„Zabawny, autentyczny i charyzmatyczny choć bardzo nierówny."
„Zabawny, autentyczny i charyzmatyczny choć bardzo nierówny."
Zamożny arystokrata rzuca wszystko, by zostać piratem. Zamiast morskich bitew i litrów rumu czeka go jednak historia, która całkowicie wywraca piracki gatunek do góry nogami.
Jest rok 1717. Stede Bonnet, zamożny właściciel ziemski, przechodzi wyjątkowo drastyczny kryzys wieku średniego. Rzuca wygodne życie, rodzinę i luksusy na Barbadosie, by wypłynąć na szerokie wody jako tak zwany pirat-dżentelmen. Problem w tym, że Stede kompletnie się do tego nie nadaje. Jego statek przypomina pływający pałac z imponującą biblioteką, załoga domaga się bezpiecznego środowiska pracy i dyskutuje o swoich uczuciach, a sam kapitan najchętniej czytałby im na głos bajki przed snem. Ta absurdalna sielanka zostaje brutalnie przerwana, gdy los krzyżuje drogi miękkiego arystokraty z najgroźniejszym człowiekiem na morzu - legendarnym Czarnobrodym.
Zobacz recenzje filmu „Nasza bandera znaczy śmierć" na YouTube
Kiedy Nasza bandera znaczy śmierć debiutowała na platformie HBO, wszystko wskazywało na to, że dostaniemy lekką, biurową komedię w historycznych kostiumach. Ot, taki morksi sitcom bazujący na absurdalnym humorze Taiki Waititiego, który wcielił się tu w rolę Czarnobrodego. Ale im dalej w morze, tym mocniej twórca serialu, David Jenkins, łamie narzuconą konwencję. Głupkowata farsa o piratach-nieudacznikach niepostrzeżenie dryfuje w stronę bardzo czułej i szczerej opowieści o miłości. Jak zauważa autor na portalu Zpopk, serial zrównuje pirackie życie z wolnością - i to nie tylko tą od ciężkiej pracy, ale przede wszystkim z "uwolnieniem się od społecznych norm".
Największym sukcesem serialu jest to, jak bezceremonialnie rozprawia się z plagą tak zwanego queerbaitingu. Zamiast budować fałszywe napięcie i mrugać do widza okiem, twórcy idą na całość. Relacja między dwoma skrajnie różnymi, dojrzałymi mężczyznami staje się absolutnym emocjonalnym jądrem tej historii. Co ciekawe, ta rzekomo absurdalna, tęczowa wizja Karaibów wcale nie musi mijać się z prawdą. Jak przypomina Queer.pl, w epoce żaglowców istniała instytucja zwana "matelotage" - były to sformalizowane związki zawierane między piratami tej samej płci, w ramach których partnerzy dzielili się łupami i dziedziczyli po sobie majątek.
Widzowie błyskawicznie wyczuli tę autentyczność, a wokół serialu wyrosła potężna i niesamowicie zaangażowana społeczność fanów, urzeczona galerią barwnych postaci (w tym rewelacyjnym, niebinarnym Jimem granym przez Vico Ortiz). I choć platforma Max podjęła kontrowersyjną decyzję o skasowaniu produkcji po zaledwie dwóch sezonach, Nasza bandera znaczy śmierć zdążyła zapisać się w historii telewizji. Udowodniła, że opowieść o piratach nie musi pachnieć prochem i testosteronem, by trzymać w napięciu. Czasami wystarczy dwóch facetów, którzy w świetle księżyca wreszcie pozwalają sobie na odrobinę słabości.