... czyli o naszych "boysbandach" ciąg dalszy...
Niczym bańka mydlana pękły kolorowe marzenia nastolatek na całym świecie. Gwiazda brytyjskiego boysbandu Boyzone, Stephen Gately (pisaliśmy o tym w lipcu) oficjalnie przyznał na łamach gazety The Sun że jest gejem i na dodatek że wybrańcem jego serca jest były członek grupy "Caught in the Act" Eloy de Long (26). Na oficjalnej fanpage "Boyzone" http://www.polydor.de/pop/link-boyzone_fanpage.htm roi się od najrozmaitszych reakcji. W każdym razie, wielbiciele zgotowali Stephenowi entuzjastyczne przyjęcie podczas niedawnych koncertów w Niemczech.
Czy można zatem przyjąć, że dla branży muzycznej gejowski coming-out nie jest już żadnym problemem? Niestety - aż tak różowo nie jest. Któż dziś pamięta, że chłopcy z legendarnego już „Take that” zaczynali karierę w klubach gejowskich? Dopiero gdy firma BMG zwęszyła interes a młode dziewczyny zaczęły piszczeć na koncertach i wieszać na ścianach zdjęcia przystojniaczków - zarządzono pełną heteryzację grupy. Nie zmienia to faktu, że superstar "Take That" Mark Owen jest zadeklarowanym gejem. A "Caught in The Act"? Już sama nazwa grupy daje wiele do myślenia. Znaczy bowiem "przyłapany na p..." - co jest ulubionym zwrotem gejów na Wyspach Brytyjskich.
Inaczej amerykańska grupa "Backstreet Boys" - tu na razie indykator gejostwa pokazuje uparcie zero. Ale niespodzianek wykluczyć nie można, tym bardziej, że w USA przemysł rozrywkowy szczególnie pilnie strzeże sekretów życia prywatnego gwiazd. Ujawnienie homoseksualnych skłonności chłopaka z grupy, stanowiącej obiekt westchnień milionów nastolatek byłoby narodową katastrofą.
W każdym razie: Dla setek tysięcy nastolatków, także w Polsce, wiadomość że młody chłopak, idol generacji boysbandów otwarcie przyznaje się do swych odmiennych preferencji seksualnych i nie łamie mu to kręgosłupa ani nie niszczy kariery - dodaje otuchy i odwagi.
(JS)