Ostra konkurencja - wynik remisowy
"Black & Blue" - taki tytuł nosi najnowszy album BSB. Od 1995 roku, kiedy rozpoczęła się ich fenomenalna kariera, Kevin, Howie, Alex, Brian i Nick sprzedali już 60 milionów srebrzystych krążków. Po dobrowolnej abdykacji legendarnego Take That, nie mieli właściwie konkurencji. Sami wyznaczali standardy dla siebie i innych. I trzeba przyznać, że ustawioną wysoko poprzeczkę trudno przeskoczyć. Już tylko ilość tytuły utworów, które tygodniami utrzymywały się na listach przebojów wzbudzają respekt: "I Want It That Way" (1999), "Quit Playing Games" (1997) lub "We've Got It Going On".... Ostatni album BSB, "Millennium", który ukazał się dokładnie rok temu wszelką konkurencję rozstawił po kątach.
Także "Black & Blue" zapowiada się zupełnie nieźle. Utwory takie jak "The Call" lub singlowa wersja "Shape Of My Heart" znanego kompozytowa hitów Maxa Martina odpowiada temperamentowi grupy. Można oczywiście mówić o stylistycznych zapożyczeniach od Whitney Houston lub Timex Social Club, ale trzeba przyznać, że album prezentuje solidny poziom.
Czy grupie Westlife wróżyć można równie świetną karierę - trudno powiedzieć. W każdym razie ich nowa płyta, "Coast To Coast" jest niezłym jej fundamentem. Westlife mają dobrego managera. Jest nim sam Ronan Keating z Boyzone. W ostatnich miesiącach, pięciu Irlandczyków: Bryan, Mark, Kian, Nicky i Shane plasowali na listach jeden hit za drugim, żeby wymienić tylko "Swear It Again" czy "I Have A Dream".
Zresztą - kłótnia, który zespół jest lepszy nie ma sensu. Dla jednych i drugich pracują ci sami producenci, tekściarze, muzycy. Stąd zaskakujące czasem podobieństwa soundu i aranżacyjnych pomysłów. Można powiedzieć tak: Rację mają chłopcy z BSB, kiedy mówią, że nie są już boysbandem, lecz vocal group. W istocie, przekroczyli już granicę wieku i nie można ich głaskać po główkach. A Westlife? Najlepsze jeszcze przed nimi.
Słowo "boy" kojarzy mi się zawsze z Boyem (Żeleńskim): "Coś takiego w nich już było, że popatrzeć na nich miło..."
(opr.: KRISZNA)