o "opakowaniu" książki, o redaktorach, korektorach itepe, gdyż udowadnia swoją całkowitą ignorancje w tej dziedzinie.
Szczególnie taki krytyk, któremu "się wnioski same nasuwają wręcz". Żenada.