Był jednym z najwybitniejszych i najpopularniejszych tancerzy. Występował u boku Barbary Bittnerówny i Krystyny Mazurówny, tańczył ze Stanisławem Szymańskim, pojawiał się w filmach. Jako jeden z nielicznych wprost mówił o swoim homoseksualizmie. 11 lipca mija pięć lat od jego śmierci.
- Krzysztof Tomasik - Wśród gwiazd polskiego tańca powojennego nie brakowało homoseksualistów:
Stanisław Szymański, Gerard Wilk, Wojciech Wiesiołłowski to tylko kilka pierwszych nazwisk z brzegu. Witold Gruca wyróżniał się wśród nich nie tylko wiekiem (był najstarszy), jako jedyny pozostawił po sobie
opowieść o związkach z mężczyznami, może wręcz zadziwiać jak u schyłku życia potrafił naturalnie o tym mówić. Pięć lat przed śmiercią ukazała się książka
„Grant jeté, czyli wielki skok”, wywiad rzeka, którą z tancerzem przeprowadził Jan Stanisław Witkiewicz.
Czekolada „Optima”Jako Maria Witold Gruca urodził się 15 sierpnia 1927 roku w Krakowie w zamożnej rodzinie, otwartej na nowinki i
przemiany obyczajowe. Jego matka na własny ślub przyszła w krótkiej sukience, uczesana na chłopczycę, czym miała zgorszyć nie tylko konserwatywną część rodziny, ale i narzeczonego. Potem podobnie strzygła także dwie córki, za to Witold jako dziecko nosił długie loki, bo
bał się fryzjera. W wieku trzech lat jedna z firm wykorzystała jego zdjęcie w reklamie czekolady „Optima”.
Gruca tak wspominał dzieciństwo:
W domu było bardzo wesoło. Rodzice byli bardzo chętni do różnych wygłupów. Często przebieraliśmy się i robiliśmy różne ad hoc wymyślane przedstawienia. Uwielbiałem się przebierać, szczególnie w pasujące na mnie sukienki sióstr. Dopiero później dziewczyny wytłumaczyły mi, że jestem chłopakiem i powinienem chodzić w portkach. Kiedyś ojciec dał mi na urodziny w prezencie kamerę filmową i dzięki temu byłem pierwszym aktorem filmowym na podwórku. Po prostu tańczyćW innym miejscu mówił:
Bez przerwy w coś się przebierałem, coś tańczyłem i od dziecka taniec tkwił we mnie jako istotny element życia. Bez tego nie mogłem żyć. Już jako dziecko zaczął pojawiać się w epizodach na scenie krakowskiego Teatru im. Słowackiego, tam też po raz pierwszy zobaczył zakochaną
parę lesbijską: występowałem w „Dziadach” Adama Mickiewicza. Grałem Józia, a moja koleżanka Rózię. Wisieliśmy w powietrzu na chmurce. Ona bardzo się bała wysokości, do tego stopnia, że kiedy recytowałem: „Do mamy lećmy, do mamy...”, nasikała mi na ręce. Występowałem tam również między innymi w „Obronie Ksantypy” Ludwika Hieronima Morstina. Pamiętam, że wtedy podpatrywałem dwie koleżanki, które tańczyły w tej sztuce i bardzo się kochały. Nie bardzo wiedziałem, co może oznaczać, że dwie dziewczyny tak tańczą ze sobą, a nie chłopak z dziewczyną. Później oczywiście dowiedziałem się, co co w tym wszystkim chodziło.
Mimo wojny, edukacja tylko częściowo została zakłócona, już w czasie okupacji Gruca uczęszczał do Studia Tańca Artystycznego Ireny Michalczyk, gdzie uczył się tańca klasycznego:
Tę szkołę prowadziła – jak myśmy ją nazywali – Wejka, która przyjechała z Kaukazu. Miała wspaniale opracowane ruchy rąk, gorzej było z nogami. Dlatego później zajęła się nami [Barbara] Karczmarewicz, abyśmy mogli stanąć – jak ja to nazywam – na żelaznych nogach i jako tako poznać technikę tańca klasycznego. Tańczyliśmy tam różne tematy, co było ciekawe, bo musieliśmy je rozwijać ruchowo. Baletnica, zrób szpagat Po wojnie Gruca kontynuował naukę, ale w ekskluzywnym Gimnazjum Świętego Jacka. Spotkał się z prześladowaniami ze względu na swe zainteresowanie tańcem:
Koledzy szkolni nie dawali mi spokoju na dużej przerwie, krzycząc za mną: „Te, baletnica, zrób szpagat, zrób salto!”. Uciekałem przed nimi. Kiedyś jednak podszedł do mnie niezwykłej urody chłopak. Później okazało się, że nie był Polakiem tylko Francuzem, ale doskonale mówił po polsku. Wtedy zapytał, czy rzeczywiście robię szpagat? Odparłem twierdząco. „No, to zrób tym chamom szpagat – powiedział – i niech się w końcu od ciebie odczepią”. Zawołał wszystkich i powiedział, że jeśli jeszcze raz ktoś powie o mnie baletnica, to jego brat, który jest bokserem, zrobi z nich miazgę. Wtedy zrobiłem szpagat, salto do tyłu, a na zakończenie szpagat turecki – łatwiejszy dla mężczyzny, choć niezwykle efektowny – rozsuwając nogi, schodzi się brzuchem do ziemi. Od tego czasu wszyscy mnie witali, mówiąc: „Cześć, kolego”. Otwarcie
Pod koniec lat 40. Witold Gruca zadebiutował na profesjonalnej scenie. Najpierw występował w Opolu, potem w Operze Wrocławskiej, w okresie 1949-1952 – w Operze Poznańskiej. Na ten czas datuje się też jego
pierwszy poważny związek, z Bronkiem, czego nie ukrywał przed najbliższymi. Rodzice szybko go zaakceptowali:
„Kiedyś przyjechałem do rodziców z moim przyjacielem z Opola. Mieliśmy na parę dni wyjechać w góry. Ojciec przyniósł nam bilety do Zakopanego, mama zaś wsunęła mi jakieś pieniądze. Pojechałem z Bronisławem w Tatry, spędziliśmy kilka pięknych dni, a później rozstaliśmy się, ponieważ dostał angaż do teatru w Jeleniej Górze, a ja zacząłem pląsać we Wrocławiu”.
Nieoczekiwanie najgorzej na homoseksualizm brata zareagowały siostry:
„Kiedy siostry dowiedziały się, że jestem homoseksualistą, że żyję z mężczyznami, to mnie po prostu odrzuciły. Od tego czasu nie miałem sióstr, ponieważ dla nich tancerze i w dodatku o takich skłonnościach seksualnych to była zgroza. Szczególnie w Krakowie. Później jednak, kiedy zrozumiały, że to nie był mój wybór, tylko taki się urodziłem, nasz kontakt był dość dobry”. MężczyźniW tamtym czasie Gruca był bardzo kochliwy. Każda zmiana miejsca pobytu oznaczała nową miłość, w Opolu był to wspomniany już Bronisław, we Wrocławiu – późniejszy twórca słynnego Teatru Pantomimy
Henryk Tomaszewski, w Poznaniu – aktor
Jerzy Pietraszkiewicz. O związku tancerza z amantem Pietraszkiewiczem
pisałem swego czasu w tekście mu poświęconym, tym razem warto więc zatrzymać się raczej nad historią z Wrocławia. Gruca nie mówił o tym w książce wspomnieniowej, ale ówczesne czasy wspominała w „Notatniku Teatralnym” Henryka Stankiewiczówna u której mieszkał Tomaszewski:
„Henio miał swój pokój, potem jeszcze sprowadził sobie Grucę. […] Najpierw byli obydwaj zakochani w sobie, robili sobie różne żarty, zwłaszcza Henio. […] Potem się z Grucą rozeszli, pokłócili się, poszło o Pawia. Witek myślał, że to on dostanie tę partię Pawia, a tymczasem Henio zgodził się ją przyjąć i wtedy Witek rozwścieczony poszedł do Poznania. Tam zatańczył tego pawia”.
Potem były kolejne związki, aż do tego ostatniego, o którym począwszy od poznania, opowiadał w książce:
Siedziałem na ławce, to było w 1970 roku, kiedy podszedł do mnie średniego wzrostu ognisty brunet. Spytał, czy miejsce obok jest wolne. Odpowiedziałem, że – jak widzi – wolne. Poprosił o ognień. „Stary numer – odpowiedziałem. - Pan też ma zapalniczkę”. Zapaliliśmy. Amant nagle pyta, kim jestem z zawodu? „Lekarzem, właśnie wracam od pacjentki”. „Tak? - powiedział. W walizce są kostiumy, nawet wiem jakie, bo byłem na koncercie”. Tym mężczyzną okazał się Lilek, z którym jestem do dzisiaj”.
Tak nietypowo zaczęty związek Gruca wręcz dawał za przykład:
Jesteśmy ze sobą ponad trzydzieści lat. Tak, to jest możliwe! Pod jednym warunkiem, że panowie się rozumieją, wzajemnie szanują i uzupełniają. Znam takie pary, które dożywają razem „słusznego” wieku i są słusznie zwane związkami partnerskimi. A że były i jeszcze bywają nieporozumienia i kłótnie? A gdzie ich nie ma? Dziś jesteśmy starymi, bardzo schorowanymi facetami. Pielęgniarzami życia. Z tego szalonego, wesołego Witka została witka. W SkolimowieOstatnie lata życia Grucy okazały się szczególnie dramatyczne. Lilek zmarł, u tancerza zaczęły się poważne problemy ze zdrowiem. Najpierw przeszedł zawał. Gdy był w szpitalu, jego mieszkanie okradziono, a wkrótce kamienica została odzyskana przez dawnych właścicieli. Nie miał się gdzie podziać, w 2005 r. trafił do Domu Aktora Weterana w Skolimowie. Okazał się jednym z najbarwniejszych pensjonariuszy, mówiono, że wcześniej
nie słyszano tu tylu przekleństw, ani nie spotkano się z podobną emocjonalnością – gdy kogoś obraził potrafił wywiesić przeprosiny na tablicy ogłoszeń. Po złamaniu szyjki kości udowej miał problemy z poruszaniem się, jego słynne nogi odmawiały posłuszeństwa. Doskwierało mu też zaburzenie mowy będące efektem udaru mózgu. Za to humor go nie opuszczał, generalnie
mówił o sobie „gej”, ale w chwilach gorszego humoru -
„biseks”. Zmarł 11 lipca 2009 roku, został pochowany w kwaterze aktorskiej na cmentarzu w Konstancinie.
"Kochać i tańczyć" to cele Grucy. Ładny tytuł.
To ekskluzywny dom opieki dla artystów i kosztuje miesięcznie tyle ile wynajem domu w Warszawie;)
Mylisz się, nie trzeba być bogatym aby mieszkać w Skolimowie... Każdy pensjonariusz wpłaca tam co miesiąc 70% swoich dochodów np.emerytury.
To ekskluzywny dom opieki dla artystów i kosztuje miesięcznie tyle ile wynajem domu w Warszawie ;)
To nie biografia biednego artysty geja ;)
A co do Witka - miał o dziwo lekkie życie ale przykrą starość. Najwyraźniej nie odłożył pieniędzy, bo na starość, nawet gdy już umarł mu partner a dzieci nie mieli, to powinien mieszkać w swoim domu i opłacać studenta do opieki.