Anna Król przeciwstawia się tradycji pisania o jednym z najważniejszych autorów XX wieku. Pokazuje Jarosława Iwaszkiewicza tak, jak nikt wcześniej się nie ośmielił – z bliska i zmysłowo. Po raz pierwszy tak szczerze, tak otwarcie. Prawda o uczuciach, życiu intymnym, kompleksach i zawiedzionych nadziejach. Prywatne zapiski, listy miłosne, pędzle
do golenia, krawaty i notatki na biletach. Trzynaście przedmiotów i ulotnych chwil z życia intrygującego mężczyzny. Literacko piękna i drobiazgowo udokumentowana opowieść i poruszające sceny oparte na faktach.
- Anna Król - Ze schodów ruszyli dalej prosto i zaraz skręcili na prawo. Pokój Jurka położony był na początku niewielkiego korytarza. Kiedy dotarli na miejsce, jeszcze przez chwilę stali za przymkniętymi drzwiami, obserwując przez mleczną szybę cienie znajdujących się wewnątrz postaci. Dopiero kiedy wejdą do środka, staną się żywymi – jeszcze żywymi pacjentami.
Pokój był wąski jak kiszka, miał może cztery metry długości. Jurek zajmował łóżko w głębi, pod oknem. Jarosław odliczył wzrokiem pozostałych pięciu pacjentów i bezwiednie rozluźnił węzeł krawata. W środku było gorąco i bardzo duszno. Na dworze wiosna w pełni, a tu wszystkie okna były zamknięte. Jerzy siedział na metalowym podniszczonym łóżku, z nieruchomym wzrokiem utkwionym gdzieś ponad głowami wchodzących, trzymając szpitalną nerkę przy zniekształconej twarzy. Blisko niego, po lewej stronie, leżał kolejny pacjent – młody przystojny blondyn. Miejsca było akurat tyle, żeby postawić na podłodze stopy i przecisnąć się do wąskiego przejścia między pozostałymi łóżkami. Nocnych szafek już nie dałoby się wstawić. Jerzy swoje rzeczy trzymał na parapecie okna. Miał tam mały, biały, metalowy kubek szpitalny z odpryśniętą emalią, jakiś zeszyt, z którego wystawały rozdarte koperty, i zielony grzebień. Nie poruszył się, kiedy do pokoju weszli kolejno: jego była żona Halina, opiekująca się nim od kilku dni, Jarosław i Szymon. Jarosław od razu zauważył, że Jerzy był jeszcze chudszy niż kilka dni temu, kiedy żegnał go przed wylotem do Moskwy. Miał na sobie bordową piżamę z cienkiego płótna, tę, którą kupił dla
niego w Monachium. Chyba nigdy wcześniej jej nie nosił. W tym niepasującym do okoliczności, zbyt dobrym ubraniu i w tej nieruchomej pozie, jaką przyjął, było jakieś dramatyczne staranie. Żeby za wszelką cenę wyglądać porządnie. Jasne było, że do końca będzie udawał, że on, pan życia, nic sobie nie robi z tego starego szpitala. Zupełnie jak ktoś, kto przysiadł na trzeszczącym metalowym łóżku tylko na chwilę, tak jak się siada na ławce w parku, pomyślał Jarosław. Gdyby tak było, Jurek mógłby teraz wstać i uśmiechnąć się jak zwykle – trochę nonszalancko, trochę po chłopięcemu. Tak jak uśmiechał się do niego zawsze, kiedy czekali na siebie na peronie kolejki czy w jakiejś restauracji. Zamiast piżamy włożyłby kapelusz i ulubione okulary z ciemnymi szkłami. Ale Jerzy nie wstawał. Nie dlatego, że nie chciał. Nie miał już siły, żeby podnieść nogi, żeby zmusić się do ruchu. Spodnie od piżamy były pomięte i chyba nieświeże. Jedna nogawka, trochę wyżej podwinięta, odsłaniała fragment łydki. Bardzo szczupłej, z gęstymi czarnymi włosami, bladej i trochę sinawej. Już ten widok wydał się Jarosławowi przygnębiający. A jednak najgorsze były stopy – wielkie, jakby nie jego. Jakby je ktoś dokleił przez złośliwość do tego pięknego ciała. Trzymał je, ciężkie jak kłody, na linoleum. Jedną bosą, drugą schowaną w przydeptanym pantoflu kąpielowym. Opuchnięte stopy ze śladami zmian gangrenowych stanowiły odpowiedź na pytanie, dlaczego Jerzy siedzi tak nieruchomo. Kiedy goście zbliżyli się do łóżka, poruszył się niespokojnie i nerwowo przysunął do siebie kartkę i ołówek. Już właściwie nie mógł mówić. Pielęgniarka uprzedziła ich, że od wczoraj podawano mu tlen, po którym czuł się trochę lepiej i rano przez chwilę normalnie oddychał. Co jakiś czas udawało mu się wydobyć z gardła obcy, głęboki, charczący głos. Najczęściej przeklinał wtedy, na czym świat stoi. Po kilku słowach głos grzązł mu w spuchniętej krtani i pozostawały kartka i niewielki ołówek. Z trudem oderwał kawałek papieru i coś powoli pisał. Potem podał kartkę Szymonowi. „Nie chcę, żebyście mnie takiego oglądali. Idźcie sobie. Wy nie rozumiecie, jak mnie denerwuje, że wy mnie tak widzicie”. Goście szybko przebiegli wzrokiem po zapisanym papierze.– Jerzy… – Jarosław był zszokowany stanem przyjaciela i nie potrafił tego ukryć.Jerzy odsunął od twarzy małą metalową miseczkę, którą trzymał przy ustach. Ściekała do niej gęsta, przezroczysta ślina.– Ja nie chcę, żebyś mnie widział w takim stanie – wychrypiał ledwie słyszalnie, strasznym głosem. Potem już tylko patrzył. Wyglądał okropnie.Lekarz, z którym rozmawiali w drodze powrotnej na korytarzu, powiedział, że rano był u niego ksiądz i że chory „zamówił sobie pogrzeb na czwartek”.To za pięć dni… – pomyślał Jarosław.***W czwartek 28 maja wypadało Boże Ciało, a w szpitalu dzień odwiedzin. Jarosław przyjechał do Jurka tuż po obiedzie, tym razem oprócz Szymona towarzyszył mu Wiesiek Kępiński. Zanim weszli do sali, uprzedzono ich, że pan Błeszyński tak się rano awanturował, że trzeba go było związać.– Związać?… – Nawet bał się wyobrażać sobie, co to mogło oznaczać. Porozumieli się wzrokiem i raptownie otworzył drzwi do sali chorego. Jerzy leżał na brzuchu, tyłem do nich, z głową odwróconą w stronę okna, gwałtownie łapiąc powietrze. Wyglądał jeszcze słabiej niż dwa dni temu. Ciało zmieniło proporcje, ramiona miał bardzo chude i plecy wydawały się przy nich wyjątkowo szerokie. Przez środek kręgosłupa był przewiązany prześcieradłem, jego zakończenia tworzyły jakby materiałowe kajdanki, którymi dłonie płasko przytwierdzono do łóżka. Brakowało mu siły, żeby samemu się z nich wyplątać, i leżał tak, dysząc, jak ogromne bezbronne dziecko. Z trudem odwrócił głowę w stronę przybyłych i patrzył błagalnym wzrokiem to na Jarosława, to na chłopaków. Trudno było ten wzrok wytrzymać. Szymon złapał pod rękę Wieśka i pociągnął go w stronę wyjścia. Zbiegli szybko po schodach, potem dalej, przez werandę. Zatrzymali się dopiero przy stojącym w słońcu samochodzie. Jarosław zbliżył się do łóżka i zaczął gładzić Jurka po mokrych, zmierzwionych włosach.– Ciiiii. Już dobrze. Ciiiii – szeptał do niego jak do chorego dziecka, nie przestając głaskać spoconej głowy. Jurek powoli uspokajał się i oddychał teraz ciszej. Przymknął oczy i tylko unoszące się regularnie plecy zdradzały, że oddycha. Jarosław klęczał przy starym, metalowym łóżku, w pokoju, w którym nikt nic sobie nie robił z jego obecności, i przez głowę przemknęła mu myśl, że może po raz ostatni dotyka tego chłopaka żywego.***Zgodnie z „zamówieniem” Jerzy Błeszyński umarł jeszcze tego samego dnia o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Pogrzeb, którego organizacją musieli się zająć Iwaszkiewiczowie i żona Halina, zaplanowano na najbliższą sobotę, w południe. Pochowano go na cmentarzu miejskim w Brwinowie. Zamiast narcyzów, o które przed śmiercią dopominał się chory, Jarosław włożył mu do trumny różowe lewkonie. Długo żegnał kochanka w szpitalnej kostnicy. Ale na sam pogrzeb nie poszedł. Przez wiele następnych miesięcy nie przyjmował do wiadomości, że Jurek nie żyje. Nadal pisał do niego listy, jak do kogoś, kto wyjechał w daleką podróż. „Epitafium na trumnie «śp. Jerzy Błeszyński» największe na mnie zrobiło wrażenie. Nazwisko, które widziałem na kopertach moich listów, na kartach tego dziennika, na książkach, na rachunkach – przechodziło do innych kategorii. Stawało się nazwiskiem zmarłego. Człowiek nie istniał” – zanotował w dzienniku.
Fragment rozdziału książki "Rzeczy. Iwaszkiewicz Intymnie" autorstwa Anny Król. Premiera: 7 października 2015, Wydawnictwo Wilk & Król
ech, a liczyłam na inteligentną dyskusję na temat :P
Na prawdę nie ma tu nikogo kto byłby w stanie coś na temat napisać? Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej w temacie Iwaszkiewicza i jego relacji...
Allah ma krzywe nogi.
Ciach! Turli, turli, turli
Auć! Ała! Arghhh.......
Allah ma krzywe nogi.
Ciach! Turli, turli, turli
Allah ma krzywe nogi.