Marian Pankowski był poetą prozy. Nic więc dziwnego, że kunszt jego pisarstwa widoczny jest w małych formach prozatorskich. Pankowski pisał opowiadania całe życie i ujmował je w tomy "Kozak i inne opowieści", "Bukenocie" oraz "Złoto żałobne". W najnowszym tomie, który swoją premierę miał na początku grudnia, zebrane są ostatnie małe formy, rozsiane po pismach literackich, dotychczas nie ujęte w książkę, w których Autor mistrzowsko rozwija wszystkie tematy znane z jego powieści i dramatów. "Nastka, śmiej się!" jest ostatnią książką prozatorską „najmłodszego polskiego pisarza”. Nie brakuje w niej wciągających historii kobiet i mężczyzn, cielesnych młodych panien i chłopaków na opak, wyrażania zmysłowości człowieka natury i kultury, pobudzających momentów, także homoerotycznych, łamania tabu – np. różnopłciowych pikiet, seksualnych i językowych przekroczeń. „Nastka, śmiej się!” – niepowtarzalny, radykalny głos w literaturze i fenomenalne małe prozy autora słynnego „Rudolfa”.
Fragment opowiadania "Nie grają nam surmy bojowe..." z tomu "Nastka, śmiej się!"Bohater-narrator opowiadania, Polak od dekad mieszkający w Brukseli, trafia na rosyjski film w telewizji – ze scenami „baletu żelaznych mężczyzn” i defiladujących żółnierek. Wzruszony „żeńską naturą sceny” mężczyzna musi jednak odebrać telefon – dzwoni znajoma Polka, z która regularnie się spotyka, raz do roku, przy okazji imprez w ambasadzie. Podczas schadzki w domu Agnieszki, kobieta przy herbatce i torcie opowiada partnerowi do rozmowy o swoich „sprawach” nie-do-zapomnienia i nie-do-zagojenia. Występują w nich i kobiety, i mężczyźni. Często szło o pożądanie i miłość oraz związki niemożliwe.[…]
To nasze już któreś tam doroczne spotkanie od śmierci Dominika. Czwarte piętro w eleganckim bloku. Całuję policzki, uśmiecham się oczami do jej oczu, szarych, przezłoconych wesołością. Wręczam bukiecik niezapominajek. Ułożył mi go kwiaciarz na specjalne zamówienie, bo „oni tego nie prowadzą”. Tort wyśmienity, toteż do komplementu używam świadomie słowa zmysłowego:
– Wiesz… pycha!
Dmuchamy w szklankę, pijemy. Wróciły mi na myśl ruskie sołdatki.
Zaraz Agnieszce o nich opowiem… łyknę najpierw gorącego earl greya. A tu alarm w głowie, bo słyszę: „Coś ty, oszalał! O jej Powstaniu z nią mów, nie o ruskich babach!”
Poznaję, czyja to mowa, kto w zaświatach myśli me czyta, kto mnie ostrzega i dobrą radą wspiera. Agnieszka zauważyła ożywienie mej twarzy i czeka na słowo. Szukam… i MAM!
– Płyną… oj, płyną te lata, pełne dat i uroczystości… Ciekaw jestem, czy… na przykład dziś… miałabyś ochotę… i siłę… wybrać spośród ówczesnych przeżyć bądź zdarzeń… jakiś moment… jak się to mówi „nie-do-zapomnienia”?
[…]
– W plutonie byłam jedną z łączniczek… Byłam raczej mała, ale wysportowana… a tu trzeba się przemykać ruinami, a kiedy trzeba… na „starej pani” zjeżdżać po zrujnowanych schodach! Pamiętam, że „pan porucznik”, dając mi kartkę z rozkazem, rzucił: „Wal prosto! I wracaj nam na dwóch całych nogach!” Biegnę. Biegnę do placówki z rozkazem opuszczenia barykady… niosłam też ustne ostrzeżenie: „Nie wychodzić z kanałów na ulicę. Tam czeka czołg niemiecki i skosi chłopców, zanim zdążą podnieść ręce”.
Biegnę… Warszawą podziemną, z piwnicy do piwnicy. Skaczę po gruzach jak tatrzańska kozica! Widok rozpaczliwy: szafy rozdziawione, szkło, wszędzie szkło… słoiki konfitur… rower damski, narty bez zimy i fotel klubowy, na krzyż rozpruty… Zwalniam, bo spuchłam… i naraz słowa słyszę, tkliwe, absurdalne pod ziemią. Ostrożnie wchodzę do następnej piwnicy, a tam, a tu węgiel już na zimę zwieziony, aż po okienko wychodzące na ulicę. A na tym czarnym zboczu, na czarnej ławicy chłopak siedzi. Na kolanach ma dziewczynę… twarzą w twarz… ona, jakby u tatusia. Tylko on mnie spostrzegł. Nagły wstyd nas ogarnął, jego i mnie. Zatrzymał się. Udaliśmy, że się nie widzimy… Ale chłopak jakby pożałował swego wahania – z impetem wróci do miłości! Dziewczyna jeden krzyk, ale to jak przejmujący… że strach i litość pospołu!
Umilknie Agnieszka. Patrzy na mnie znad herbaty, w październiku 2004… blada jeszcze od tamtego biegu na przełaj dnem straceńczej stolicy i jakby pośmiertnie pogodna. Biegła z meldunkiem, a w drodze miłość spotkała nie swoją. Patrzy na mnie i jakby wyczuła sens mej zadumy:
– Pytałeś… o chwile „nie-do-zapomnienia”… Chybabym tamten akt miłości zachowała, jako jedyny… klejnot godny szkatułki. Widząc ich dwoje, byłam zazdrosna… Jeszcze dziś, gdybym miała stanąć… jutro przed ołtarzem z liliami w ślubnym bukiecie… pragnęłabym usłyszeć wyrywający się z muzyki kościelnej tamten krzyk siostry szczęśliwej… na brzegu zmaltretowanego świata! Na ziemi ruin i płomieni ci młodzi potrafili zakreślić sobie ogród zielony… Słyszałam, widziałam… siłę ich obecności na ziemi.
[…]
Tym razem usiedliśmy na tarasie małej restauracyjki Le Matignon, sto kroków od uniwersytetu.
Dopiero przy kawie ktoś, kto by nas podsłuchiwał, stwierdziłby przypływ słów poważnych, a może przede wszystkim usłyszałby następujące po nich milczenie. Jeszcze moment, jeszcze westchnienie, okazało się, że Agnieszka przyniosła tego dnia znaczek wyjątkowy, ciemnopąsowy, jak ślad po jeżu rozjechanym na szosie. Znaczek nie do wymiany, z ukośnym czarnym nadrukiem KRZYSZTOF. Należał do serii „Warszawa – sierpień – 1944”.
Zaczyna swój komentarz i widać, że pragnie relacjonować fakty, cenzurując emocje. Już to jest miarą jej bólu… Z Krzysztofem kochali się… Wybuch Powstania zaskoczył ich. Znaleźli się w dwu różnych plutonach; oddział, do którego należał Krzysztof, miał walczyć na drugim końcu stolicy.
– Wiesz – mówi Agnieszka pogodnie – dopiero w obozie jenieckim, kilka miesięcy po upadku Powstania, dowiedziałam się, że przeżył i że został w Warszawie.
– Jak dotarła do ciebie wiadomość? On sam…
– Nnnnie… Wiadomość przekazał mi nasz przyjaciel… z obozu jenieckiego akowców… Dominik.
– Twój Dominik?
– Tak, mój przyszły mąż.
– A ty… nie starałaś się Krzysztofa odnaleźć? Albo on ciebie?
– Nie wiem, czy mnie szukał… raczej wątpię. Ja natomiast pisałam do Czerwonego Krzyża. Też do niego, kiedy dostałam adres… dwa listy. Dopiero na drugi odpowiedział… – jakby czytała – „że dźwiga z ruin Warszawę… że cieszy się, że wyszłam cało z sierpniowej przygody”. Rad i wesół… zaraz… jeszcze że „przygotowują wielkie, biało-czerwone Zaduszki”. Kropka.
– A o was samych… o przyszłości? – pytam niemal prowokacyjnie, bo przecież po takim liście wszystko jasne.
Twarz Agnieszki straciła swą porcelanową gładkość. Marszczy ją emocja. Patrzy na mnie, ale myślą tkwi w Louvain. Pół wieku temu. Siedzi w parku uniwersyteckim. Mijają ją pary zakochanych, mija ogrodnik szumiący miotłą w zaspie klonowego listowia. Widzę, że przemówi.
– O nas samych… ani słowa. Siadłam i natychmiast napisałam list… mój trzeci list. Był krótki:
Napisz, Krzysiu, czy nadal jestem dla Ciebie tym, czym byłam? Czy chciałbyś, żebym wróciła? Będę czekała na odpowiedź do Wigilii. AgnisiaDla pewności list powierzyłam Ziucie Wojtkiewicz. Wracała do kraju. Znałeś ją?
– Nnnnie… Doręczyła?
– Tak. Jeszcze tu dowiedziała się, że najłatwiej można go znaleźć na Nowym Świecie, wiesz, w tej kawiarni… Kelnerka pokazała jej stolik, przy którym siedziało trzech panów. „Podeszłam – pisze – i zapytałam, czy mogę mówić z panem Krzysztofem Dworskim” – bo taki miał pseudonim w AK. „Wstał piękny młodzian. Dałam mu list. Pobladł na moment i wsunął kopertę do kieszeni… A… i jeszcze zapytał: Może się Pani czegoś napije?” – Ziuta podziękowała… niby że jest już umówiona. Usiadła na drugim końcu sali i zamówiła kawę. Siedziała zbyt daleko, żeby słyszeć męską wesołość; zresztą gwar pokrywał wszystkie rozmowy, toteż nie dotarły do niej wszystkie żarty i wykrzyki:
„Siadaj, Krzysiu!”
„Daj pycha, staruszku!”
Nie wiedziała, że kumple niemal co dzień Krzysztofowi „imieniny” sprawiają… Nie widziała, że pod stołem wesołej trójki w tej chwili ciężki lichtarz z rąk do rąk przechodzi. I nie słyszała, jak jeden z tych gości, półgłosem:
„Jaaasne, że nie aluminium! Srebro, srebrniuteńkie z księżycowego nowiu o północy wytopione! Tylko klienta na miarę znajdź! Masz już kogoś?”
Spojrzy Krzysztof na szczupłego koleżkę i z wyrozumiałym uśmiechem: „Mam… Gość w mięsnym pracuje… Willę w opłakanym stanie kupił i łataniem dziur wojennych zajęty… U Bliklego ma swój stolik. Chciałby, mówi, mieć jakiś obraz »antyczny«… »z widokiem na morze«… Ja mu na początek ten lichtarz wtrynię, że z Pomorza z krzyżackiego zamku… zdobyty ongiś, tak mu powiem… »Ongiś«, już samo słowo jest »antyczne«. Zdobyty przez komtura Konrada von Wallenroda. Trzy miesiące przed Grunwaldem!”
Śmiech stłumiony trzech antykwariuszy. Krzysztof palcami prztyknie na kelnerkę:
„Koniaczek… dla nas poproszę”.
Siedzę dziś sam w Le Matignon. Na skwerze jarzębiny w koralach. Po obiedzie jakoś nie zamówiłem kawy, toteż powieki mam ciężkie, coraz cięższe… cięż…
– Aaaa! Boże! Agnieszka?! Tak, to ona! Oniryczna, jak przystało, a do tego w mundurze angielskim, tyle że barwy pajęczynowej… Stanie przy moim stoliku! Cooo? Kelner przed nami już talerze kładzie, a na nich wąż rajski, w grubych plasterkach, tonie w sosie z młodziutkiej pokrzywy, w zmowie z ziołami, z grzędy, gdzie księża kucharka swe kopry i bazyliszki uprawia.
– To nasz nowy, jeszcze jeden wspólny dzień! – recytuję, drżąc jak osika i blady jak ściana!
– Ostatni – poprawi mnie.
– Dziwnie się dziś ubrałaś – odpalę – jak na doroczne spotkanie – bo jej zwiewności strasznie obce… no… nie z tej ziemi.
– To model pompejański – śmieje się Agnieszka. – Szarość popiołów przetykana ogniem… brokat inspirowany autentyczną Historią! Klasa!
Jeszcze dobrze nie usiadła, a tu dziewczyna z narożnej kwiaciarni wejdzie i prosto w naszą stronę! I u nóg Agnieszki białe piwonie kładzie! Co za wspaniały hołd! Jeszcze nie zdążyłem nosem pociągnąć ich białej woni, a tu chłopak z motocykla przed wejściem zsiada i wprost do nas wali! Jakby się zmówili! Obok piwonii wieniec z róż białych i czerwonych ostrożnie położy.
Agnieszka, która jeszcze ryby nie tknęła, uśmiechnie się do kwiatów trochę zażenowana. Widzi moje zdziwienie:
– Jedz, jedz! Nie patrz mi w talerz jak sroka w kość! Wiedziałam, że lubisz węgorza w zielonym sosie… chciałam ci frajdę zrobić…
Udaję, że jem, ale coraz to łypnę okiem niespokojnym, bo tych kwiatów przybywa. Znoszą je i znoszą! Cooo?! Jaaa? Ja… osobiście! Ja, we własnej osobie… z białą orchideą w wazoniku! Wchodzę i się rozglądam!!! Bylem nas nie zobaczył… A ta orchidea śliczna jak nasze wiejskie różyczki.
Spojrzę na Agnieszkę, a ona wstaje, kielich białego wina przed czołem.
– Zdrowia ci życzę… i żeby ci się wszystko równiutko układało! Jak sobie wymarzysz! Nie gap się na mnie… tak prowincjonalnie, że użyję twego ulubionego słowa. – Do dna wychyli kielich i ze swym pobłażliwym uśmiechem: – Trzymaj się ciepło! Biegnę dalej…
I znowu jej nie ma. W głowie – panika! Była Agnisia, nie ma Agnisi.
– Obudź się – zwracam się do siebie, ale półgłosem, żeby nikt nie słyszał – niech to będzie sen, a nie jawa.
Uf! Udało się. Budzę się z żenującej w miejscu publicznym drzemki, spocony jak mysz kościelna. Młody kelner jest pierwszą wizją świata realnego.
– Mam coś podać?
– Kawę poproszę… i szklankę wody.
Mieszam kawę. Ukradkiem palce zanurzam w szklance i zwilżam skronie. Myśl natrętna, że koniecznie trzeba… a tu luka i nie wiem co dalej.
Świadomość, że należałoby… ale COOO?! Mam! Natychmiast zadzwonić do Agnieszki!
– Garçoooon?
Przyniósł mi telefon. Aż drżą mi palce, kiedy wyciskam numer.
– Allooo? – Jej głos!!!
– Jesteś! Dzień dobry, Agnieszko, strasznie się cieszę, że cię słyszę!
– Cześć… coś ty… taki, jakbyś wrócił z podróży na księżyc?!
– Nieee… wiesz… pomyślałem sobie… bo pogoda w sam raz na spacer w Bois de la Cambre…
Jej śmiech w słuchawce, gruboziarnisty, dźwięczny.
– Dobra. Czekaj na mnie przy wjeździe do parku, od strony uniwersytetu.
Z bordowego auta wysiadła pani w eleganckim kostiumie, którego len rósł na pewno w towarzystwie bławatków. Całuję jej policzek, a ona:
– Nie czuć mnie dorszem?
– Nie – kłamię – a gdyby nawet… powiedziałbym sobie, że to węgorz w zielonym sosie!
Wesoło, za sprawą snu, zaczął się nasz spacer wokół miniaturowego jeziora. Z ulgą patrzę na spokojne kroki Agnieszki, podobne do kroków mijających nas osób. Tu nikt się nie śpieszy, nikt nie szuka oryginalności. I nikt się nie wstydzi swego w koło Macieju, raz i drugi wokół wody. Wiadomo, jedni pragną stawy swe kostniejące w kolanach rozruszać, drudzy kształt młodzieńczy zachować.
Nie pamiętam już, jak zeszło na adopcję. Może chodziło o problemy związane z adoptowaniem dzieci przez gejów i lesbijki? Potem o naturze małżeństwa… czy to umowa, czy przede wszystkim sakrament? Też o transgresji tabu dziewictwa przed ślubem. Chyba nie byliśmy wtenczas świadomi… zabawności naszego perorowania, dialogu mędrkujących seniorów na tematy należące do nowej, całkiem nowej rzeczywistości. W pewnej chwili spojrzałem jakoś intymniej na Agnieszkę. Uśmiechnęła się. Wtedy, jak gdyby chcąc przypieczętować zgodę po wymianie podobnych opinii, rzucę:
– Na szczęście i ty, i ja… mogliśmy wybrać partnera czy partnerkę… i założyć rodzinę.
Agnieszka zaprzeczy powolnym ruchem głowy. A widząc moje zaskoczenie:
– Ty może… et encore… ale ja… nie… to znaczy w końcu… tak… ale… Pamiętasz, że w ciągu naszych spotkań dużo mówiliśmy o roku czterdziestym piątym. Nie wiem, czy sobie przypominasz… że w trzecim listopadowym liście do Krzysztofa, który został w Warszawie…
– Pamiętam – szepnę.
– …zakreśliłam granicę mego czekania na narzeczonego.
– Pamiętam.
– Czekałam do dwudziestego czwartego grudnia… Ósma rano. W Louvain leje jak z cebra! Listonosz już szedł. Schodzę do skrzynki na listy. I machinalnie, czego nigdy nie robię, sunę ręką po poręczy. Staję przed skrzynką. Otwieram, pusta… Nie całkiem. Na dnie leży pestka ze śliwki, którą pewnie wrzuciło tam dziecko… Wzięłam pestkę w palce… o taaak… i wybuchnęłam śmiechem!… Nazajutrz przyjęłam oświadczyny Dominika.
[...]
Agnieszki dawno już nie ma. Pomyśleć, tyle lat nasza przyjaźń trwała… Raz do roku świętowaliśmy ją, niby tak sobie, bez łezki… i bez grzechu. Słowa tak łatwo do ust nam podpływały. Słowa niezwyczajnie szczere. Dzieliliśmy się naszą wiarą i niewiarą. Siedemdziesięcioletnie dzieci, co już nie czują ciężaru grzechu pierworodnego. I to dzielenie się, to przełamywanie się ineditami z dziejów obu naszych przeszłości było jakby obrzędem niewinnego bezwstydu.
Było w tych spotkaniach coś z Krajowego Dnia Filatelisty; wymienialiśmy znaczki odbite w jednym jedynym egzemplarzu.
Dziś znowu ją widzę, jak, udając, że nie spostrzega naszych łez, powoli, coraz wolniej, w złotych saniach, samotnym kuligiem rusza dziedziczka w stronę jasnych pochodni.
Marian Pankowski
"Nastka, śmiej się! Opowiadania"
Korporacja Ha!art
Kraków 2013(Seria Prozatorska)
KONKURS!Dla wszystkich, którzy korzystają lub korzystali z serwisu Przyjaciel Queer.pl mamy do rozdania
dwa egzemplarze książki "Nastka, śmiej się!"Chcemy Wam w ten sposób podziękować za wsparcie. Opłaty "Przyjaciół Queer.pl" są podstawą utrzymania i rozwijania serwisu. Dzięki Wam nasz portal istnieje już 17 lat. Dziękujemy Wam za to!
Co trzeba zrobić?
Pisać w komentarzach! O książkach, Pankowskim, życiu, literaturze, o czym chcecie. Wśród autorów i autorek najciekawszych wypowiedzi wylosujemy zwycięzców.
Na odpowiedzi czekamy do
piątku, 20 grudnia. Ze zwycięzcami skontaktujemy się mailowo.
Korporacja Ha!art, Scena 21, klub Sibro i portal ludzi LGBT Queer.pl zapraszają na artystyczne zdarzenie
na krakowskim Kazimierzu. W czwartek 19 grudnia (godz. 19.00) młodzi muzycy związani ze Sceną 21 w KRK zagrają do poezji prozy Mariana „Panka” Pankowskiego z okazji premiery ostatniego tomu opowiadań najmłodszego polskiego pisarza pt. „Nastka, śmiej się!”.
Zapraszamy do spędzenia z nami wieczoru w Sibro (ul. Węgłowa 4) z literackim Pankiem i ośmielającą wyobraźnię „NASTKĄ” – klasyczną w formie, transgresyjną w wyrazie.
Wydarzenie na Facebooku