Wracając do chorób. „Angina, astma, reumatyzm, wrzody, a nade wszystko starzenie się” – pisał Gombrowicz w 1958 roku. Czy takie opisy nie wprowadzają czytelnika trochę w konsternację?Te uwagi odkrywają inne podejście do ciała i cielesności u Gombrowicza, szczególnie własnej somy. Bez charakterystycznej dla niego filuterności, swawolnej intymności, bez pogrywania sobie ciałem ludzkim, które możemy na różne sposoby wykorzystać, odczuwać nim i rejestrować. To już nie jest jucha, jak na początku „Kronosu”, fizyczne zespolenie z młodziakiem Frankiem, który został uwieczniony jako jego prosty chłopak, putto z chłopstwa, z lubego parobkostwa.
Luj!No tak, dla mnie Franek to postać jak nasz swojski lujek pospolity, funtastyczny efeb. Prefiguracja kulturowa – idealna, by przenieść ją do dzisiaj i uwikłać w drwalskie opowieści. I można rozpustnie snuć domysły, że gdyby za naszych czasów Gombrowicz bawił na wioskach, to pewnie byłby dziwkarzem, lubieżcą... ale takie szczere kurewstwo mężczyzny chcącego
męszczyzny, męsko-chłopackie parzenie, toby sobie bardzo cenił. I wreszcie nie musiałby za to tyle sobą płacić – i jeżeli chodzi o gotówkę, i jeżeli chodzi o złapanie weneryka, albo innych dolegliwości, które miewał i twierdził, że przez to nie może dalej się posuwać, nie może więcej sobie używać. Wchodząc w „Kronosa”, chwilami miałem wrażenie, że Witoldo jednak żałuje, że ciurkał ptakiem z byle kim i byle jak, po dworcach i w krzaczorach. Jakby z przyjaźnią i bliskością, jak nasi gejowie z Poznania, nie potrafił. I ta cielesność jego ageismowa może dlatego też była taka fizjologiczna, rozbolączkowana, że całe lata nie doceniał swojego ciała, publicznie pogrywał nim bardziej jako materiałem do koncypowania. Jak gejowskim fantazmatem.
Tym razem "skandaliczna" cielesność?Wiele rzeczy lepszych potrafimy mówić o swojej cielesności, myśląc o tym, jaki potencjał ono ma, dopóki jest młode, nieschorowane, póki może sporo z siebie dać. A kiedy tracimy kontrolę nad swoim ciałem, brakuje skłonności do somatopoetyki. Pozostaje fizjologia, która boli, która uwłacza godności człowieka. To widać w końcowych latach pisania „Kronosu”, kiedy Gombrowicz traci panowanie nad swoim mięsem, robi pod siebie, jest uzależniony od Rity, od pielęgniarki. To musiało go boleć, a na naszych oczach dokonuje się potworna demitologizacja – i człowieka, i pisarza. Ja bym nie chciał zostać wystawiony na pokaz tak nagi, rozebrany z dyskursów, żeby tyle osób zbyt wiele o mnie-prywatnym wiedziało, zwłaszcza w naszych czasach, kiedy wiem, że będzie to wykorzystane pod publiczkę, w sposób bigbrotherowski. Efekty widać w artykułach i recenzjach – to, co się dzieje w recepcji, wygląda na szmatekstowe przekreślanie pisarza Gombrowicza. Jakieś transgresyjne, pozytywne lansowanie twórcy czy eksponowanie prawdziwych dzieł i literacko jarych fragmentów ani się śni tym honoraryjnym głuptakom. To jest chore! Wrzody na jajach Gombra się uwypukla, niejednego trypra cytuje i do widocznych miejsc wrzuca – ciało podupadłe staje się ważniejsze, bo nośne. Tym pokracznym genetyzmem łatwo podkoloryzować medialną papę. I co tam, że się upadla naszego plugawego brata Witolda. Byle nakład zszedł!
Porozmawiajmy jeszcze o dodatkach do książki. Materiały ilustracyjne i liczne przypisy są jej ważnym elementem.Przyznam, że w pewnym rozprzężeniu wojeryzowałem obudowę Witoldowych zapisków, szykując się do naszej rozmowy ciotek klotek. Miewałem lżący stosunek do nich. Przyjąłem strategię, że jedynie przelecę wzrokiem takie i owakie, oblatując Gombra. Dość beznamiętnie obczajałem dopusty wszystkich edytorek, redaktorów, poronione mniej lub bardziej przypisy, które bywają śmieszne, rozbrajająco bezpłciowe. I nie mówią wprost o wielu intrygujących wątkach! Uderzyła mnie za to aura tajemniczości, powtórnego kamuflowania tekstu głównego: gdzie mogło chodzić o seks, o jakąś zażyłość, głębszą relację. I tego akurat redakcja nie rozjaśnia, nie dopowiada. Prędzej kontroluje samego autora – krytycy tekstu podkreślają nieścisłości, przekłamania w chronologii zdarzeń, prostują, czy coś mogło zajść w czasie, jaki odnotowano... Najchętniej zaś wikipedycznie „rozpisują się” na temat miejsc, zdarzeń i postaci, które znamy ze szkolno-studenckiej wiedzy o kulturze albo innych tekstów Gombrowicza. Oczywiście kastrując LGBTQ-owe konteksty i zależności.
Jest taki fragment, opisany jako wstydliwe wydarzenie, a mianowicie, że Gombrowicz znalazł się na komisariacie – po pobycie w miejscu, gdzie spotykali się homoseksualiści. Co ciekawe, stosunki homoseksualne były już wtedy w Argentynie zdepenalizowane. Można wywnioskować, że może on tam się po prostu puszczał za kasę! Ten fragment jest przemilczany.Nie zwróciłem na to uwagi... Zwykle pociągało mnie wywiadywanie się, jak kultura homoerotyczna i gejowskie podziemie funkcjonowały w powojniu, za PRL-u, na emigracji. Czy możemy znaleźć miejsca wspólne, jakieś prawidłowości w zestawieniu zagranicznych procesów i historii z wewnątrzpolskimi przemianami obyczajowości ostatnich dekad. „Kronos” dyskutowany dopiero teraz uwidacznia, jak często niezmiennie widzi się homoseksualistów, patrzy na homoseksualne akty czy styl prowadzenia się, funkcjonowanie publiczne i prywatne gejów na świeczniku. Książkowe ujęcie seksualności i erotyki Gombrowicza też mnie oburza – gdy Rita posługuje się określeniem „dwuznaczna seksualność”.
„Otoczenie gwardią w dzieciństwie i kuchenne schody młodości pozwalają lepiej zrozumieć jego biseksualność, której wspólnym mianownikiem jest anonimowa młodzież o bosych stopach. Staje się jasne, dlaczego mógł napisać, że nie wierzy w filozofię nieerotyczną. Jego umiłowanie młodości jest punktem wyjścia do refleksji nad koncepcją człowieka ferdydurkicznego” – pisze Rita Gombrowicz.
Jeżeli dwuznaczność, to prowadząca w stronę niedookreślonego, metamorficznego. I tutaj uznaję, że Gombrowicz jest queerem. On queeruje! W tekstach i wypowiedziach wykazuje się często niestabilną podmiotowością, mocną, wyrazistą, ale nieustannie w ruchu.
Witoldo w komentarzach odautorskich ganił krytyczne metkownice swojej twórczości. A w kreacji pisarza wzbraniał się przed usidleniem w jednoznacznej roli, przybraniem jednej pozycji. Uciekał od figury, która byłaby dopowiedziana, prosta do sklasyfikowania. Jeżeli nazywa się go dziś biseksualistą, to oczekuję sproblematyzowania użytej kategorii. Bo się ją narzuca, przypisuje ot tak. Niechże się ktoś zapyta, czym była biseksualność Gombra, szczególnie dla niego samego i w jego czasach, jak się wyrażała, sprawdzała w działaniu.
Przypatrzmy się kwestii odmienności, jak traktował chłopców, a jak mężczyzn, tych wpływowych i bez znaczenia, jak kobiety – istotne w jego życiu prywatnym i zawodowym, a te przygodnie się trafiające. O tym się u nas nie dyskutuje. Ochoczo zaś narzuca się jakiś genderowo-psychospołeczny – uwaga na modne słowo – paradygmat, sposób widzenia i nazywania cudzego poczucia tożsamości i orientacji seksualnej.
Mam wrażenie, że Gombrowicz jako twórca poszukiwał po prostu ludzi, mężczyzn jak i kobiet, którzy byliby wyzwaniem intelektualnym i godnymi przeciwnikami w tej bitwie na słowa, filozofie. Ale był też ciekawy zwykłego człowieka, jego myślenia, czerpał inspiracje z jego poznania. No i łatwiej mu było kreować postaci.
Tak samo moim zdaniem robi w naszych czasach Witkowski. Podsłuchuje, podgląda.Myślę, że bardzo świadomie. U Michaśki jest mnóstwo gombrowania, i to w każdej jego powieści. Intertekstualne zabiegi, dialogowanie dwóch panów to jest bezdenna lubież dla tych, którzy zajdą badać witkowszczyznę. I warto, jeżeli ktoś lubi Miśkę, powrócić do Gombra jako ziomka, który zdecydował o tym, jaką literaturę polską teraz czytamy. Dziś spokojnie Gombrowicza przeczyta się z satysfakcją. Lepiej nie „Kronos”, chociaż i on może być dobrze spożytkowany przez tych, którzy jakieś hierarchie sobie wprowadzą, zweryfikują posiadaną wiedzę. A nuż ta lektura namiesza w głowach tak, że ktoś sięgnie dalej, głębiej, zechce poznać Gombrowicza jako kreację pisarską, autorską, bo on tu jest najciekawszy. Zresztą język próz i dramatów się nie zestarzał, wiele skrzydlatych fraz i powiedzonek z nich pochodzi. Ludzie są nieświadomi, przy ilu okazjach mówią Gombrem.
Boję się, że skandal z „Kronosem” nie zostanie należycie spożytkowany – jako zabranie się do czytania, jak było za Giertycha, kiedy młodzi robili na opak, sprawdzali treści na sobie. Niech gejątka tak otworzą prawdziwy „Dziennik”, wżenią się w Gombra, bo można gładko rozkoszować się nim.
Nigdy nie broniłem się przed przegięciem.
Jakoś jednak dla mnie to brzmi sztucznie... dla mnie nawet. Może nie jako przegięcie, tylko przeintelektualizowanie, nie wiem.