Przyznam się, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy to wszystko nie jest żart Gombrowicza?Skierowanym do tych, którzy zapłacili tyle pieniędzy!
(śmiech) Najpierw Palikot kupił tajemną teczkę od Rity Gombrowicz, powiadają, że za mnóstwo pieniędzy. Rita pewnie chciała na tym „ostatnim razie” zarobić i mam wrażenie, że taki też był cel Witolda Gombrowicza, kiedy mówił jej, że jeśli coś się będzie działo złego, niech ratuje teczkę z tajnymi zapiskami i wszystkie umowy prawne, które zapewnią im lepszą przyszłość, a może też coś z dzieła pisarza uda się ocalić, żeby go po-pamiętano. Doszukiwałbym się tu zgrywy i zemsty – na trąbach wychowanych na Pudelku, tabloidach, tanich sensacjach. Co ważne, samo Wydawnictwo Literackie, mające dotychczas monopol na drukowanie pisarza, weszło w interes i na swój sposób używa opłaconych tekstów. To niech zbiera też cięgi!
Posłuchaj fragmentów rozmowy:
Warto głośno powiedzieć, że ten „Kronos”, który mamy w rękach, to druga wersja edycji tekstu – opublikowana po zgodzie wdowy Gombrowiczowej. Podjęto wcześniej próbę wydania tych zapisków, w innym kształcie, przez inny skład redakcyjny, gdy Palikot udostępnił tekst oficynie słowo/obraz terytoria. W środowisku mówi się, że w ich edycji książka miała być częściowo faksymilowa, imitować karty z zapiskami, a transkrypcję tekstu głównego planowano wyposażyć jedynie w niezbędne przypisy. Chciano opublikować rzecz bardziej kolekcjonerską, dla badaczy, bibliofilów, fanów Gombrowicza. Których pociąga przenikanie fikcyjnego i realnego w jego dziennikach czy prozie. Jak w sylleptyczności, tj. pomieszaniu obliczy autora zewnętrznego tekstu i kreacji pisarza Gombrowicza występującego w utworach, co późniejsi literaci, jak Michał Witkowski, wykorzystywali u siebie. Ciekawi mnie, jaka była ta pierwsza, niedopuszczona do druku edycja – na którą Rita Gombrowicz się nie zgodziła. Dlaczego dostajemy publikację popularnonaukowo-brukową w oprawie, jakie byłyby różnice? Czy Ricie, innym osobom lub instytucjom zależało, by w określony sposób pokazywać Gombrowicza dzisiaj? Z tego, co do mnie z przeplotów dociekło, wiem, że słowo/obraz terytoria miało zrobić „Kronos” niskonakładowy, taki na tysiąc egzemplarzy dla zainteresowanych, ale kto by na tym zarobił? Rita raz już zgarnęła dolę, Palikot dał jej ponoć któregoś swojego milijona za ukrywany przez lata skarb. Wydawnictwo Literackie musiało zatem odkupić towar, płacąc wysoką stawkę.
Skandal wraca, skandal wraca!Właśnie! Nie chodzi o come back pisarza, zadbanie o żywotność twórczości, ale o pieniądze dla tych, którzy jeszcze żyją, żyją z pisarza, z pamięci o nim. Czy tyle musi kosztować dozgonna promocja twórczości?!
Powiedzmy sobie szczerze, że Gombrowicz nie pisze dobrze o Ricie.Jak o wszystkich kobietach!
(śmiech)Prawda, ale mężczyźni też nie są opisywani w samych superlatywach.Wystarczyło, że zrobili coś nie po myśli autora albo przeciw jaśniepanu, szczególnie publicznie. Najczęściej coś złego o nim napisali, źle się wyrazili, nie załatwili czegoś. Albo wykazali się zimną obojętnością.
Wspomniałeś o Pudelku…Mam wrażenie, że „Kronos” to publikacja zrobiona po trochu dla dzisiejszej skundlonej miazmatami publiczności. Ale otoczka towarzysząca drukowi to traktowanie pudLITowo takich odbiorców, jak ja i ty, którzy liznęliśmy Gombrowicza w szkole, syciliśmy się nim na studiach, ciągle mamy frajdę z czytania go, a tu ktoś nas robi w bambuko! My nie jesteśmy prymitywami, którzy będą cenić sobie Super Fakta Kulturalnego, mającego nam ukazać akta wszystkich kochanków i kochanki Gombrowicza, prawdę o tym, jakim bywał erotomanem, seksistą, mizoginem, ciotofobem... Napuszoną hrabiną zresztą też.
I hipochondrykiem.Bo miał obsesję na swoim punkcie, swojej kariery, swojego ciała, ten nasz Witoldo-puszczalski bez zasad.
I swoich pieniędzy. W 1952, podsumowując rok, Gombrowicz pisał: „Nuda, wzrastająca samotność, demoralizacja, próżniactwo, lektury i czekanie, czekanie, czekanie”. I jakoś też tak czytałam i czekałam, czekałam…To skandal, że Gombrowicz mógł tak nudno pisać!
(śmiech) I o takich błahych rzeczach. Pokazywanie światu tych zapisków działa jak przemalowywanie portretu, już i tak dorianograyowskiego, z umniejszaniem bohaterowi. A przecież siłą rażenia Gombrowicza były rozpisywana na wiele głosów i kreacji osobowość twórcza, płynna tożsamość, mocowanie się z podmiotowością. Wiele pozostawało niedopowiedziane, pokomplikowane – i nikt nie mógł być pewny tego, w kogo gra Gombrowicz, kim gra Gombrowicz, a z kim jeszcze sobie pogrywa. Kronosowy zapisywacz staje się nudny, zwyczajny, a notkarstwo miałkie... Widzimy napuszoną gwiazdkę, dziadu z kompleksami – chwilami tylko obscenicznego i dającego do myślenia. Prozaicznego faceta, który ma problemy dlatego, że ważniejsze dla niego jest to, żeby mieć i rozliczyć. Czuje, że już nie dostanie Nobla, ale czeka na inne nagrody, jest głodny sławy. Dlatego na początku mówiłem tyle o Michaśce Literatce. Zastanawiałem się, ile tu jest wspólnoty – z czytanym, badanym Gombrowiczem – przekuwania na formę współczesną: kondycji pisarza i warunków, w których on funkcjonuje, co musi zrobić, żeby zaistnieć, zapaść w pamięć i ją podtrzymywać. Kanon zarzyna, bycie lekturą szkolną ubija. Gombrowicz powrócił chwilowo do polskich szkół i do świadomości młodych czytelniczek i czytelników, gdy Minister Edukacji Narodowej Roman Giertych, postanowił wykreślić „Ferdydurke” i „Trans-Atlantyk” z listy lektur, bo uważał, że są to książki zbójeckie, pozycje plugawe – na miarę „promocji homoseksualizmu”. Gdyby ktoś dzisiaj naprawdę poczytał „Ferdydurke”, toby zobaczył, że tam funkcjonują po swojemu homoerotyzm, biseksualność, a i orgiastyczność, jeżeli chodzi o ciała, płcie, niedookreślenie w nich. Formy Gombra dają pole do używania sobie. Czas się przekonać!
Nigdy nie broniłem się przed przegięciem.
Jakoś jednak dla mnie to brzmi sztucznie... dla mnie nawet. Może nie jako przegięcie, tylko przeintelektualizowanie, nie wiem.