Franciszek i Bartłomiej to kolejna para z Polski, która zdecydowała się na ślub za granicą. Gdzie i dlaczego? Zapraszamy do lektury naszej rozmowy z małżonkami! "Polska traktuje nas jak podobywateli, a nasza miłość, wzajemna troska, tęsknota, dbanie o siebie nie różni się od innych małżeństw" - mówi nam Franciszek.
Chcecie podzielić się własną historią?
PISZCIE DO NAS! Opowiedzcie trochę o samym ślubie, gdzie się odbył i dlaczego akurat tam?Franciszek: Braliśmy ślub w Edynburgu, bo tam mam kuzynkę oraz z tego, co się dowiedzieliśmy, było tam najmniej formalności. Poza tym trafiliśmy też na Facebooku na grupę poświęconą ślubom w Edynburgu, dzięki czemu wszystko wydawało się jasne i proste. Później okazało się, że takie też było. Sama uroczystość odbyła się w City Chambers, czyli urzędzie miasta.
Bartek: Wybraliśmy City Chambers (można było też w innych urzędach w Edynburgu) również ze względu na urok tego miejsca, piękny reprezentacyjny budynek w sercu miasta, tuż przy Royal Mile, głównej ulicy miasta.
Jak wyglądała ceremonia i co najbardziej z niej zapamiętacie, co najbardziej Was poruszyło?Bartek: Ceremonia była skromna, krótka, nim się spostrzegliśmy było już po. Było kameralnie, my, świadkowie, urzędniczka, tłumaczka, kuzynka, która robiła zdjęcia i Robert Motyka, który nagrał film. Można było wybrać sobie tekst przysięgi, opcje ceremonii. My wybraliśmy najprostszą wersję. Zapamiętam z tej ceremonii przemiłą urzędniczkę, przyjazną tłumaczkę i generalnie poczucie, że jesteśmy tam szanowani.
Fanciszek: Ja miałem mieszane uczucia. Było wzruszenie, nawet popłynęły mi łzy. Przeszkadzała mi świadomość, że nasz kraj będzie chciał udawać, że to się nie stało. To był właściwie nasz drugi ślub, więc było to potwierdzenie dawnych deklaracji, choć wzruszające.
Czy załatwienie formalności było trudne? A jeśli tak to co było najtrudniejsze?. O czym inne pary, którą chcą pójść w Wasze ślady powinny pamiętać?Franciszek: Załatwianie formalności nie było trudne. Trzeba wypełnić formularz, wysłać mailowo do urzędu w Edynburgu wraz ze zdjęciami paszportów i innego dokumentu, potwierdzającego miejsce zamieszkania. Później trzeba telefonicznie uiścić opłatę za pomocą karty kredytowej. To może być problem dla osób, które słabo mówią po angielsku, a dla tych co nawet mówią i rozumieją dobrze, może dać się we znaki szkocki akcent... Później wystarczy pojawić się w urzędzie na 15 minut przed uroczystością.
Bartek: Najtrudniejsze było dodzwonienie się do urzędu, żeby ustalić termin. Po ustaleniu terminu musieliśmy przesłać dokumenty (formularz, wielojęzyczny skrócony akt urodzenia, kopię paszportu i dowodu osobistego z adresem), zrobić płatność i przesłać wypełniony scenariusz ceremonii. Całą procedurę znaliśmy z grupy na Facebooku założonej przez Roberta Motykę.
Jak zareagowali Wasi najbliżsi?Franciszek: Czasami ktoś mnie pyta, jak na to wszystko reaguje moja najbliższa rodzina. Ja odpowiadam, że doskonale, bo moją najbliższą rodziną jest Bartek. Wtedy pojawia się najczęściej zdziwione stwierdzenie "NO TAK". Jeśli chodzi o rodziców, siostry to udali, że nic się nie dzieje, z resztą tak naprawdę nie mamy ze sobą kontaktu. Dla nich żyjemy w grzechu, więc uczestniczenie nie tylko w naszym ślubie, ale też odwiedzanie nas w domu, albo zapraszanie do nich, to przejście do porządku dziennego nad tym, że jesteśmy razem. To według nich przyzwolenie na grzech, które samo w sobie jest grzechem... Obwiniają nas za nieszczęścia w ich życiu, które według nich są karą bożą za nasz grzech! Na szczęście większość rodziny, tej dalszej, wspiera nas i okazuje wiele ciepła. Przed nami jeszcze wspólne świętowanie. Na najbliższą sobotę i niedzielę zaprosiliśmy rodzinę i znajomych. Każdy z nich będzie mógł nas odwiedzić w te dni od 9 rano do 23, takie dni otwarte w rodzinie Gruszczyńskich-Ręgowskich. Chcemy dzielić się naszą radością z innymi.
Bartek: Reakcja mojej matki: "po co wam to? Przecież to nic nie zmieni, niepotrzebnie wydacie tylko pieniądze". Oczywiście nie było jej na ślubie, nie będzie jej na naszym świętowaniu, za to szykuje się na ślub i wesele siostrzeńca. Nasz ślub się dla niej się nie liczył. Dalsza rodzina jest jednak bardziej przyjazna dla nas.
Franek: Siostra mamy Bartka oraz cała rodzina, poza jego matką, jest dla mnie bardzo życzliwa.
A jak się poznaliście?Franciszek: Poznaliśmy się przez portal randkowy dla gejów. Umówiliśmy się się na spacer po Łazienkach Królewskich. Ja mieszkałem z siostrą, Bartek u mamy, a to osoby nieprzychylne naszemu szczęściu, więc po trzech miesiącach spacerowania po Warszawie, Bartek wynajął mieszkanko, a ja się do niego wprowadziłem. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że będę chciał z nim przeżyć życie. Jak bardzo jest dla mnie ważny zorientowałem się przy smażeniu kotletów mielonych – ja szykowałem obiad, on coś długo nie wracał z pracy, nie odbierał telefonu. Bardzo się o niego bałem i wtedy zorientowałem się, że gdyby nie wrócił, to życie bez niego byłoby straszne. Przez kilka miesięcy wspólnego mieszkania stał się dla mnie najbliższą, ukochaną osobą.
Bartek: Później razem kupiliśmy mieszkanie i teraz mieszkamy od kilku lat u siebie.
Dlaczego zdecydowaliście się na ślub za granicą?Franciszek: W 2014 roku zmieniliśmy nazwisko na wspólne. W 2015 roku daliśmy sobie szerokie pełnomocnictwa i podpisaliśmy testamenty. We wrześniu 2015 roku podpisaliśmy cywilnoprawną umowę partnerską, zaprosiliśmy gości, było wesele. Wszyscy nasi znajomi, jak i my, potraktowaliśmy to wydarzenie jak ślub. Czuliśmy się małżeństwem.
Polska traktuje nas jak podobywateli, a nasza miłość, wzajemna troska, tęsknota, dbanie o siebie nie różni się od innych małżeństw.
Polska nas nie kocha, choć nie zrobiliśmy nic złego. Ślub za granicą nie ma prostego przełożenia na polskie prawo, niemniej daje nam oręż do walki przed sądami o nasze prawa. W każdym normalnym kraju, który lubi swoich obywateli, bardziej niż Polska, jesteśmy teraz traktowani jak małżeństwo, łatwiej będzie odejść z Polski, gdy zabraknie sił do walki ze strachem. Każdy dzień w Polsce to strach, że jak coś się stanie, to poza problemami natury emocjonalnej – smutkiem, żalem, brakiem snu, będzie trzeba prowadzić wojny prawne. Czasami nie mogę spać, bo się boję. Taki stan jest niszczący.
Bartek: Chciałem mieć zabezpieczenie i chciałem szacunku dla nas. Ważne było dla mnie, że wreszcie jakieś państwo traktuje nas z szacunkiem. Poza tym kocham Franka.
Co byście powiedzieli innym parom jednopłciowym w Polsce, które zastanawiają się nad ślubem za granicą? Czy warto? Jeśli tak to dlaczego?Bartek: Świat nie kończy się na Polsce.
Franciszek: Programy antyprzemocowe mówią, że ofiara powinna szukać pomocy i próbować się wyzwolić spod władzy oprawcy. Polska odbierając mi część praw traktuje mnie jak podobywatela, to pewien sposób znęcania się.
Ślub w Szkocji to dla mnie bilet do spokojniejszego życia, bo wiem, że możemy stąd wyjechać i nie wracać. W moim odczuciu im więcej będzie takich małżeństw jak nasze, tym prędzej Polska będzie musiała uznać te małżeństwa, bo będzie coraz więcej sytuacji do uregulowania.
W końcu mąż, nawet ten poślubiony w prawie innego państwa, to też mąż, a nie konkubent, czy po prostu kochanek. Polska nie może już zaprzeczyć faktowi, że jesteśmy małżeństwem. Utrudnia wpisanie małżeństwa do aktów stanu cywilnego, ale nie może zaprzeczyć jego istnieniu.
Czego Wam życzyć?Franciszek: Ja życzyłbym sobie, abyśmy zawsze byli szczęśliwsi razem niż osobno, byśmy zawsze czuli się ze sobą tak dobrze, byśmy do końca życia mieli siłę samemu się umyć, ubrać, ugotować, bo to ważne. Życzyłbym sobie również, by Polska przestała udawać, że nas nie ma w polskiej przestrzeni prawnej – by ujęła nasze małżeństwo w polskie ramy prawne, a jeśli tego nie zrobi, byśmy odnaleźli nową, tym razem kochającą, ojczyznę adopcyjną.
Bartek: Abyśmy żyli długo, szczęśliwie, w zdrowiu i miłości oraz by to nasze małżeństwo kiedyś było przez Polskę uznane.
#ŚLUBZAGRANICĄ na QUEER.PL
Grupa na Facebooku: Ślub LGBT w Edynburgu, Szkocji.