Łubieńscy. Portret rodziny z czasu wielkości” to opowieść o tym jak skromna szlachta z kaliskiego, wdrapała się na szczyt, i o tym, jak z niego spadła. Częściowo na własne życzenie, częściowo z wyroku Historii. Powieść przepełniona jest wątkami gejowskich romansów bohaterów. Idealna pozycja na długie, jesienne wieczory. Zapraszamy do zapoznania się z fragmentem.
Voigt wychodzi z więzienia i chce żyć uczciwie. Nie może znaleźć pracy, bo nie ma meldunku, którego nie może dostać, nie mając pracy. Trafia znowu do więzienia. Kolejne próby wyrwania się z błędnego koła kończą się odsiadkami. Voigt postanawia wyjechać za granicę, lecz jako recydywista nie może dostać paszportu. Przebiera się za kapitana armii i wkracza do urzędu w podberlińskim miasteczku Koepnick. Wierzy, że kult munduru sprawi, że wystawią mu paszport. Oto fabuła Kapitana z Koepnick, sztuki Karla Zuckermayera, którą grano w warszawskim Teatrze Ateneum w 1932 roku. W roli tytułowej można było podziwiać wielkiego Stefana Jaracza.
Dwudziestego siódmego listopada przedstawienie ogląda dwudziestopięcioletni Jerzy Łubieński. Przyszedł do teatru z Lilą, ale siedzą osobno. Jerzy zachwyca się grą Jaracza. W tytułowej postaci widzi „człowieka pragnącego życia, świata, wolności – ciągle poza nawias społeczeństwa stawianego, zmuszanego do przekroczeń”, metaforę „jednostek prześladowanych przez suchą literę prawa, obyczaju”. Są to trafne spostrzeżenia, pisane z bardzo osobistej perspektywy, co jest jednak dość zaskakujące, bo Jerzy o prześladowaniu, wydaje się, wie niewiele. Jest synem senatora BBWR-u Leona Łubieńskiego, wcześniej uczestnika delegacji polskiej na konferencji w Wersalu, byłego posła do rosyjskiej Dumy, udziałowca wielkiej, zbudowanej jeszcze przez swojego dziadka Kazimierza cukrowni Łubna w Kazimierzy Wielkiej. To nie prowincjonalny Łubieński z Zassowa, tylko Łubieński panisko. Skończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, szkołę podchorążych artylerii z trzecią lokatą na osiemdziesięciu zdających. Kilka dni temu odbył pieszą pielgrzymkę z Krakowa do Częstochowy. W listopadowym mrozie przeszedł siedemdziesiąt kilometrów w dwa dni. W trakcie odsłonięcia obrazu miał łzy w oczach. Czy pielgrzymował w intencji powodzenia w interesach? Niedawno dostał ogromny spadek po stryju Stanisławie, obejmujący rozległe tereny na warszawskim Mokotowie, majątek pod Węgrowem, akcje wielu przedsiębiorstw polskich i zagranicznych. Jest trochę zagubiony, ma do zapłacenia ogromny podatek spadkowy i nie wie, skąd wziąć na to pieniądze. Może odczuwać swoje położenie jako trudne, ale czy utożsamienie się z człowiekiem marginesu Voigtem to trochę nie przesada?
Ale co tam Voigt! Oto nagle ukazuje się „zjawa niepokojąco piękna… długość nóg, wąskość bioder, co za profil, przykuwająca, zniewalająca piękność linii”. Niezwykłe, ile szczegółów zauważa Jerzy mimo ciemności panującej na widowni: „żywe złote oko w przebajecznej oprawie, cienkiej a tak wyrazistej, z takim blaskiem”. I dziwne, że w ogóle zapamiętał cokolwiek z przedstawienia. Jaracz na scenie wznosi się na wyżyny aktorstwa, a młody milioner rozpoczyna preludium flirtów. „Prezentuję co mogę, zegarek, bransoletę”. Nie jest to wyrafinowana gra wstępna, zwłaszcza pomiędzy teatromanami. Jerzy przypomina sobie, że widział już „niepokojąco piękną zjawę” na konkursie szopenowskim, został wówczas „przykuty pięknością objawienia”, potem w hallu Morskiego Oka. „Uśmiechnęliśmy się do siebie… te ogniki oczu złotych drżeniem mnie przeszywały”. Przedstawienie się kończy. Podniecony Jerzy już nie myśli o smutnym losie Voigta. Wychodzą powoli, „dużo spojrzeń na mnie zainteresowanych – czyżby nawet, czyżby nawet porozumiewawczych błysków?”. Drżenie w sercu się wzmaga. Niestety „zjawa” nie jest sama. „Jakiś okropny łysawy pan i drugi, kwadratowy jak knot – boli mnie to ten kontrast, jak róża w nocniku”.
Jerzego też trudno nie zauważyć. Ma prawie dwa metry wzrostu. W 1932 roku średni wzrost mężczyzn oscylował wokół metra sześćdziesięciu pięciu. Jeśli zjawa przy łysym i przy kwadratowym knocie wygląda jak róża w nocniku, to Jerzy przeciskający się przez tłum wychodzący z teatru jest jak Guliwer wśród liliputów. „Zjawa” proponuje swoim towarzyszom głośno, tak aby Jerzy mógł usłyszeć, kontynuowanie wieczoru w „Gastronomii”, restauracji, gdzie bawi się warszawska elita. Ale on przecież przybył do teatru z Lilą. Jej los może budzić uzasadnione współczucie. I powinien, ale z innego powodu. To niepełnosprawna intelektualnie siostra matki. Jerzy odwozi ciotkę do domu i rozpoczyna rajd po knajpach. W „Gastronomii” pusto, w „Bodedze” pusto, znaczy nie pusto, bo są jacyś znajomi, których trzeba wyminąć, koniaki, które trzeba wypić, słowa, które trzeba wymienić. W końcu, w kolejnym miejscu, nazwa umyka rozgorączkowanemu sprawozdawcy pościgu, spotykają się. „Zjawa” i dwaj panowie siedzą w głębi lokalu. „Powoli obaj panowie wstają, czyżby sama została, siedzi, na mnie patrzy, śliczne usta wykrzywia w trochę ironicznym uśmiechu… wreszcie wstaje – ja szybko płacę – już nigdzie śladu – tak długo to trwało! Nieprawda, przy wyjściu z gazeciarzem rozmawia – ja wychodzę pierwszy – ona wolno za mną, zatrzymuje mnie K., prosi o papierosa – daję – ale ognia proszę wziąć u kogo innego – gonię”. Tu jakby siły i pewność opuszczają Jerzego. Referując swój pościg, wciąż jest tak podekscytowany, że mylą mu się litery. „Nie mam sił zaatakować”. Widzi, że zjawa rozmawia z policjantem i oficerem, siada do auta, policjant i oficer przypatrują mu się, „czyżby się im skarżyła”, potem traci ją z oczu, wraca do domu, nie może spać do rana. Następnego dnia wieczorem spotykają się znowu w teatrze, na Iwanie Groźnym, nie ma tym razem miejsca na recenzje, są za to gorączka, drżenie, wypieki na twarzy. Znowu nie udaje się nawiązać kontaktu, a potem, jak w Dniu świstaka, są „Gastronomia”, „Adria” i szampan. W niedzielę rano wydaje mu się, że widzi zjawę na ulicy, a wieczorem w „Adrii” dochodzi do pierwszego kontaktu. „Kto się miękko, ale stanowczo o mnie ociera – rude ubranie – żar… oczy, profil, figura, godzinami jak w obraz zapatrywałbym się”.
Kajecik i jego tajemnice
Nie odczytuję wszystkich pisanych w stanie wzburzenia słów, nie rozpoznaję części aluzji czy ukrytych pod inicjałami postaci, ale wyczucie dramaturgii i literacki polot Jerzego sprawiają, że się wciągnąłem. Dziennik znajduje się w Archiwum Głównym Akt Dawnych w zespole „Archiwum Łubieńskich”. Są tam dokumenty innej gałęzi niż moja zassowska.
Franciszek Łubieński, syn Feliksa, ministra sprawiedliwości w Księstwie Warszawskim, miał dwóch synów z dwóch małżeństw. Z Anną Miłkowską – urodzonego w 1801 roku Kazimierza, z Pauliną Potocką – urodzonego w 1811 roku Seweryna. Od Kazimierza, budowniczego cukrowni, pochodzi właśnie Jerzy, od Seweryna pochodzę ja. Wprawdzie Seweryn pojął za żonę Potocką, ale późniejsze koligacje wywindowały na szczyt potomków Kazimierza. Po babce Lubomirskiej i matce Hutten-Czapskiej był Jerzy skoligacony z największymi rodami. Przed I wojną światową rodzina Czapskich posiada olbrzymi majątek na wschodzie, przy którym pan Leon i jego cukrownia to small business. Ale wschodnie imperium przepada wraz z nowym porządkiem świata, a jedyne, poza koligacjami, co po rodzinie matki odziedziczą Jerzy i jego bracia, to wzrost. Pojęcie wyższych klas społecznych w odniesieniu do Łubieńskich z Kazimierzy Wielkiej zyskuje nowy sens. Fizycznie i majątkowo przerastali swoich karłowatych, ocierających się ledwie o metr siedemdziesiąt kuzynów z Zassowa. Sekwoje i drzewka bonsai. Olbrzymy i krasnale.
Można powiedzieć, że Jerzy i jego bracia mieli dzieciństwo jak z angielskim serialu. Wychowali się w prawdziwym pałacu w Kazimierzy Wielkiej, obok cukrowni. Dorastali w pańskim dostatku, ale w czasach rewolucyjnych, więc atmosfera pełna była niepokoju, nad majątkiem pana Leona krążyło widmo reformy rolnej.
Zachowane w archiwum notatki zaczynają się od 1920 roku. Dwunastoletni chłopczyk rejestruje, jaka była pogoda, kto przyjechał z wizytą, ciekawostki, takie jak pojawienie się na polu pierwszego traktora. Odnotowuje też czasami, uczciwie wobec kajecika, że „nic ciekawego się nie działo”. Zwraca uwagę na szczegóły, które mogłyby zainteresować historyka życia codziennego albo ekonomii. Dzięki jego notatkom możemy się na przykład przekonać, jak znikoma jest wartość pieniędzy w marcu 1920 roku. Stroiciel fortepianu za swoją pracę żąda stu dwudziestu funtów kartofli, dwudziestu pięciu funtów kaszy i dwustu koron. Jerzyk wylicza też, że skradzione w Paryżu ojcu czternaście tysięcy franków to równowartość dwustu pięćdziesięciu tysięcy koron, za co, jak zauważa, można kupić traktor. Z pisanych starannym charakterem stronic wyłania się obraz grzecznego chłopca, który spędza dużo czasu w kościele, często się spowiada, pilnie się uczy, chodzi na spacery, jeździ konno i słucha się kochanej mamy. Inteligencja pcha Jerzyka w rolę starego malutkiego.
„Po kolacji rozmawialiśmy, jak mało jest ludzi uczciwych, że rząd jest taki ślamazarny, że przecież Ameryka zasypuje Polskę podarunkami, a Polski rząd zostawia to wszystko losowi […] mi się zdaje że Polska się sypie w gruzy” (21.03.1920). Pobicie agitatorów komunistycznych podczas obchodów rocznicy Konstytucji 3 maja w Krakowie komentuje z satysfakcją: „dobrze tym podłym żydom, przekupniom i jurgieltnikom bolszewickim”. Łowi kwestie, które wypowiadają dorośli, i później je spisuje, już jako swoje opinie. A może jednak jest nad wiek przenikliwy? Nie wierzy w plotkę, że Piłsudski jak Chrobry uderzył mieczem w bramę miejską Kijowa, martwi się losem polskiej ofensywy na wschodzie, bo „wszystkie wyprawy na Rosję były zawsze zgubne”. Z drugiej strony obawia się, że w warunkach pokoju armia polska zgnuśnieje i że „będzie wśród niej agitacja bolszewicka”.
Jerzyk jest entuzjastycznym patriotą i zarazem patriotą sceptycznym. Widać to w rozważaniach nad sensem walki o granice – utrata pól naftowych w Galicji Wschodniej byłaby wielkim ciosem, ale z drugiej strony „kraj jest wynędzniały, więc musi być pokój”. Zdumiewająca jest nie tyle głębia spostrzeżeń, ile myślenie z różnych perspektyw u dwunastoletniego dziecka.
Czas jest szczególny. Młoda Rzeczpospolita walczy o przetrwanie, pewnie w niejedynym dziecięcym kajeciku znaleźć można takie dramatyczne wpisy: „27.VII.1920 Polacy odebrali Grodno bolszewikom. 28.VII 1920. Bolszewicy odebrali Grodno i Brody. 29.VII.1920 Nic ciekawego. 30.VII.1920. Bolszewicy zajęli Białystok”. Czy relacje są krótsze, bo groza zbliżającej się wojny opanowuje serce i umysł chłopca? Jerzyk martwi się, że nie przyjmują do wojska od dwunastego roku życia, bo chciałby „choć jednego bolszewika posłać na tamten świat”. A może patriota Jerzyk, który wciąż jest dzieckiem, znudził się pisaniem dziennika, a że jest lato, woli się bawić? W kluczowym momencie wojny polsko-bolszewickiej jego świat staje się dorosło-dziecięcym przekładańcem. Wygląda to mniej więcej tak: Bolszewicy pod Ostrołęką. Nic ciekawego. Boże, co to będzie, jeśli Warszawa padnie. Nic ciekawego. Siedemnasty sierpnia. Hurra. Nic ciekawego. Wzięto sześćdziesiąt tysięcy. Bolszewików. Nic ciekawego.
Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy własnego głosu w Internecie. Daliśmy radę przez 24 lata - z Waszą pomocą przetrwamy także ten ciężki okres. Równocześnie utrzymanie takiego projektu jeszcze nigdy nie było tak trudne.
Zobacz jak wspomóc QUEER.PL
Bracia Jerzy, Franciszek, zwany Francem, i Ludwik, zwany Lulem, uczą się w domu. Kilku nauczycieli realizuje z nimi program szkolny, tak aby chłopcy co roku zdawali normalne egzaminy. Może to luksus, ale nie wychowanie bezstresowe. Oto sekwencja wydarzeń kilku dni nauki z jednym z nauczycieli, panem Wetulą: „Pan Wetula bardzo krzyczał. Pan Wetula nie krzyczał. Pan Wetula krzyczał aż się ściany trzęsły”.
Spośród nauczycieli wyróżnia się nauczyciel polskiego, Antoni Marylski. Nie udało mi się tego ustalić, ale prawdopodobnie to przyszły założyciel zakładu dla ociemniałych w Laskach. Prowokuje chłopca do dyskusji o sprawiedliwości społecznej. Dlatego pewnie Jerzyk nazywa go socjalistą. Dwunastolatek ma poglądy niezbyt postępowe: to nieuczciwe pisze, że „to co Tata zarobił w czoła pocie, to mamy oddawać chłopom, a oni są i tak bogatsi od nas. Tak samo odebrali herby, tytuły, wcale mi się to nie podoba”. Z lektur, o których dyskutuje z panem Antkiem, wielkie wrażenie robią na chłopcu Księgi pielgrzymstwa Mickiewicza. Może ten natchniony wykład mesjańskiego posłannictwa Polski rezonuje z patriotycznie rozedrganą duszą po zwycięstwie nad bolszewicką Rosją?
Intelektualnie chłopcy korzystają z takiego systemu nauczania, ale tęsknią za towarzystwem. Jerzyk żałuje trochę, że nie jest dane mu „wolne życie koleżeńskie”. Przegląda broszurę szkoły w Nieborowie i z satysfakcją zauważa, że są tam chłopcy z dobrych szlacheckich rodzin, a nie „Pupkiewicze i Ciurlikiewicze”. Szkoda, że rękopis jest w tym miejscu zniszczony. Ale widać wyraźnie, że Jerzyk, w przeciwieństwie do swoich zassowskich kuzynów, jest chowany w arystokratycznej bańce. W Kazimierzy Wielkiej poluje się z Hieronimem Radziwiłłem, a nie, jak w Zassowie, gra w piłkę z wiejskimi chłopakami, o bójkach z nimi nie wspominając.
Poza światem, przez który przewala się Wielka Historia, poza światem, gdzie pan Wetula krzyczy, a Hieronim Radziwiłł strzela do zajęcy, jest też inny świat. Świat wewnętrzny Jerzyka. Dziesiątego kwietnia 1920 roku notuje w kajeciku:
„Franuś dziś chciał przez pomyłkę pana Hoffmana pocałować, bo myślał, że to jeden z wujów kiedyśmy to mamie zawstydzeni powtórzyli, mama powiedziała, że jesteśmy przecież chłopcami i możemy śmiało go całować, ale ja myślę, że to nieprawda, jeszcze by pan Hoffman mi dał po twarzy. Ja bym bardzo chciał p. Hoffmana całować, ale ja nie zacznę. Jeżeli p. Hoffman chcieć będzie to nas pocałuje, za co bym się bardzo cieszył, ale myślę na nieszczęście, że pan Hoffmann o tym nie myśli, jaka szkoda”.
Jerzyk dał dzienniczek do przeczytania mamie, a „mama opowiedziała panu Hoffmanowi, że ja go chcę całować i pan Hoffman zaczął mnie drażnić […] i teraz będę musiał przed nim uciekać bo się przecież wstydzę, ach ta Mama, ta Mama!”. Przez kilka dni nieszczęsny Jerzyk unika pana Hoffmana. W kościele podczas mszy zastanawia się: „jeśli mnie pocałuje, to ja pójdę do nieba, a jeżeli zaś nie pocałuje – to do piekła. Dlatego w dwójnasób żałuję, że mnie p. Hoffman nie pocałował, ale niech mama nie opowiada to p. Hoffmanowi, bo ja bym się na śmierć zawstydził”. Ciekawe w wyobraźni chłopca myśli o zbawieniu łączą się z fizycznym odczuwaniem przyjemności. Po dziewięciu dniach mąk los łaskawie się odmienił. Dziewiętnastego kwietnia Jerzyk poszedł w nocy do sypialni mamy, gdzie zastał pana Hoffmana. Ten go pocałował i Jerzyk jest „w siódmym niebie”. Teraz marzy, „żeby tylko pan Hoffman częściej chciał całować”. No i marzenia się spełniają. Dwudziestego trzeciego kwietnia 1920 roku Jerzyk ma imieniny i większą radość od wszystkich prezentów sprawia mu pocałunek pana Hoffmana.
Zaraz, zaraz. Kto to jest pan Hoffman i co robi w sypialni matki? Bo to, że skupiony na pragnieniu pocałunku syn pana Leona nie zwrócił uwagi na niestosowność sytuacji, jakoś nie dziwi. Ale może to dla niego normalne, może widywał już pana Hoffmana w sypialni Leopoldyny? Leon rzadko bywa w domu, bo od 1919 roku uczestniczy w Paryżu w pracach Komitetu Narodowego Polskiego. Czy to Polska winna jest rozpadowi pożycia państwa Łubieńskich? Czy obowiązki wobec ojczyzny tak pochłaniają Leona, że nie ma już miejsca na obowiązki wobec małżonki?
Aleksander Hoffman to bratanek Stanisława Hoffmana, plenipotenta rodziny Czapskich. Można więc powiedzieć, że Leopoldyna wniosła Leonowi Hoffmana w wianie, a Leon, przyjmując je, wpuścił wilka do spiżarni. Ale nie jest to romansik, który zasługuje na ironiczne uwagi, tylko długoletni nieoficjalny związek. Po II wojnie światowej, po tragicznej śmierci Leona rozstrzelanego podczas brutalnej pacyfikacji Ochoty w powstaniu warszawskim, Leopoldyna i Aleksander zalegalizują swój związek. Wyzwolenie klas społecznych uwolniło je od społecznych przesądów. Hrabina i jej plenipotent wezmą ślub, nie trapiąc się tym, że to mezalians. Aleksander Hoffman jest rówieśnikiem Leopoldyny, ma wojskowe doświadczenie, jego twarz zdobi blizna, pamiątka pojedynku, jest więc dla małych Łubieńskich wzorem męskości, w przeciwieństwie do starego, przeszło sześćdziesięcioletniego, a przede wszystkim nieobecnego ojca. Poza tym pomaga im w nauce, przepytując na przykład z chemii. Jest dla Jerzyka intelektualnym autorytetem: „Minister Bardel [Bartel – M.Ł.] powiedział, że albo oni mają przeprowadzić reformę agrarną, albo on ustępuje i podaje się do dymisji, niech by sobie ustąpił, bo p. Hoffman mówi, że on jest najgorszym z ministrów”.
Obiektem libidalnych fantazji Jerzyka staje się mężczyzna, który nieoficjalnie pełni rolę jego ojczyma. Świętokrzyski wariant kompleksu Edypa z czasem słabnie, choć erotyczne napięcie wokół pana Hoffmana będzie się jeszcze w sercu Jerzyka tlić długo. Parę miesięcy później, opisując zabawę na świeżym powietrzu, uzna on za istotne odnotować, że Hoffman gonił go „z rozwianym przedziałkiem”. Nawet dwa lata później, kiedy ćwiczy według książeczki Japoński system trenowania ciała, raduje się, że „to będzie przyjemnie wywrócić pana Hoffmana”.
Dwudziesty siódmy marca 1922 to ważna data w życiu Jerzyka. Dzień coming outu. Prywatnego, przed samym sobą. Nie wiadomo, kto jest obiektem uczucia piętnastolatka. Jerzyk zapisał jego imię bądź nazwisko, a potem zakleił je karteczką. „To mi się zdaje chwilowe, tak jak z panem Hoffmanem, ale tak go lubię, jak wariat, tak bym go chciał uściskać, on taki ładny. Chciałbym, żeby był jakimś hrabią X, albo kimś innem, ale nie chłopem i żeby był na równi ze mną. Ja się tego strasznie wstydzę, dlatego piszę na takiej luźnej stroniczce, żeby można lada chwila wyrwać i spalić, jak ktoś będzie chciał przeczytać, albo jak mi się nie spodoba co napisałem. Ulżyło mi że napisałem to uf, uf, uf!!!!!!!”.
Komicznie brzmi ten klasowo uprzedzony, niedemokratyczny erotyzm. Nie jest jednak Jerzyk stereotypowym perwersyjnym paniczem, którego transgresyjne chucie ciągną do ludu, ku nizinom, à la Miętus z Ferdydurke. Znamienne, jak łatwo porusza się między otwartością i tajemnicą. Zapisuje imię/nazwisko, ale zaraz potem je zakleja. Zapisuje wyznanie na wydartej kartce, ale umieszcza ją w kajecie. Jakby podniecała go myśl, że zostanie ze swoim sekretem przyłapany. Bo to, że dziennik może być przeczytany, Jerzyk doskonale wie. Na etapie fascynacji panem Hoffmanem wpadł w ręce Franca. „Nie chcę by taki bałwan krytykował i śmiał się z moich myśli”. Smutne jest zaś to, że chłopiec poza skromnym kajecikiem nie ma z kim podzielić się swoim sekretem. Mama się z niego śmieje, Franc jest bałwanem. Myślę, że to doświadczenie samotności jest źródłem nawyku pisania. A w grę między otwartością i tajemnicą przyjdzie mu grać przez całe życie.
W nieco późniejszych niedatowanych notatkach znajduję rozprawkę o tym, jak zdobyć szczęście na ziemi. Nie wiem, czy to brudnopis zadania, które wyznaczył perceptor, czy może zapis wewnętrznych zmagań. Odpowiedź w każdym razie brzmi stanowczo: szczęście na ziemi osiąga się poprzez spełnianie nakazów Bożych i posłuszeństwo Kościołowi. Wyobrażam sobie, że w duszy chłopca, którego Kościół straszy obrazami piekła, panuje wielki zamęt. „Ogarnia mnie chwilowa apatia i tak myślę sobie, na co ja żyję?”, notuje. Gorączkowo trzyma się idealizmu i konserwatyzmu, co widać w namiętnej pochwale monogamii. Zamknięty w pałacu panicz, który wzdycha do innych chłopców, twierdzi, że poligamia bierze się z „nieznajomości natury ludzkiej i nieznajomości życia”. Posługuje się zjadliwą ironią – „rzecz dziwna w tej tak poważnej kwestii przeważnie kobiety zabierają głos”. Kto podda się niewoli zmysłów, nie zyska trzeźwego osądu. Czy wie, że piętnuje ukochaną matkę? Czy czuje, że sam tkwi w tej niewoli i nie ma ucieczki? Czy rozumie, że próbuje pogodzić ogień z wodą? Na kartkach pamiętnika w późniejszych zapiskach pojawia się kilka razy tytuł niesamowitego wiersza Beaty Obertyńskiej Pamięć jest jak strych mroczny. W wizji poetki na strychu pamięci znajdują się „wypłowiałe nadzieje, okulałe wzloty, puste puszki z zachcianek, złudzeń i powideł, obok spaczonych klepek – czerepy tęsknoty i worki z dartym pierzem połamanych skrzydeł”. O jak dobrze rozumie ten chłopiec skupiony na samotnej analizie swojej duszy ukryte przed światem „czerepy tęsknoty” i „puszki zachcianek”. Jak mało kto wie, jak bolą „połamane skrzydła”.
Don Juan Gray. Triumf pogaństwa
Kolejna grupa zachowanych w archiwum notatek zaczyna się w 1932 roku. Właśnie w tym roku homoseksualizm przestał być penalizowany przez Kodeks karny. Do tego czasu obowiązywały przepisy z zaborów, które za stosunki seksualne z przedstawicielami tej samej płci karały więzieniem. W szkole podchorążych pojawia się obok Jerzego A.R. Jest niższy rangą i martwi się, że ich związek zostanie zdemaskowany i że Jerzy z tego powodu nie dostanie awansu. „Pan kapitan zły na pana podchorążego, że mnie pan podchorąży lubi”, niewinnie zauważa. „Tak uroczo wygląda w swej smukłości młodzieńczej, niewinności, szczerości bijącej, wprost nieodpartego charme’u, z jego ogromnych ślicznie oprawnych oczu”, notuje, używając dziwnej składni, tak może poruszony smukłością i charme’em podchorąży marzyciel. Są opisy księżyca, przyrody, Jerzykowi udziela się „ogólny nastrój szczęścia, gdy jest się zakochanym”. Jest czuły i opiekuńczy. Nie pozwala budzić A.R. i bierze za niego wartę. „Pan podchorąży wartę za mnie pełnił, co to będzie jak pan kapitan się dowie”, martwi się A.R. Niepokoje kochanka Jerzy relacjonuje z pobłażaniem. Jedyny strach, jaki odczuwa, to strach przed starością, przed łysieniem. Popłoch budzą w nim fałdy podbródka i ogólne podejrzenie, że brak mu urody. Na pewno jest dyskretny i trudno wyobrazić sobie, by obnosił się ze swoim uczuciem do A.R. Pewnie odgrywa rolę twardego ułana. Na pożegnanie daje kochankowi zegarek, na pamiątkę, gdyby mieli się już nigdy nie spotkać. Przeżywa, że nie może pisać do niego, by go nie narazić. Jest romantyczny i rozważny. Jako hrabia i milioner, zasiadający na szczytach społecznej piramidy, ma oczywiście rodzaj immunitetu. W tym świecie, który korzeniami tkwi głęboko w epoce przywileju, kogoś takiego jak on nie dotyczą powszechne reguły. Jednak nawet ktoś z jego pozycją nie może bezkarnie dokonać coming outu. Jest więc człowiekiem elity i marginesu jednocześnie, i to właśnie dzięki tej drugiej tożsamości identyfikuje się z Voigtem, bohaterem Kapitana z Koepnick.
Wróćmy do Teatru Ateneum. Zjawa nazywa się Stanisław Bielski, w sferach artystycznych występuje pod pseudonimem Harry Cort. Jest ekspertem od tożsamościowych transgresji. Podaje się za księcia, grywa amantów, przebiera się za kobiety, wprawiając w konfuzję rozmaitych podrywaczy. Jerzy wie, że „zjawa” to mężczyzna, ciekawe jednak, w opisie Bielskiego używa żeńskich końcówek, jakby podniecała go ta gra.
Bielski-Cort rozpala homoseksualną Warszawę. Aleksander Janta Połczyński relacjonuje, że „podbijał serca, rujnował kieszenie i konta”. Sam Jarosław Iwaszkiewicz pisze dla niego wspaniały wiersz, który zaczyna się od słów: „Narcyzie, patrz choć rysy Twojej pięknej twarzy przelotny gołąb skrzydłem w jasnej wodzie zmąci…”. Jerzy sięga po bardziej współczesną mitologię i łącząc Moliera z Wilde’em, określa Corta-Bielskiego mianem Don Juana Graya. Narcyz to figura bierna, kontemplacyjna, ale przede wszystkim autodestrukcyjna. Don Juan i Gray kierują swoje niszczące libido na zewnątrz. Bezwzględni, bezbożni i do czasu całkowicie bezkarni. Narcyz – kruchy egotyk, Don Juan Gray – twardy egoista. Narcyz to ofiara, Don Juan Gray – potwór.
Bielski, który szybko się zorientował, że Jerzy, otwierając serce, otwiera także portfel, rozsiada się w tym sercu jak kardiopasożyt. Hrabiemu wydaje się, że zdobywa, ale to Bielski jest myśliwym. A raczej kłusownikiem, który zastawił wnyki. „Napisałem do niego, żadnej odpowiedzi, nawet telefonowałem, żadnej godności!”, skarży się w kajeciku młody milioner. Wracając do domu, zawsze ma nadzieję, że Cort dzwonił albo przesłał list. „Będę się męczył tym uczuciem”, pisze proroczo. Diagnozuje u siebie „fizyczny aż ból zmęczonego mózgu ciągłym o nim myśleniem”. Uczucie jest obsesyjne. Jerzy odmienia przez przypadki nazwisko Bielski, wkleja niczym nastolatek prasowe wzmianki o Harrym Corcie. „O Harrym tylko myślę, o Harrym tylko śnię”, notuje gorączkowo. A Bielski-Cort umiejętnie dozuje kolejne etapy. „Powiedział mi, że jestem mu bardzo sympatycznym, rozumiesz co to za obelga – krwawa – no trudno – innego uczucia nie może do mnie mieć – prócz wdzięczności i sympatii – w końcu dał fotografię i chciał pocałować – bez sensu to wszystko”. Władza, jaką Bielski-Cort ma nad Jerzym, jest absolutna, a zarazem demoniczna. I choć ten rozumie, że padł ofiarą manipulacji, obsesyjnie zakochany, jest wobec swojego uczucia bezradny. „Muszę być twardy, ile się jeszcze wycierpię”, pisze bez wiary w to pierwsze, pewien tego drugiego. Czytam te słowa sprzed niemal stu lat i czuję wyrzuty sumienia. Dyskretny przez dekady kajecik, wyśpiewuje wszystkie tajemnice, które powierzył mu w zaufaniu właściciel.
Podchody Jerzyka do Harry’ego i polowanie Harry’ego na Jerzyka trwają kilka miesięcy. Podchody wydają się trudne, polowanie jest łatwe. Jerzy „wypróżnia serce” przed Marynią. Marynia, czyli Maria Czapska, wybitna eseistka i historyczka, jeden z filarów „Kultury” paryskiej, jest młodszą siostrą Leopoldyny. Jedenaście lat różnicy między ciotką i siostrzeńcem to mało, więc traktują się raczej jak kuzyni: Marynia i Jerzyk. No i do zwierzeń jest jeszcze Józio, brat Leopoldyny, Lili i Maryni wielki malarz eseista, nieodłączny druh Maryni przez całe życie. Marynia, która zasięgnęła języka, opowiada Jerzemu o trudnym dzieciństwie Bielskiego, poruszając wrażliwe struny w jego duszy. Jerzyk zakochuje się w Harrym, symbolu seksu, ale zarazem w nieszczęśniku, który miał ciężkie życie. Libido wspomaga wrażliwość, wrażliwość napędza libido.
Ciekawe, że w pamiętniku nie ma żadnego „hurra”, opisu momentu, w którym Jerzy czuje, że zdobył Harry’ego. Stało się to pewnie, sądząc z notatek, w marcu 1933, bo z marca pochodzi taki wpis: „Sam kilka razy z własnej woli pocałował mnie – siadł na kolanach – j’avais ce corpes tellment cherie-entre mes bras”. Nie ma „hurra”, bo nie ma pewności. Zakochany zapisuje w kajeciku słynne zdania z Otella.
Strzeż się, panie, zazdrości! O, strzeż się
Tego potwora zielonookiego,
Co pożerając ofiarę – z niej szydzi.
Szczęsny, kto wiedząc o tym, że jest zdradzon,
Może nie kochać tych, co go zdradzili.
Równolegle do zmagań z Cortem Jerzy zmaga się ze sobą. „Jak bardzo pogańskie i pierwotne jest jeszcze moje jestestwo, jak bardzo do zmysłowego, doczesnego, przemijającego życia przywiązane”. Zmysłowy poganin i uduchowiony katolik prowadzą w nim nieustającą walkę. Tkwi w tym potrzasku od dziecka, i właściwie do końca życia się z niego nie wydostanie. „Patrzę na morze i dumam… wiele razy wydawało mi się, że droga moja prowadzi w jego głębiny”.
Związek milionera i Don Juana Graya jest burzliwy. Widać to z listów Corta, które ocalały w archiwum, podpisanych czule – „Harryś”. Ich sens da się sprowadzić do dwóch zdań: „Jerzy, gdybyś tylko chciał i wierzył mi byłoby nam tak dobrze” i „Proszę Ciebie wobec tego o przysłanie mi niezwłocznie raty”. Jerzy od początku wie, że bogactwo jest jego przekleństwem. „Ale cóż ja innego mogę przeciwstawić jak pieniądze, tym innym biednym ale ładnym”, zauważa. Iwaszkiewicz dał Cortowi piękny wiersz, Jerzyk podarował mu samochód. A potem pokrył koszty leczenia po wypadku samochodowym. Zgromadzone w archiwum rachunki opiewają na sumę kilku tysięcy złotych. Jest wśród nich też dokument, w którym Cort obiecuje je spłacić. Ale zamiast płacić rachunki, woli grać na sumieniu. W 1934 roku jedzie do Francji. W pierwszym liście do Jerzego donosi, że dojechał szczęśliwie, na końcu skarży się, że nie dostał przyrzeczonych pieniędzy. Drugi list od pieniędzy się zaczyna. „Zamiast 9000 franków jak było między nami postanowione, otrzymałem 8400 +700 z poprzedniego miesiąca”. Domaga się tych pieniędzy, powołując się na koszty leczenia związanego z wypadkiem i koszty podróży. Informuje też Jerzego, że zaręczył się z córką francuskiego milionera. Podniecony opisuje bogactwo dziedziczki: własny jacht, domy w Paryżu, miliony na koncie. „Uważam że los mnie wynagradza za ciężkie przejścia które miałem w życiu dotychczasowym”. Pieniądze potrzebne mu są do odgrywania roli księcia ze wschodu, roli, która ma go doprowadzić do ślubu. Wtedy zobowiązania finansowe Jerzego ustaną. „Całą przyszłość składam na Twoje sumienie i mam nadzieję, że nie będziesz chciał go obarczać krzywdą moją”. Jerzy ma pomóc człowiekowi, którego kocha, zastawić matrymonialną pułapkę na dziedziczkę fortuny. Niewiarygodna jest ta mieszanina moralnego szantażu i psychopatycznego wyrachowania podana ze szczerością głupca. Myślę, że nawet jeśli wciąż był mocno zakochany w Corcie-Bielskim, czytając te listy, Jerzy przebudził się. Utrzymanek stracił miłość milionera, a co ważniejsze – jego portfel.
W grudniu 1935 roku prasa donosi, że policja aresztowała Corta w Paryżu za oszustwa, jakich dopuścił się na Riwierze Francuskiej. W 1938 roku Antoni Sobański widział go w St. Moritz, a potem jego biografia zanurza się w baśniowych odmętach: podobno spotykał się z królem Belgii, podobno wziął ślub z kubańską milionerką. Oszust, mitoman, specjalista od odgrywania ról zmarł w Hollywood. Choć może należałoby napisać: podobno zmarł, bo w jego życiu mało co okazywało się prawdą.
Piątek, 14.11.2014 Piękny Staś w damskim przebraniu
Piątek, 16.05.2014 Pierwszy nagi mężczyzna
Piątek, 03.08.2012 Zawsze graj suki, skarbie
Środa, 23.08.2017 Gertruda Stein & Alicja B. Toklas & Wiele Wiele Kobiet
Czwartek, 09.04.2015 Życia Równoległe w krakowskim Teatrze Nowym