Homoseksualność staropolska
Dziejów osób homoseksualnych, czy szerzej ludzi LGBTQ, żyjących przez wieki w Polsce, nikt jeszcze nie opisał. Stało się tak być może dlatego, że: „Sodomia […] jest to występek taki, o ktorym się nie godzi przed uczciwymi uszyma mowić”.
- Mirosław Ustrzycki -
Piotr Oczko i Tomasz Nastulczyk – pracownicy Wydziału Polonistyki UJ tego ostrzeżenia Adama Gdacjusza z końca XVII w. nie posłuchali. W efekcie ich poszukiwań – dokonanych pośród źródeł pochodzących z okresu od średniowiecza do XVIII w. – otrzymaliśmy liczącą ponad pół tysiąca stron książkę zatytułowaną: „Homoseksualność staropolska: przyczynek do badań”. Nazwali swe dzieło ostrożnie przyczynkiem, ponieważ stanowi dopiero pierwszy krok na drodze do odtworzenia historii nieheteroseksualnych mieszkańców ziem polskich. Zadanie jest tym trudniejsze, że wzmianek z dawnych czasów dotyczących homoseksualności zachowało się niezwykle mało – zwłaszcza, gdy porównamy ich liczbę z tymi, które są dostępne dla badaczy dziejów Europy zachodniej. Polscy historycy unikali też dotąd tematu dość skutecznie, a jeśli już pisali, to najczęściej pełni byli uprzedzeń bądź wykazywali się niezrozumieniem. A już samo słownictwo występujące w dawnych tekstach bywa nieprecyzyjne, wieloznaczne i mylące. Na szczęście Autorzy bardzo się starają, byśmy nie pomylili mężołożników z pieszczotliwymi bądź ze zniewieściuchami.
Nastulczyk i Oczko pokazują, jak przed wiekami postrzegano osoby odstępujące od uznanych norm w zakresie uprawiania seksu lub wyrażania swej płci. Źródła częściej wspominają o tym, iżby „chłop z chłopem przeciw przyrodzeniu sprawę miał”; rzadziej portretują kobietę „lubieżnie, cudzołożnie i występnie obcującą z pięknymi osobami płci niewieściej”. Czyli więcej trafia się świadectw homoseksualności męskiej niż kobiecej, niektóre opisane zachowania można też ewentualnie sklasyfikować jako transpłciowe. Trudno przy tym nasze dzisiejsze pojęcia i rozumienie seksualności człowieka odnieść do wyobrażeń i pojęć sprzed wieków.
Autorzy korzystają m. in. z dokumentów sądowych, z tekstów pamiętnikarskich i literackich. Przedstawiają konkretne osoby, którym niezgodne z naturą postępki zarzucano. Pokazują jak funkcjonowały normy prawne i jak podejmowano (a raczej nie podejmowano) antyczne bądź zachodnie motywy homoerotyczne (często znikały w przekładzie na język polski). Piszą o osobach przynależnych zarówno do społecznej elity jak i do warstw niższych, które stają się dla nas interesujące w kontekście nienormatywnych zachowań. Jak chociażby Lorentz Gottlieb Schütz, który stanął w 1682 r. przed sądem w Gdańsku, gdyż „częstokroć domagał się od wielu mężczyzn nienaturalnego nierządu, sobie samemu, jak i innym nasienie spędzał” zaś Christiana Preussa, kominiarza „w podróży powrotnej z Warszawy nieprzystojnymi prośbami tak omotał i na manowce zwiódł, iż ten mu członek swój męski, zgodnie z wiedzą sądu, w usta wepchnąć musiał”.
Dostępne dziś materiały mogą do pewnego stopnia dać wyobrażenie o społecznych reakcjach na homoseksualność, o tym, jakie miały o niej wyobrażenie zwłaszcza osoby lepiej wykształcone, które są autorami źródeł. Zadaniem niewykonalnym byłaby natomiast próba odtworzenia emocji i pożądań samych osób homoseksualnych, ich samoświadomości czy też tożsamości, tworzonej przez nie (sub)kultury. Nie dysponujemy bowiem tekstami, w których mówiłyby swym własnym głosem – to o nich się mówi (piętnuje, plotkuje; jedynie sporadycznie używa się tonu neutralnego czy akceptującego). Często wskazanie kogoś jako homoseksualisty stanowiło metodę walki politycznej. Chociaż więc w jednym z tekstów propagandowych czytamy wyraźnie o Jakubie Sobieskim (synu króla Jana III), że: „W mężczyznach się kocha, aż strach…”, nadal nie mamy pewności, ile w określeniu tym jest prawdy.
Oczko i Nastulczyk nie stawiają sobie też za cel jednoznacznego zdiagnozowania orientacji seksualnej postaci z dawnych wieków. Są w tym względzie niezwykle ostrożni, nie szukają na siłę naszych praszczurów i praszczurzyc – staropolskich gejów, lesbijek i queerów, uznając, że wartość dowodowa posiadanych źródeł zazwyczaj jest niewystarczająca. Do bycia homoseksualistami kandyduje aż pięciu władców Polski: Bolesław II Szczodry (w omawianej książce pod przydomkiem Śmiały – odrzuconym przez współczesnych historyków), Władysław III zwany Warneńczykiem, Henryk Walezy, Władysław IV Waza i Michał Korybut Wiśniowiecki. Wedle Autorów „Homoseksualności staropolskiej” co do żadnego z nich nie możemy być pewni, iż rzeczywiście skłaniali się ku własnej płci (w przypadku Bolesława II, jeśli źródła o czymś mówią, to o zoofilii). A przecież obu Władysławów fetowano już przed kilku laty – w imię jakichś queer-monarchistycznych pobudek ideowych – (nie)sławnymi obchodami nawiązującymi do ich domniemanej tożsamości homoseksualnej.
Życie osób homoseksualnych przez stulecia odległe było od dzisiejszych realiów. Na ziemiach polskich brak było naprawdę dużych miast. A to miało swoje konsekwencje – brak atmosfery anonimowości, która pozwalałaby tworzyć kręgi osób homoseksualnych, trudności w nawiązywaniu kontaktów. Inaczej niż w odniesieniu do miast Europy zachodniej, nie mamy wzmianek o miejscach spotkań polskich homoseksualistów. Znajome mogą nam się natomiast wydać funkcjonujące od wieków stereotypy i typ moralnego oburzenia kierowanego wobec nienormatywnych zachowań seksualnych: „…inny nierządnik (lubieżny, wszetecznik) daje się rżnąć do żywej skóry; sodomita tarza się z niewieściuchami; bezwstydnik nie posiada więcej wstydu niż pies.” O tempora, o mores! – chciałoby się westchnąć. Popularne było też przekonanie, że rozmiłowanie w takowych grzesznych czynach jest czymś w Polsce obcym – przybyłym z zepsutego Zachodu lub typowym dla wschodniego barbarzyństwa. Prawdziwa polskość miała być hetero.
Książka podzielona jest na trzy części. W pierwszej poznajemy problemy, przed jakimi staje badacz staropolskiej homoseksualności, wątpliwości, które musi rozstrzygnąć, jeśli chodzi o cele i metody swej pracy. Dowiadujemy się sporo o charakterze dostępnych źródeł. Czytamy też obszernie o kontekście europejskim, tak iż położenie polskich osób homoseksualnych możemy porównać z sytuacją na Zachodzie. Ściślej rzecz ujmując, więcej możemy tu dowiedzieć się o sytuacji w miastach włoskich czy niderlandzkich niż o Polsce, ale to już wynika ze wzmiankowanej wcześniej dysproporcji w dostępności źródeł między Zachodem a Polską. Także bardzo ciekawe ilustracje, włącznie z tą na okładce pochodzą prawie wyłącznie spoza ziem polskich.
Druga część to już omówienia i analizy konkretnych tekstów powstałych na przestrzeni wieków, które odnoszą się do tematyki homoseksualności. Część trzecia to antologia. Teksty zamieszczone są tutaj w pełnych wersjach, w języku oryginału (a więc oprócz polskiego także łacina i rzadziej niemiecki). Przedstawione tu są również opracowania naukowe i popularnonaukowe powstałe w XX i XXI w. (nieliczne jeszcze w XIX w.), które o homoseksualności staropolskiej coś mówiły. Autorzy nie tylko je streszczają czy cytują, ale przede wszystkim komentują, krytykują i polemizują z nimi. Nie ma co ukrywać, wiele tu jest powtórzeń z poprzednich rozdziałów. To co najbardziej interesujące poznajemy w części I i II; część III (a to połowa książki) przeznaczona jest raczej dla specjalistów.
Książka krakowskich literaturoznawców jest pracą naukową, bardzo pilnującą rzetelności metodologicznej. Nie jest jednak chłodna, przeciwnie pokazuje zaangażowanie emocjonalnie Autorów, którzy stawiają przed swą pracą cel emancypacyjny i czynią z niej środek walki z homofobicznymi uprzedzeniami. Język, jakim się posługują, jest bardzo komunikatywny – nie jest suchym, naukowym żargonem dostępnym tylko dla nielicznych. Nastulczyk i Oczko przybliżają przy okazji podstawowe problemy i pojęcia współczesnej wiedzy o homoseksualności, co ułatwi lekturę osobom zupełnie niezapoznanym z tematyką (tłumaczą nawet co to gaydar albo czym były wydarzenia wokół klubu Stonewall). Co nie zmienia faktu, że – wobec licznych kontekstów, które przywołują – solidna wiedza czytelnika/-czki z różnych dziedzin humanistyki uczyni lekturę znacznie pełniejszą i bardziej satysfakcjonującą.
Tomasz Nastulczyk, Piotr Oczko, „Homoseksualność staropolska: przyczynek do badań”, Collegium Columbinum, Kraków 2012, ss. 541
może mi ktoś wytłumaczyć o co w tym chodzi? ;o
czy wybrac interes ogolu swoimkosztem czy swoj interes poswiecajac ogol.
sikorski - wybral interes ogolu, wybawil setki tysiecy polakow spod niewoli rosyjskiej, ci ludzie wyszli jako armia andersa i tysiace z nich przezylo..ale sikorski zostal zamordowany, ocalil rzesze ale sam zginal
anders - wybral interes wlasny a nie ogolu, ulegl anglikom i wydal rozkaz rzezi pod montekasino...dzieki temu tysiace zolnierzy stracilo zycie ale on pozostal dowodca, stal sie "bohaterem" i p wojsnie jako jeden z kilku polakow zasluzonych dla UK dostal angielska emeryture i mieszkal z mloda dziwka w Londynie podczas gdy jego zona z dziecmi mieszkala w wynajetym pokoju w Londynie i klepala straszn abiede..on zony nie chcial znac ani dzeci, on chcial rznac swoja mloda kurwe.....a kurwa miala dobrze no do andersa przychodzilo wielu mlodych zolnierzy....a ona andersa szybko ubrala w szlafroczek i wmowila mu ze jest starym dziadem...
napadnij, napadnij, zerwij rozejm z Turkami, Turek to nie czlowiek ( potem amerykanie beda mordowac Indian tez mowiac ze to nie ludzie wiec wolno )
jestes o panie przedmurzem chrzescijanstwa, jestes o panie wybawca europsy spod zagrozenia barbarzynskiego, o wielki i madry panie i wladco, twoje pewne zwyciestwo prtzynesie ci slawe na wieki, caly swiat przez tysiace pokolen bedzie wielbil cie o panie ze wybawiles europe spod tego barbarzynskiego zagrozenia.....ahh panie nie martw sie ze Turkow duzo a ty masz malo wojska....ja papiez o panie mam swoja flote, wenecjanie tez maja flote i ja mam tam wplywy, obie floty zablokuja dardanele i wojsko tureckie zostanie zdziesiatkowane a potem ty panie je dobijesz...o panie twoje zwyciestwo jest pewne a ja papiez w imieniu jezusa chrystusa i z jego polecenia udziele ci wszelkiego wsparcia ku chwale pana....
a praktyka byla taka ze mlody warnenczyk lyknal te kity a flota papieska ani wenecka nie kiwnela palcem aby pomoc warnenczykowi i wojsko warnenczyka zostalo wyrzniete do pnia!
historia uczy. uczcie sie historii aby ropzumiec terazniejszosc. ile to razy nas napuszczano abysmy w imie "chwaly" walczyli i gineli..
wezmy chociazby montekasino......my mamy piosenki jak to chwalebnie tam polacy walczyli..a przeciez montekasino to bylo zbiorowe samobojstwo polskiego wojska!! rozkaz dokonania aktu samobojstwa wydali angole andersowi a ten gdyby nie posluchal sie i odmowil wyslania olakow na smierc to zostalby oskarzony o zdrade a na jego mjiejsce przyszedlby inny ktory taki rozkaz wydalby...wiec anders wydal ten rozkaz i glupi zolnierze nic nie wiedzacy poszli na rzez bo tak chcieli anglicy aby oslabic wosjko polskie ktyore juz nie tylko nie bylo potrzebne ale i zawadzalo, bo raz ze wymagalo utrzymania a dwa ze moglo namieszac gdyby polaczylo sie z innymi wojskami polskimi pod berlinem i moglo dojsc do napasci wojsk polskich na rosyjskie pod berlinem i wtedy to polska bylaby zwyciesca wojny.....dlatego nalezalo zrobic wszystko aby oslabic polskie wojsko - nalezalo wydac rozkaz zbiorowego samobojstwa armii andersa pod montekasino i nalezalo wydac rozkaz zbiorowego smaobojstwa ak w powstaniu warszawskim. dzieki temu anglicy i usa mialo pewnosc ze polska Stalinowi nie zagrozi....
The "bulwark of Christianity" and other slogans put forward by the papal envoy Giuliano Cesarini, together with much more reasonable but only verbal promises of Venetian and papal fleets blockading the Dardanelles Straits, along with an enticing vision of a promise of victory in this glorious crusade carried for the glory of God and against the Turks, persuaded Władysław to engage his freshly victorious forces (long campaign) for another season of war, thus breaching the ten-year truce with the aggressive and still powerful Ottoman Empire. Despite their alleged forthcoming help the Venetian fleet carried over the Turkish army from Asia into Europe and failed to sail to Varna, a surprising move that Władysław and his most senior military commander Hunyadi failed to anticipate. The treason by the Venetians placed the huge Turkish army (60,000) under sultan Murad II in close proximity to the unsuspecting crusaders (20,000). Therefore, when the Battle of Varna began on 10 November 1444, the Polish king and his multi-ethnic subjects did not sense that this would be for many of them their final fight.
No i te okolicznosci nie sa sporne. Papiez pomogl mui walczyc z Elka aby utrzymac korone Wegier to on w zamian zgodzil sie walczyc z Turkami lamiac ROZEJM!!!! A ze Wenecjanie obiecali pomoc i nie dotrzymali slowa to wojsko Warnenczyka zostaloz miecione, bo bylo ich 20 ty a Turkow 60 tys....
Co robil Warnenczyk pod Warna? Byl na wycieczce? Nieeee....powedrowal tam z wojskiem aby napasc na Turkow. Co do tego nie ma watpliwosci. Powedrowal tam z polecenia papieza.
A czy podpisal rozejm czy nie, ja nie spotkalem sie z watpliwosciami co do tego faktu ale ok, mozesz uwazac to za fakt niepewny.
Skoro jednak polecial tam walczyc z Turkiem, napasc na Turka bo tak mu kazal papiez - to dobrze ze zgina. POlecial na wojne, polecial napasc na kogos, byl agresorem, to bardzo dobrze ze zginal.
A książka wydaje się megaciekawa, chętnie sięgnę, jak tylko gdzieś znajdę.
Czyli jednak poglądy w ciemnogrodzie się nie zmieniają od wieków ;)
kocham to zdanie ;D
To samo mam:)