„Czasami za bardzo wygładzony, ale mimo tego zabawny. Bezwzględna rekomendacja na sobotni wieczór w "branżowym" towarzystwie."
„Czasami za bardzo wygładzony, ale mimo tego zabawny. Bezwzględna rekomendacja na sobotni wieczór w "branżowym" towarzystwie."
Apple TV Store
Google Play Movies
YouTube
Amazon Video
Rakuten TV
Pilot WP
Apple TV Store
Google Play Movies
YouTube
Amazon Video
Rakuten TV
Pilot WP Zbliżają się do czterdziestki, panicznie boją się zaangażowania i wpadli sobie w oko. Ta błyskotliwa komedia przeszła do historii, choć w Polsce zasłynęła z zupełnie innego, komicznego powodu.
Bobby (Billy Eichner) to neurotyczny nowojorski intelektualista, autor popularnego podcastu i dyrektor powstającego właśnie muzeum historii LGBTQ+. Jak sam o sobie mówi: typowy biały cis gej. Z kolei Aaron (Luke Macfarlane) to chodzący stereotyp męskiego osiłka z prowincji, który na co dzień nosi garnitur i zajmuje się spisywaniem testamentów. Obaj zbliżają się do czterdziestki, obaj panicznie boją się poważnych związków i obaj, zupełnie przypadkiem, wpadają na siebie w klubie. Choć dzieli ich właściwie wszystko, zaczynają się spotykać. Bobby uważa, że Aaron zachowuje się zbyt heteroseksualnie i brakuje mu pewności siebie, z kolei Aaron jest przytłoczony aktywizmem i intensywnością Bobby'ego.
Zobacz recenzje filmu „Kumple" na YouTube
Zanim przejdziemy do tego, dlaczego ta produkcja jest ważna dla reprezentacji w kinie, pomówmy o tym, jak zadebiutowała w polskich multipleksach. Dystrybutor miał z nią niemałe urwanie głowy, ale wcale nie z powodu homofobii. Kiedy Kumple (w oryginale Bros) trafili na nasze ekrany w 2022 roku, wyszukiwarka Google po wpisaniu frazy "Super Mario Bros Film" błędnie zaciągała godziny seansów komedii z Eichnerem. Efekt? Tłumy zdezorientowanych rodziców przyprowadzały dzieci na radosną animację o hydraulikach, a dopiero przed kasą dowiadywały się, że kupują bilety na pełną ostrych żartów gejowską komedię romantyczną. Internet zalały anegdoty o pracownikach kin cierpliwie tłumaczących matkom, że na ekranie nie będzie Mario, tylko faceci szukający miłości na Grindrze.
A szkoda, gdyby zdezorientowani widzowie ostatecznie zrezygnowali z seansu, bo ominęłaby ich jedna z najbystrzejszych produkcji tamtego roku. Kumple to pierwsza w historii komedia romantyczna wyprodukowana przez wielkie hollywoodzkie studio (Universal Pictures), w której cała główna obsada - włączając w to aktorów grających postaci heteroseksualne - należy do społeczności LGBTQ+. Scenariusz, który reżyser Nicholas Stoller napisał wspólnie z Eichnerem, jest bezczelny i bezkompromisowy. Twórcy nie łagodzą dowcipów, żeby przypodobać się masowej publiczności. Śmieją się z hipokryzji korporacyjnej różnorodności, gejowskiego kultu ciała i powierzchowności randkowych aplikacji. Jak trafnie zauważył Krystian Zając w swojej recenzji, ten film "znacznie wykracza poza li tylko ciepłą opowiastkę o miłości".
Niestety, mimo entuzjastycznych recenzji krytyków i gigantycznego budżetu marketingowego, film okazał się w Stanach finansową klapą. Eichner w wywiadach obwiniał o ten stan rzeczy homofobię w mniejszych miastach, ale prawda może być o wiele bardziej prozaiczna - widownia po prostu odzwyczaiła się od chodzenia do kina na klasyczne komedie romantyczne, bo te masowo przeniosły się na platformy streamingowe. Niezależnie od wyników w box office, Kumple robią dokładnie to, co dobry romkom robić powinien: dają czystą frajdę, świetnie bawią się gatunkowymi kliszami i nie traktują widza jak idioty.