Strona główna Aktualności Społeczność
Profile Grupy Przewodnik Wydarzenia Wsparcie
Ogłoszenia
Towarzyskie Pokoje i mieszkania Praca Ogłoszenia drobne Edukacja Pozostałe Dodaj
Queeroteka
Książki Filmy i seriale Quizy Patronat Queer.pl
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Kontakt Reklama Regulamin
Queer.pl Portal osób LGBT+
Menu
Logowanie Rejestracja
Magazyn
Artykuły Galerie Tematy Tagi
Piątek, 27.10.2017, Aktualizacja: Środa, 01.04.2026

Djamel

Podziel się Tweetnij Skomentuj (1)
Podziel się Tweetnij Skomentuj (1)

Fragment powstającej powieści, "Nirvaan"

Kiedy spotkałem Djamela, który tak szeroko i szczerze się na mój widok uśmiechał, pomyślałem, że może właśnie dostałem swoją szansę na odkupienie tamtego grzechu. Tego, że pozwoliłem Karimowi odejść. Dziś zachęcamy Was do lektury fragmentu powstającej dopiero powieści Jarosława Pietrzaka!

Odkąd na zamku pojawili się filmowcy, mój czas upływał w nieregularny sposób. Każdego dnia na zamku była inna liczba osób, inna liczba zajętych pokojów, które trzeba była sprawdzić, posprzątać, zmienić pościel, ręczniki. Jedne kolacje były dla siedmiu, inne dla kilkunastu osób. Jedne dni dosłownie znikały sprzed moich oczu, gdy biegałem z góry na dół po tej posiadłości, inne ciągły się powoli, gdy trzeba było nadrobić zaległe żmudniejsze zadania, jak mycie okien. Azéma, Arditi, Rich, Gourmet, Podalydès – do jakiegoś stopnia mnie interesowali, zjadłem kiedyś śniadanie z Azémą, porozmawialiśmy o Znamy tę piosenkę i o czymś tam jeszcze, ale tak naprawdę żyłem dla chwil, które udawało mi się spędzić z Djamelem, wykraść je niepostrzeżenie czasowi pracy. Jednego dnia udało mi się z nim zjeść śniadanie. Innym razem przysiąść z nim na chwilę, żeby zapytać, co czyta. Przypadkowe spotkania na schodach, kiedy uśmiechał się do mnie tym swoim zachwycającym uśmiechem, schodząc na dół, kiedy ja wchodziłem do góry, lub odwrotnie. Wreszcie kolacje, kiedy on, podobnie jak Alexandre, siedział przy stole z Chantal i Dominique, w weekendy też z Michelem, z Madame Zivi, z aktorami, gdy było ich mało – bo gdy było ich więcej, organizowaliśmy im nieraz osobną kolację, w tej małej jadalani ze zwierciadłem z Genui i stołem z różowego marmuru. A najbardziej wyczekiwaną sekundą każdej kolacji była ta, kiedy podchodziłem do Djamela i zgodnie z przykazaniami service russe pochylałem się nad nim od lewej strony podsuwając mu jedno z dań. Wtedy na krótką chwilę mogłem poczuć zapach jego włosów (nieraz były mokre, bo często brał prysznic przed kolacją) i zobaczyć skórę jego szyi z tak bliska, z odległości kilku centymetrów. Żeby potem marzyć, że może niebawem coś się wydarzy i będzie mi dane znaleźć się z nim sam na sam, z dala od oczu innych ludzi, usunąć wreszcie spomiędzy nas tych kilka centymetrów odległości i wtulić twarz w tę ciepłą szyję, pocałować tę piękną skórę ciemniejszą od mojej, poczuć ją na policzku, poznać jej smak i teksturę. Nałożywszy sobie swoją porcję, Djamel odkładał couverts de service i mówił zawsze Merci, Jarek, i to Merci, Jarek było już samo pieszczotą tak mnie w skrytości rozpalającą, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, co to może być za rozkosz znaleźć się w tych dłoni dotyku, w tych ust pocałunku.

Djamel, przypomnij mi, jak ty masz na nazwisko?, zapytał nagle Michel swoim donośnym głosem. Djamel odpowiedział, było to długie kabilskie nazwisko. Bouba- co? Nie mógłbyś się nazywać po prostu Moreau, jak wszyscy? Nad stołem rozległ się jego gromki śmiech.

*

W jeden gorący, słoneczny dzień wyszedłem na tę dróżkę wysypaną drobnymi kamyczkami i zdjąłem buty, chciałem przejść się tak jak Djamel po nich chodził – na bosaka. Ale wrzynały mi się w stopy boleśnie, zdołałem zrobić tylko kilka kroków. Jak on to robił? Któregoś z tych dni, gdy Michel był na zamku, szliśmy razem we trzech, z donżonu do Petit Château, i Djamel znowu stąpał po tych kamyczkach boso, i wtedy już nie mogłem się powstrzymać przed wyrażeniem podziwu. Tak, podziw to rzeczywiście właściwe słowo. Djamel odpowiedział, że od dziecka często chodził boso, zwłaszcza latem w Algierii, dokąd jeździli całą rodziną na wakacje, więc się przyzwyczaił. Michel spojrzał na mnie przyjmując niespodziewanie filozoficzny wyraz twarzy, oczywiście dla zgrywy. Ils sont durs, les Arabes, c’est pour ça, powiedział z udawaną śmiertelną powagą, po czym wybuchnął swoim donośnym śmiechem.

Algierskie pochodzenie Djamela było dla mnie jak odkrywanie nowego lądu. Lądu, który wabił ciepłem, zapachami, barwami – i tajemnicami. Dotychczasowe kilka tygodni pobytu we Francji już potrząsnęło wieloma moimi polskimi przyzwyczajeniami, wieloma pewnikami. Żeby cokolwiek zrozumieć ze świata, trzeba z Polski wyjechać, trzeba z niej wyjeżdżać. Co ja wiedziałem wtedy o Algierii? Typowe polskie pierdololo, z ust mojego ojca, nauczyciela historii i jakiegoś programu w telewizji: że dla Francuzów Algieria była jak jedno z ich własnych „województw”, dlatego taki straszny ból im sprawiła jej utrata w tej całej wojnie. A Algierczycy co o tym sądzili, może by ktoś tym się trochę zainteresował? Dlaczego nikt w Polsce nie zadawał takich pytań? Dlaczego naród, który sam był podbijany i kolonizowany przez silniejszych sąsiadów, nie odczuwa minimum solidarności z Algierczykami, tylko się wzrusza „bólem” ich kolonizatorów i podziela ich rojenia o Algierii jako regionie samej Francji? To wszystko było dla mnie bardzo nowe, całkiem jak niezwykła uroda Djamela, i wchodziło razem w drżący rezonans z przejmującym mnie pragnieniem wyjścia w nieznane. Pragnieniem, które wciąż szukało sposobu wyrwania się ze swojego lochu, na intymne spotkanie z tym pięknym, o rok ode mnie starszym mężczyzną.

*

Wśród aktorów na zamku pojawił się niejaki George Aguilar, Amerykanin od lat żyjący we Francji. Nie tylko Amerykanin, najprawdziwszy Apacz! Silny, mocno zbudowany mężczyzna, o trudnym do odgadnięcia wieku – trudnym za sprawą długich, pięknych kruczoczarnych włosów. Był ów Aguilar mężem Josiane Balasko, bardzo popularnej we Francji aktorki komediowej. I cierpiał na bezsenność.

Ze względu na tę przypadłość nie próbował nawet kłaść się spać przed trzecią w nocy, każdego wieczoru szukając kogoś, kto dotrzymałby mu towarzystwa, najlepiej sącząc jakiś trunek i grając w kości. Aguilar miał swoją ulubioną grę w kości, która polegała na tym, że wygrywał ten, kto pierwszy zdobył dziesięć tysięcy punktów. Aguilar stopniowo, wieczór po wieczorze, wciągnął do tej gry mnie, Djamela, Alexandre’a, Chantal, Michela, Dominique, kucharza Pierricka i niektórych z aktorów. Nawet sędziwej Madame Zivi zdarzyło się zagrać. Z Pierrickiem często przesiadywał do bardzo późna w noc, ponieważ Pierrick też bardzo mało sypiał, czasem zaledwie trzy godziny. Może dlatego robił się czasem strasznie nerwowy i agresywny w okolicach pór posiłków, zastraszając w ten sposób biedną Martine, która czasami unikała jakiegokolwiek kontaktu z nim, nawet uciekała przed nim z kuchni. Kiedy przesiadywał tylko z Pierrickiem, bo jednak wszyscy inni potrzebowali więcej snu, częściej niż w kości, grali w bilarda w barze w Petit Château.

Po dwóch tygodniach pobytu Aguilara na zamku bakcyl gry w dziesięć tysięcy panował tam już szeroko.

Była to pewnie sobota, spokojny weekend, kiedy aktorzy pojechali do domu na dwa dni, a do gospodarzy nie wpadli żadni ich znajomi, i w taką sobotę Djamel zawołał mnie po kolacji, żebym dołączył do nich w bibliotece pograć w kości. Przy stoliku siedzieli Chantal z Michelem, Dominique i Alexandre. Chantal zachęciła mnie, żebym sobie przytargał któreś krzesło, jedno stało niedaleko kabiny z cygarami, i się przysiadł. Gra była prosta, do nauczenia w kilka minut i od pewnego momentu toczyła się niemal samoczynnie, bez konieczności myślenia, dlatego dawała tyle zabawy, nawet pomimo zmęczenia, które mi jednak odrobinę dokuczało.

Michel zaoferował mi kieliszek oszałamiająco aromatycznego armaniaku, którym sam się już raczył. Graliśmy na okrągłej drewnianej piste, jak to nazywali, wyłożonej zielonym zamszem. Na leżącej na stoliku kartce zapisywaliśmy punkty. Djamel i Alexandre również częstowali się tym armaniakiem, Chantal piła swoją zwyczajową werwenę, a Dominique herbatę. Przegrywałem z kretesem. Co chwilę się z czegoś śmialiśmy. Sacré Jarek! – powtarzała Dominique z nieprawdopodobną uciechą za każdym razem, kiedy lądowałem znowu na samym dole tabeli.

Znacie w Polsce taką postać z programów dla dzieci, Casimir miał na imię?, zapytał nagle Djamel, z błyskiem w oczach niczym u dziecka, które przypomniało sobie o czymś niesamowitym. Nie wydawało mi się, ja nic takiego nie kojarzyłem. O, to taki świetny program był, chyba z dziesięć lat to leciało, jeden bohater ma na imię Casimir, to był taki pomarańczowy dinozaur czy jaszczur, czy coś, i od dzieciństwa tak mam, że jak mowa o polskich imionach, to pierwszy przychodzi mi na myśl Casimir. To polskie imię, no nie? No, tak jakby, zaadaptowane trochę, po polsku to tak naprawdę byłby Kazimierz. O, szkoda, że tego nie znasz, to było naprawdę zabawne, Djamel nie przestawał się uśmiechać.

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
OCEŃ ARTYKUŁ
Podoba mi się (10)
grzesiek-kosinski agaba111 omiiku kropladeszczu dawidm1997r moonsugarine kierownik2 bisiek sezam
Nie podoba mi się (0)
Komentarze (1)
HEJT STOP!Zapoznaj się z warunkami dodawania komentarzy
Komentuj
Moja ikona
Dodaj komentarz
Komentarz od osoby niezalogowanej pojawi się po akceptacji moderatora.
Dozwolone znaczniki (BBCode):
[b], [i], [u], [url], [url=], [mail], [mail=], [color=], [code], [quote]
Omiiku
01.11.2017 18:45 Omiiku (23) -
Zaciekawiło mnie to okropnie.
cytuj zgłoś 0 0
Jarosław Pietrzak
Autor
Jarosław Pietrzak
Wieloletni współpracownik miesięcznika "Le Monde diplomatique – edycja polska"
Autor książki "Smutki tropików. Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne" (Warszawa: Książka i Prasa, 2016) i ebooka "Notes brazylijski" dostępnego na jego stronie jaroslawpietrzak.com. Jest także stałym współpracownikiem polskiej edycji międzynarodowego miesięcznika „Le Monde diplomatique” i portalu Strajk.eu, publikował też na wielu innych łamach, w tym także Queer.pl.
jaroslawpietrzak.com
TAGIWięcej
Algieria Châtillon Dąbrowa Górnicza emigracja Fragment powieści Nirvaan Francja homoseksualizm Jarosław Pietrzak Kultura Lifestyle literatura Olivier Gourmet Paryż powieść proza queer Sabine Azéma
Powiązane
Obraz Niedziela, 23.12.2018 Kim Lee o wątkach drag queen w literaturze polskiej Obraz Czwartek, 28.03.2013 Ten drugi Nabokow, gej Obraz Piątek, 18.10.2002 Paryż: Gejowski sklep muzyczny Obraz Wtorek, 07.11.2000 Roger Peyrefitte nie żyje Obraz Środa, 02.05.2012 Ranking: poprzednicy "Zucha"
Inne tematy
Niespodzianka: prezydent Nawrocki wetuje ustawę o statusie osoby najbliższej. To jednak nie koniec... Piątek, 17.07.2026 Niespodzianka: prezydent Nawrocki wetuje ustawę o statusie osoby najbliższej. To jednak nie koniec...
Budapeszt odpuścił. Zostało jedno miasto w UE, które wciąż walczy z tęczą Środa, 15.07.2026 Budapeszt odpuścił. Zostało jedno miasto w UE, które wciąż walczy z tęczą
Ustawa o statusie osoby najbliższej: Kotula apeluje do Nawrockiego Wtorek, 14.07.2026 Ustawa o statusie osoby najbliższej: Kotula apeluje do Nawrockiego
Obejrzałem dla Was serial „Proud", żebyście... też musieli Piątek, 12.06.2026 Obejrzałem dla Was serial „Proud", żebyście... też musieli
Wakacyjny raj – piekło dla LGBT. Bojkot, misja czy pragmatyzm? Sobota, 11.07.2026 Wakacyjny raj – piekło dla LGBT. Bojkot, misja czy pragmatyzm?
Zmierzch heteroseksualności u kobiet? Nowe badania pokolenia Z Czwartek, 09.07.2026 Zmierzch heteroseksualności u kobiet? Nowe badania pokolenia Z
Kontakt Reklama Regulamin
Social media
Polub na Facebooku Obserwuj na X Instagram WhatsApp
© 1996-2026 Queermedia.pl, ISSN 2299-9019 Polityka prywatnościPolityka cookiesUstawienia prywatnościPrzerwij abonamentOdstąpienie od umowy







🌈
Odkryj więcej na Queer.pl
Zalogowani użytkownicy mogą oglądać zdjęcia innych osób, zakładać profile, komentować artykuły i oceniać filmy.
Dołącz do nas Zaloguj się