Naruszenie nietykalności podczas Marszu Tolerancji
Czworo parlamentarzystów lewicy złożyło w krakowskim sądzie prywatny akt oskarżenia o naruszenie nietykalności podczas majowego marszu tolerancji środowisk homoseksualnych donosi krakowskie wydanie Gazety Wyborczej. Uczestnicy demonstracji zostali wtedy obrzuceni różnymi przedmiotami przez narodowców i piłkarskich chuliganów.
Wśród autorów prywatnego aktu oskarżenia są m.in. poseł SdPl Andrzej Celiński i senator SLD Maria Szyszkowska. Podczas marszu poparcia dla praw gejów i lesbijek, jaki w maju przeszedł ulicami Krakowa, pod Wawelem doszło do starcia z działaczami Młodzieży Wszechpolskiej, skinheadami i rozjuszonymi kibicami piłkarskimi. W stronę uczestników pochodu poleciały jajka, butelki i kamienie. - Zboczeńcy! Mordercy! - krzyczeli.
Parlamentarzyści lewicy twierdzą, że agresywne zachowanie doprowadziło do ich znieważenia i naruszenia nietykalności. Do aktu oskarżenia załączyli również kserokopie artykułów z "Gazety", opisujących przebieg zajść. Proces nie będzie jednak łatwy, bo nie wskazują konkretnych sprawców. Akt oskarżenia dotyczy bowiem grupy nieustalonych z nazwiska osób. Jego autorzy liczą, że właśnie przed sądem uda się ich ustalić. Wcześniej prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania w tej sprawie.
LPR chce odwołać prezydenta Krakowa, bo w maju tego roku zezwolił on na przemarsz przez miasto manifestacji gejów i lesbijek. Aby móc zorganizować referendum lokalne, trzeba mieć podpisy 10 proc. uprawnionych do głosowania - w przypadku Krakowa ta liczba wynosi 54 tys.
- Mamy już ponad połowę podpisów wymaganych do przeprowadzenia referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego - mówi Maciej Twaróg, szef krakowskiego LPR. Liga ma jednak trudności z wyznaczeniem terminu głosowania.
LPR ma już ponad 30 tys. podpisów. Politycy Ligi wątpią jednak, że w najbliższym miesiącu uzbierają komplet podpisów. Z głosowaniem nad odwołaniem prezydenta Majchrowskiego LPR ma jednak inny problem. Gdy rozpoczęto zbieranie podpisów, wiele wskazywało na to, że jesienią w Polsce odbędą się przyśpieszone wybory samorządowe i właśnie przy ich okazji krakowianie mieliby głosować w sprawie prezydenta miasta. Teraz, gdy termin tych wyborów odsunął się w czasie, LPR ma problem z własnym referendum. Nie chce narażać miasta na dodatkowe koszty, a poza tym obawia się o frekwencję: by referendum było ważne do urn musi pójść 30 proc. uprawnionych do głosowania krakowian. - Nie wykluczone jednak, że po zebraniu wymaganych podpisów wyznaczymy termin referendum, nawet jeśli nie będzie się ono zbiegać z innym głosowaniem - mówi Piotr Döerre, sekretarz małopolskiej LPR.
(GW)