Był jednym z aktorów o którym „się wiedziało”. Na ekranie grał z Niną Andrycz, na scenie z Ireną Eichlerówną, w życiu jego partnerem był wybitny tancerz Witold Gruca.
Był jednym z aktorów o którym „się wiedziało”. Na ekranie grał z Niną Andrycz, na scenie z Ireną Eichlerówną, w życiu jego partnerem był wybitny tancerz Witold Gruca.
Jego kariera należy do nietypowych. Grał ważne i cenione role dramatyczne w różnych teatrach, zaczął od Białegostoku, potem była Jelenia Góra, Poznań, Gdynia, Wrocław i Warszawa. Na początku lat 50. stał się czołowym amantem polskiego kina. Wtedy zaangażował się do teatru wyspecjalizowanego w lżejszym repertuarze – Syreny, gdzie grał i prowadził konferansjerkę ze Stefanią Grodzieńską, potem na wiele lat trafił do Komedii. Propozycje filmowe nagle przestały napływać. Dziś, siedem lat po śmierci, jest aktorem zupełnie zapomnianym.
Z Krymu do teatru
Urodził się 8 sierpnia 1917 roku w Jałcie. Cztery lata później wraz z rodzicami wrócił do Polski, mieszkali na kresach. Po maturze Pietraszkiewicz postanowił zostać aktorem, studia w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie ukończył w 1939 roku. Mimo wybuchu wojny udało mu się trafić na scenę, zaangażował się do teatru, który w Białymstoku za zgodą władz radzieckich prowadził wybitny aktor i reżyser Aleksander Węgierko, wielka miłość Niny Andrycz. Tam Pietraszkiewicz po raz pierwszy zetknął się z klasycznymi sztukami, grał w „Intrydze i miłości”, „Pigmalionie”, wystąpił też jako Wacław w „Zemście”, do tej roli powróci jeszcze dwukrotnie, w Poznaniu i Warszawie.
Musiał połknąć bakcyla aktorstwa, bo patrząc na jego drogę zawodową widać głód grania, chęć uczenia się, gotowość na nowe wyzwania. Tuż po wojnie znalazł się w Jeleniej Górze, a następny sezon spędził już w Gdyni, potem był we Wrocławiu, by w 1948 r. po raz pierwszy trafić do Warszawy, gdzie grał w Teatrze Rozmaitości. Tutaj, w „Lekkomyślnej siostrze”, wystąpił u boku wielkiej tragiczki Ireny Eichlerówny, z którą się zaprzyjaźnił na tyle, że wkrótce razem przenieśli się do poznańskich Teatrów Dramatycznych (dziś Teatr Polski). Tam odnieśli wspólny sukces w „Fedrze” w reżyserii Wilama Horzycy, a sam Pietraszkiewicz jeszcze jako Peters w słynnych „Niemcach” Kruczkowskiego. Poznań odegrał znaczącą rolę także w życiu prywatnym aktora.
Nieludzkie zakochanie
Niewiele wiadomo o związkach Pietraszkiewicza, chociaż był kochliwy, a uroda amanta i zawód aktora sprawiały, że nie miał problemów w nawiązywaniu romansów. W Poznaniu poznał występującego w tamtejszym balecie, młodszego o dziesięć lat pięknego i zgrabnego tancerza Witolda Grucę, którego wielka kariera właśnie się zaczynała.
Musiała to być wielka miłość, skoro Gruca kilkadziesiąt lat później, w wywiadzie rzece „Grant jete, czyli wielki skok”, mówił jakim dramatem byłoby wtedy dla niego rozstanie z ukochanym, który wracał do Warszawy, gdzie w 1951 roku dostał angaż: „Wyjeżdżałem z Poznania z bólem serca, ale to samo serce było przy kimś, w kim nieludzko się zakochałem. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym żyć bez tego człowieka! Był to piękny aktor grający w filmach, który po występach z Ireną Eichlerówną w 'Fedrze” przeniósł się do Warszawy. Napisałem więc wymówienie, które na moich oczach – po moich wyjaśnieniach – dziadek Bierdiajew podarł, mówiąc: „Lubow, lubow, lubow”. Jednak jego żona, urocza kobieta, której bardzo się podobałem, namówiła go, aby w imię miłości mnie puścił. I za przyjacielem pojechałem do Warszawy”.
Pietraszkiewicz i Gruca byli razem kilka lat, ale uczucie nie przetrwało próby czasu, w 2004 r. tancerz wspominał ich związek: „Z wielkiej miłości nie zostało nic, chociaż do dzisiejszego dnia bardzo się lubimy i spotykamy. On rozbudził mnie intelektualnie. Prowadzał po różnych teatrach, znalazłem się w towarzystwie Ireny Eichlerówny, Zosi Mrozowskiej, której układałem taniec. (…) Niemniej z naszej wielkiej miłości z Jurkiem już nic nie zostało. Wtedy był pięknym, wysokim mężczyzną, w którym bez pamięci się kochałem. Później zaczął robić – powiem trywialnie – skoki w bok, co mnie strasznie denerwowało”. W efekcie rozstali się, a każdy z nich wszedł w nowy związek.
Radziecki żołnierz i przyjaciel Chopina
Pierwsza połowa lat 50. to zdecydowanie najlepszy okres zawodowy dla Pietraszkiewicza. Grał ważne role w warszawskich teatrach: Współczesnym, a potem Narodowym, ale przede wszystkim świetnie rozwijała się jego kariera filmowa. Pierwszy epizod, radzieckiego oficera, zagrał jeszcze pod koniec lat 40. w „Robinsonie warszawskim”, który zatrzymany przez cenzurę, po przemontowaniu wszedł na ekrany ze sporym opóźnieniem jako „Miasto nieujarzmione” (1950).
Potem był już tylko lepiej – duża rola inżyniera Góracza w „Pierwszym starcie” (1950) Leonarda Buczkowskiego; Bohdan Zaleski, przyjaciel Chopina w „Młodości Chopina” (1951) Aleksandra Forda; generał Gusiew w „Żołnierzu zwycięstwa” (1953) Wandy Jakubowskiej; śpiewający aktor w „Sprawie do załatwienia” (1953), wreszcie major w „Karierze” (1954) i główny bohater, Andrzej Uriaszewicz w „Uczcie Baltazara” (1954) Jerzego Zarzyckiego, adaptacji powieści Tadeusza Brezy.
Wszystkie te role przyniosły mu popularność i złożyły się na pewien typ bohatera, który stworzył. Grał postacie pozytywne, często w mundurze. Dobra prezencja i miła powierzchowność sprawiały, że kilkakrotnie jego zadanie było czysto dekoracyjne („Sprawa do załatwienia”, „Młodość Chopina”). Miał pecha, bo trafił akurat na okres kina socrealistycznego tworzonego według jednego schematu, z prostym podziałem na złych i dobrych. Był trochę jak przedwojenny amant, nie pasował do filmów nurtu szkoły polskiej, które już pod koniec lat 50. zdominowały polskie kino.
Jego kariera filmowa została nagle przerwana, po 1954 r. Pietraszkiewicz nie pojawił się już w kinie. Zachowały się fotosy ze zdjęć próbnych do „Krzyżaków” (1960) w których brał udział, ale ostatecznie nie otrzymał tam żadnej roli. Grał za to w telewizji, np. w 1959 r. wystąpił w adaptacji „Damy kameliowej” u boku Adama Hanuszkiewicza i Niny Andrycz. Ostatni raz w teatrze telewizji pojawił się w 1983 r., w spektaklu „Jubileusz” Edwarda Redlińskiego w reżyserii Franciszka Trzeciaka.
Prosty, szczery, bezpośredni
Ostatnie lata życia spędził w Domu Aktora Weterana w Skolimowie, tam jest też pochowany. Zmarł 2 sierpnia 2005 r., siedem dni przed 88 urodzinami. Jak pisał Witold Sadowy, do końca był w świetnej formie: „Wyglądał znakomicie. Świetnie ubrany i opalony sprawiał wrażenie człowieka zdrowego, w pełni sił. Zestarzał się bardzo pięknie. Te same szlachetne rysy i nieodparty urok osobisty. Zawiodło tylko serce”. Ten sam Sadowy w ogóle w samych superlatywach wypowiadał się o Pietraszkiewiczu, nie tylko jako aktorze, ale także człowieku: „Był jednym z najmilszych i najsympatyczniejszych kolegów, jakich spotkałem w teatrze. Prosty, szczery i bezpośredni. Bezkonfliktowy, wrażliwy i czuły. Zawsze gotowy nieść pomoc potrzebującym. I takim pozostał do końca”.