Był jedną z największych gwiazd międzywojnia. Wybuch wojny, a potem tragiczna śmierć przerwały świetnie rozwijającą się karierę. Dziś odkrywamy go na nowo, wraz z całym kinem przedwojennym. W tym roku ukazała się pierwsza biografia poświęcona Eugeniuszowi Bodo autorstwa Ryszarda Wolańskiego. Obyśmy doczekali się kolejnych
Był jedną z największych gwiazd międzywojnia. Wybuch wojny, a potem tragiczna śmierć przerwały świetnie rozwijającą się karierę. Dziś odkrywamy go na nowo, wraz z całym kinem przedwojennym. W tym roku ukazała się pierwsza biografia poświęcona Eugeniuszowi Bodo autorstwa Ryszarda Wolańskiego. Obyśmy doczekali się kolejnych.
Przez wiele lat zapomniane i traktowane z przymrużeniem oka, kino międzywojenne wciąż kryje w sobie szereg tajemnic. Nie zostało opisane ono samo, niewiele wiemy także o życiu wielu z ówczesnych gwiazd, których jedynym świadectwem sławy są stare filmy i zakurzone okładki kolorowych pism. Na szczęście to także się zmienia, a do ekskluzywnego grona posiadaczy własnej biografii dołączył niedawno Eugeniusz Bodo (1899-1943).
Jednym z tematów wciąż czekających na zbadanie jest homoseksualizm twórców polskiego kina, a także możliwe do odczytania wątki homoerotyczne obecne na ekranie. Jedną z postaci nadającą się idealnie do postawienia tego typu pytań, jest właśnie Bodo, plotki o jego homo- czy też biseksualizmie funkcjonują zresztą od lat.
Z ziemi szwajcarskiej
Urodził się w Genewie w 1899 roku z ojca Szwajcara i matki Polki. Naprawdę nazywał się Bohdan Eugene Junod, a scena była dla niego od dziecka środowiskiem naturalnym, po tym jak rodzina osiadła w Łodzi, ojciec prowadził tam kino-teatr „Urania” (po latach Bodo nazwie tak swoją firmę producencką). Nic dziwnego, że występować zaczął już jako dziecko, a wieku dwudziestu lat postanowił podbić stolicę. Od tego czasu jego kariera nabiera rozpędu, a on sam staje się gwiazdorem kabaretu wyśpiewującym w kolejnych rewiach przeboje w rodzaju „Titine”. Potem przyjdzie czas na kino, debiutował jeszcze w filmie niemym, w „Rywalach” (1925) Henryka Szaro. Zaczynał od niewielkich ról charakterystycznych by szybko zacząć grać postacie wiodące. Z czasem aktorstwo przestało mu wystarczać, pisał scenariusze, reżyserował, a przede wszystkim wyprodukował szereg swoich filmów.
Zimny drań się nie udał
Wydaje się, że życie tak pełne sukcesów, a do tego zakończone tragiczną śmiercią w radzieckim łagrze w 1943 roku to wręcz wymarzony materiał na biografię. Niestety, książka Ryszarda Wolańskiego „Już taki jestem zimny drań” rozczarowuje właściwie pod każdym względem. Jedyne co dobrego można o niej powiedzieć to, że jest ładnie wydana (mnóstwo ilustracji) i dobrze udokumentowana (cytaty z przedwojennej prasy, chociaż brakuje do nich bibliografii). Poza tym praca tak pełna jest wszelkiego rodzaju błędów, zwyczajnych bzdur i zaniechanych szans, że trudno uznać ją za dzieło choćby w części udane.
Wolański ma szczytną ideę przybliżania ważnych postaci przedwojennego kina, problem w tym, że pisząc co nich co i rusz robi grube błędy. Najbardziej rozbawiła mnie informacja o Mieczysławie Ćwiklińskiej, która według Wolańskiego po raz pierwszy miała być w Stanach Zjednoczonych w 1975 r. (str. 254). Problem w tym, że wybitna aktorka zmarła trzy lata wcześniej. Albo zdanie o wojennych losach Zbyszka Sawana: „Aresztowany, trafił do obozu w Oświęcimiu. Od niechybnej śmierci uratowała go była już wtedy żona [Maria Malicka]. W przeciwieństwie do niej resztę okupacji spędził, grając wyłącznie w tzw. teatrach jawnych” (str. 74). W rzeczywistości było dokładnie odwrotnie, bo to Malicka, a nie Sawan grała w teatrach jawnych.
Błędy zdarzają się każdemu, niestety w tym wypadku jest ich po prostu zatrzęsienie. Pełno tu także nieporadności językowych, choćby w takim zdaniu pisanym przy okazji słynnej „przebierankowej” roli Bodo w „Piętro wyżej”: „Pominąć raczej trzeba mało wiarygodne, chociaż nie do końca nierealne, usilne zabiegi mniejszości seksualnych, aby swoboda obyczajowa mogła sięgnąć polskiego ekranu. Zupełnie prawdopodobny natomiast jest światowy dyskurs na ten temat” (str. 260). Przy tego rodzaju „perełkach” macha się ręką na mizoginiczne uwagi Wolańskiego, np. jego komentarz do recenzji jednego z tytułów: „czy miarodajną opinię o tym filmie mogła wydać kobieta?” (str. 276).
Był czy nie był? Oto jest pytanie
Książka Wolańskiego jest także anachroniczna w swojej naiwności. Autor niczego nie bada, nie podważa żadnych tez, po prostu opisuje kolejne lata, a właściwie jedynym źródłem pozostają reklamowe wywiady Bodo, których udzielał, żeby promować filmy. W efekcie nie dowiemy się z kim aktor się przyjaźnił i dlaczego, jakie miał poglądy polityczne, a także jakiej był orientacji seksualnej. Autor nie ma wątpliwości, że jego bohater był heteroseksualny, chociaż ciągłe zapewnienia o „licznych podbojach miłosnych” stają się szybko własną karykaturą, gdy Wolański nie potrafi podać żadnych faktów ani nazwisk ewentualnych wybranek aktora. Nie przychodzi mu do głowy, że mogło ich w ogóle nie być.
Dylemat czy Bodo był homo-, bi- czy heteroseksualny być może nigdy nie zostanie rozstrzygnięty, chociaż trzeba przyznać, że jest w tym względzie co badać i nad czym się zastanawiać. Zacząć trzeba chyba od tego, że aktor nigdy się nie ożenił, co wówczas było raczej ekscesem niż normą. Jego ekranowi konkurenci (Żabczyński, Brodzisz, Dymsza, Sawan) nie tylko mieli żony, ale także regularnie pokazywali się z nimi publicznie, czasem tworząc nawet tandem zawodowy. Dziś wydaje się oczywiste, że gdyby Bodo był homoseksualistą, jako ulubieniec podlotków i statecznych pań, nie mógłby się z tym ujawnić, więc musiał udawać wiecznego poszukiwacza „tej jedynej” (strategia stosowana zresztą przez ukrywających się gejów do dziś).
Pełen niejasności jest także jego jedyny związek o którym publicznie wiedziano – z czarnoskórą Reri. Więcej w tej historii marketingowych zabiegów mających wypromować film „Czarna perła” (1934) w którym oboje wystąpili, niż autentycznego zauroczenia. Bodo pojawiał się w tym filmie w potrójnej roli, nie tylko aktora, ale także scenarzysty i producenta, więc powodzenie „Czarnej perły” bardzo leżało mu na sercu. Już wówczas wiedziano, że nic tak dobrze nie sprzedaje filmu, jak głośny romans pary bohaterów. Przy okazji Bodo jawi się tu jako wyjątkowy cynik, który nie tylko szybko po zakończeniu zdjęć stracił zainteresowanie dla Reri, ale już wcześniej pchnął ją w ramiona innych mężczyzn i rozpijał, by potem właśnie nadmiernym pociągiem do alkoholu tłumaczyć porzucenie „egzotycznej piękności”.
Queerowy amant
Abstrahując zresztą od kwestii orientacji seksualnej, w biografii Bodo pełno jest nienormatywności genderowej. Choćby jego hobby, którym były... robótki ręczne, specjalizował się zwłaszcza w makatkach z koralikami. Wśród jego przyjaciół było wielu gejów, w tym Karol Hanusz i Michał Waszyński (o tym pierwszym niczego nie dowiemy się z biografii Wolańskiego, pisząc o tym drugim autor nie wspomina, że był homoseksualistą).
Szczególnie warte analizy jest upodobanie i talent Bodo do występowania w damskim przebraniu. Najlepiej pamiętany jest oczywiście epizod z „Piętro wyżej” (1937), gdzie jako „krajowego wyrobu Mae West” zaśpiewał słynny przebój „Sex-appeal”. Już w początkach kariery zasłynął przebierankami, wcielał się np. w rolę ówczesnej gwiazdy Zuli Pogorzelskiej. Potem wielokrotnie jeszcze odgrywał kobiety, w tym na deskach scenicznych w nieśmiertelnej farsie „Ciotka Karola”, o której tak pisała dziennikarka przedwojennego „Kina”: „Mae West mogłaby pozazdrościć Eugeniuszowi Bodo bajecznej linii i wytwornych ruchów, gdyby go ujrzała w roli „Ciotki Karola”. Prawdziwy talent ma ten artysta do przeobrażania się w kobietę, co mogliśmy skonstatować nie po raz pierwszy”.
Nie bez znaczenia jest także fakt, że to Eugeniusza Bodo obsadzono w roli obiektu uczuć w filmach w których kobiety przebierały się za mężczyzn. Zarówno w „Czy Lucyna to dziewczyna?” (1934), jak i „Książątku” (1937), grani przez niego bohaterowie ulegali urokowi subtelnych chłopców, pełno więc w obu filmach płciowej dwuznaczności. W pierwszym dochodzi nawet do pocałunku Stefana i Juliana, a w drugim pojawia się znaczący monolog w którym Tadeusz Rolski (Bodo) zastanawia się nad swoim pociągiem do Władka: „Bo to nawet nie jest uczucie przyjaźni, tylko diabli wiedzą, jakiś sentyment czy coś... Zupełnie, jakby pan nie był mężczyzną!”.
W przyszłym roku minie siedemdziesiąt lat od śmierci Eugeniusza Bodo. Być może realizacji doczeka się wreszcie zapowiadany od dawna scenariusz o życiu tego aktora.
Pozostaje mieć nadzieję, że zainteresowanie Bodo będzie się nasilać, może doczekamy się jego kolejnych biografii. Oby tylko były lepsze niż propozycja Wolańskiego.
Eugeniusz Bodo śpiewa „Sex-appeal”:
- Czy miał pan kiedyś doświadczenia homoseksualne?
- O, ...urwa, (wolne tłumaczenie), kiedyś ugryzłem faceta w d... (scena z filmu)
- A kobietę?
- Też ... była różnica (również odwołanie do sceny z filmu)
(został zwolniony)
NO a Bodo...te piosenkę sexappeal słyszałem wiele razy i uważałem, że to spiewa.....kobieta......trochę dziwny głos i troche masywna ale myślałem, że to taka była specyfika tamtych czasów...