Zenobia Żaczek jest znaną działaczką anarchosyndykalistyczną, lokatorską i związkową. To ona nagłośniła w przeszłości aferę reprywatyzacyjną w Warszawie, a także organizowała liczne głośne protesty. Prywatnie jest osobą transpłciową i znajduje się w związku z kobietą – z partnerką, Laurą, mieszkają na warszawskiej Pradze. To z nią Żaczek założyła Komitet Obrony Praw Lokatorów, mający nieść pomoc ludziom doświadczającym trudności z mieszkaniami komunalnymi i socjalnymi.
Żaczek mocno zaangażowana jest też w działalność na rzecz osób trans, o czym często przypomina w wywiadach i mediach społecznościowych. Na prywatnym profilu facebookowym 48-latki pojawił się wpis dotyczący jej wspólnego życia z partnerką. Żaczek przypomina w nim, że w naszym kraju osoby transpłciowe często muszą pozywać sądownie swoich rodziców, aby można było dokonać zmian dotyczących płci w akcie urodzenia. O tym, jak dyskryminujący jest polski system prawny, Żaczek wspomina w swoim wpisie na Facebooku:
— Postanowiłyśmy z Laurą, że będziemy starały się sądownie o korektę moich danych metrykalnych płci podważając wymaganą przez sądy konieczność rozwodu. W tej chwili proces zmiany danych w dokumentach wygląda tak, że trzeba pozwać własnych rodziców i wziąć przymusowy rozwód.
Aktywistka dodaje, że nie planuje jednak rozwodu z partnerką, bo jest z nią szczęśliwa i dodaje: „Żadne durne państwo i choćby całe zastępy skretyniałych bigotów nam tego nie zabiorą i nie zniszczą naszego życia.” Żaczek zamierza odwołać się do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
Po wpisie o związku z partnerką, Laurą, oraz korekcie danych metrykalnych Żaczek zamieściła na Facebooku kolejny post, z którego wynika, że Laura została zaatakowana na jednej ze stacji metra. Napastnik wykrzykiwał groźby i próbował zastraszyć kobietę.
(an)
Piątek, 05.03.2021 Atlas Nienawiści podsumowuje swoją działalność: po prostu nazwaliśmy po imieniu to, co działo się w Polsce
Wtorek, 28.05.2013 "Umowa partnerska" godzi w godność obywateli
Poniedziałek, 07.02.2011 "Tęczowy doktorant"
Niedziela, 11.05.2003 Unia Europejska chroni Twoje prawa - głosuj na TAK!
Czwartek, 19.12.2002 Warszawa: Spotkanie w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów
Poza tym, w wielu punktach odwołujesz się do anegdot z Twojego życia. Ja mam w pewnych kwestiach trochę inne doświadczenia:
Daje, choć nie taką, jak powinien. Przydatna rzecz z lekcji polskiego, która mi przychodzi do głowy, to poprawność językowa. Uważam też, że konieczność przeczytania lektur szkolnych, powiększa zasób słownictwa.
Nie twierdzę przy tym, że ta nauka jest skuteczna w przypadku większości nauczanych osób. Nie wiem, ile się nauczyła większość. Mam przesłanki, na podstawie których nie uważam się za reprezentatywny przykład.
Nie jestem przekonany, że priorytetem nauczania języka angielskiego powinno być uczenie lokalnych dialektów Zjednoczonego Królestwa (czy jakiegokolwiek innego kraju anglojęzycznego). Tym bardziej jeśli mówimy o języku szkockim, który do angielskiego ma się mniej więcej jak kaszubski do polskiego. Większość absolwentów polskiej szkoły nie wyjedzie do Szkocji.
Angielski jest językiem powszechnie stosowanym w komunikacji między ludźmi, dla których nie jest on pierwszym językiem i tacy ludzie będą umieli mniej więcej tę samą wersję angielskiego, co uczeń polskiego LO. Dla większości to wystarczy.
Po lekcjach języka angielskiego w liceum, a potem na studiach (nie wykroczyły poza poziom z liceum), byłem w stanie bez problemu rozmawiać z innymi ludźmi niebędącymi native speakerami angielskiego oraz czytać anglojęzyczne materiały związane z moimi zainteresowaniami, nawet książki (choć tu był przydatny słownik, bywa zresztą przydatny do dziś). Chyba pierwszym moim poważnym zastosowaniem angielskiego były zorganizowane przez liceum jednodniowe spotkanie z młodzieżą szkolną z Izraela (byli w Polsce w ramach tych swoich słynnych wycieczek do miejsc związanych z Holokaustem).
Mam wrażenie, że dużo zależy od nauczycieli, tego co robią poza oficjalnym programem szkolnym, i od konkretnych szkół. U mnie przez gimnazjum i liceum wymuszano na klasie, żeby cała komunikacja na lekcjach odbywała się po angielsku. W gimnazjum musieliśmy regularnie czytać jakieś autentyczne kolorowe pisemko dla młodzieży po angielsku. Z kolei w liceum wybieraliśmy sobie książkę po angielsku, trzeba ją było przeczytać, a potem zrecenzować w formie ustnej prezentacji (to nie była zresztą jedyna ustna prezentacja jaką dawaliśmy na angielskim). Pamiętam też, że na jednej, dwugodzinnej lekcji mieliśmy prowadzić po angielsku, w grupach debatę na wylosowane tematy (jak sobie przypominam, bardzo to przypominało debatę oksfordzką, chociaż tego terminu nie kojarzyłem).
Nic więc dziwnego, że nie miałem żadnych problemów z komunikacją po angielsku, bo po prostu wielokrotnie wcześniej robiłem to na lekcjach.
Znowu nie twierdzę, że byłem reprezentatywnym przypadkiem. Ja zawsze trafiałem do klas/grup z ponadprogramowym, lepszym, angielskim. Niemniej warto wiedzieć, że tego typu rzeczy w polskim systemie szkolnictwa istnieją. I to w tym publicznym, "bezpłatnym".
Bo system to nie tylko dosłowna realizacja przepisów z ministerstwa, na odczep się.
Moi nauczyciele historii mieli ewidentne odchylenie liberalne (w znaczeniu: neoliberalne). Nauczyciel z gimnazjum nie lubił PiSu i to było widać :D O tym, że kozacy mieli swoje powody do wszczęcia powstania, dowiedziałem się właśnie w gimnazjum. Zarówno w gimnazjum, jak i w liceum nauczycielom wielokrotnie zdarzało się zwracać uwagę na zależności przyczynowo skutkowe (nie tylko kazać wkuwać daty wydarzeń historycznych), a nawet pozwalać wyrażać uczniom swoje opinie – rzadko, ale odbywały się nawet krótkie dyskusje w klasie.
[qoute]Może chociaż mówili o tym jak komunikować inny swoje emocje tak żeby nie naruszać własnych granic ale jednocześnie dokładnie wyjaśnić problem?
Coś tam się pojawiło w podstawówce na godzinie wychowawczej. Faktem jest, że nikt nie sprawdzał, czy to umiemy, w systematyczny sposób.
są mało inteligentni, bez wyobrażni i aspołeczni...
Podoba im się idea nie placa podatków...
Tylko , że nie zawsze bedą młodzi i silni. Zdarzają dię wypadki i rożne nieszczęscia
Podatki idą na slużbę zdrowia i na mieszkania komunalne lub socjalne. Konfederacja chciałaby to zniszczyć ..
Narazie mocno widać że podatki raczej idą do prywatnych kieszeni polityków. Dla obywatela ochłapy
W zasadzie jest to głupi, choć powszechny w Polsce, punkt widzenia. No bo to jest sprowadzanie człowieka wyłącznie do pracy. Edukacja ogólna, w założeniu, miała też dać umiejętność poprawnego pisania, wysławiania się, czytania ze zrozumieniem; nauczyć języków obcych, historii, podstaw funkcjonowania w społeczeństwie (przedsiębiorczość, WoS), podstaw anatomii ludzi i zwierząt (przydatne u lekarza), techniki gier sportowych… i mnóstwa, mnóstwa innych rzeczy, przydatnych w życiu, także, a może przede wszystkim, poza pracą.
Mnie na polskim, angielskim i niemieckim uczono pisania listu, zaproszenia, ogłoszenia i maila. Wiesz ile razy mi się to przydało? Nigdy nie widziałxm maila który byłby napisany w dyktowanym nam stylu który był zerżnięty z listu. Nigdy nie było pisania recenzji filmu na np. filmweb, nie było jak umieszczać informacje na stronie czy blogu. W szkole uczy się rozprawki czyli formy która jest zabroniona na uniwerku i wszędzie indziej również jest bezużyteczna. W dodatkowo utrwala niepraktyczny, ograniczający i zwyczajnie błędny sposób argumentacji i tworzenia własnego zdania. Język polski nie daje żadnej wiedzy na temat współczesnego języka polskiego. Ta sama kalka jest przekładana na inne języki. Wychodząc z LO (rozszerzona maturka z angielskiego) umiałxm podać przykłady wyrażeń w każdym z 16 czasów w j angielskim oraz mowy zależnej, a nie potrafiłxm się dogadać na ulicy (Szkocja) oraz napisać CV zgodnie z angielskim standardem i nie znałxm nawet tych zasad dopiero na miejscu mnie uświadomiono jak to się pisze (później trochę było o tym na studiach).
Miałxm rozszerzony WOS i takowy również zdawałxm na maturze więc chętnie się wypowiem. O zasadach komunikacji mieliśmy 1 dosłownie jedną lekcje w gimnazjum i 0 takowych w LO. Lekcje opierały się na rzeczy które spokojnie mogły by być na historii + jakiś durny zeszyt w którym trzeba było spisywać co było w wiadomościach (bez jakiejkolwiek interpretacji czy umiejscowienia tego w kontekście wiedzy). Uczyliśmy się o tym co to jest subkultura czy kontrkultura co mnie rozwaliło jako że należałxm do metali i to co9 tam było napisane było... czystą fantazją. Ten przedmiot równie dobrze mógłby się nazywać historia współczesna + sucha wiedza o strukturach państwa obecnie. Nie było tam nic o tym jak faktycznie działa i kształtuje się społeczeństwo (tego się dopiero dowiedziałxm na przedmiocie socjologia na studiach i wiedza z LO mi się tam nie przydała).
Historia. Nie poznałxm nic na temat historii Azji czy Afryki, a Ameryka południowa była tylko w okresie kolonizacji. O USA też nie było zbyt wiele. O historii Anglii dowiedziałxm się trochę więcej na Angielskim. Więcej o Anglii jest w serialu Vikingowie niż w polskiej szkole. Dopiero w dorosłym życiu dowiedziałxm się, że powstanie Chmielnickiego nie było jednoznacznie źle. Dopiero w dorosłym życiu dowiedziałxm się że pewne postawy promowane na polskim i historii są zwyczajnie szkodliwe, zwalniają rozwój społeczny itp. Historia jest pokazywana w interpretacji katolicko-nacjonalistycznej. Nawet nie ma silenia się na pozory obiektywizmu.
Podstaw anatomii? Więcej było o budowie komórek niż tego gdzie jakie narządy i mięśnie są. Jakie płaszczyzny naturalnego ruchu należy praktykować w rozgrzewce dowiedziałxm się na studiach gdzie każdy rehabilitant z którym miałxm zajęcia (na studiach i kursach zawodowych) był przerażony, że w szkole nadal kręci się kółeczka kolanami z pełnym obciążeniem ciała na nich, albo o tym dlaczego ludzie mają problem z dolnym odcinkiem kręgosłupa bo nie uczy się ludzi właściwie rozciągać. Ale wróćmy do biologii. Większość ludzi nie potrafi nawet powiedzieć gdzie są nerki... To najlepiej obrazuje, że ten system nie działa. Większość ludzi którzy przychodzi do lekarza nie ma pojęcia co ich boli. Dlatego biologie należy obciąć do minimum podstaw o zwierzętach a resztę pod fizjologie człowieka wpakować.
Ile razy w dorosłym życiu przydała Ci się znajomość zasad piłki ręcznej, siatkówki czy jak robi się dwutakt w koszykówce? Z wykształcenia jestem instruktorem pływania, jak myślisz czy gdybym nie byłx w klasie sportowej to czy ktoś by mi mówił jak wyglądają zasady? Może sam z pamięci możesz przywołać po co są zawieszone sznurki na 15 metrach na basenie? Nie miałeś basenu w szkole i jakoś nie masz problemu z braku takiej wiedzy? Jak grasz hobbistycznie po pracy w cokolwiek to nikt nie kłóci się o spalonego, podwójny kozioł czy nieprofesjonalny serw. Znacznie bardziej zamiast w-f przydały by się zajęcia jak odciążać kręgosłup, rozciągać stawy, co robić gdy od siedzenia boli kręgosłup lędźwiowy. To nie są czasy ZSRR gdzie w szkołach wyłapuje się ludzi pod rywalizacje międzynarodową żeby pokazać wyższość komunizmu. Obecny system edukacji jest 50 lat spóźniony względem rzeczywistości. Ludzie biegają, chodzą na siłownie, jogę, aerobik, basen, a nie na kosza czy piłkę nożną jeśli wcześniej się tym nie interesowali. Program po prostu nie pasował już do czasów w którym my dorastaliśmy, a co dopiero teraz. Porównaj sobie ile ludzi po pracy idzie pobiegać albo na siłkę i zestaw z tymi co idą grać w kosza albo piłkę nożną. Z tego jest prosty wniosek wiedza o czym jest bardziej potrzebna. Co konkretnie przydało Ci się w życiu po za pracą? Z kim gadałeś o Syzyfowych pracach czy deliberowałeś o rozwoju Cezarego Baryki? Gdzie Ci się to przydało? Poderwałeś kogoś na tekst "jesteś jak Litwa ojczyzna moja, jak zdrowie, ten tylko Cię ceni kto Cię stracił"? Serio chcę żebyś opowiedział konkretną sytuację w której wiedza się przydała.
Co do wiedzy o społeczeństwie. Powiedz mi z wiedzy szkolnej dlaczego ludzie z czasem przestają szukać pracy? Jak można najlepiej zaktywizować sąsiadów gdy właściciel budynku nie odśnieża? Co można zrobić gdy deweloper chce postawić blok przy domkach? Co można zrobić gdy doświadcza mobingu w pracy? Co może zrobić gdy potrzebuje porady prawnej a ma tylko 20 lat i nie stać go na prawnika? Może w szkole nauczyli Cię co to jest debata oksfordzka i nauczyli jak ją przeprowadzić? Albo chociaż mediacje w związku albo w rodzinie? Może chociaż mówili o tym jak komunikować inny swoje emocje tak żeby nie naruszać własnych granic ale jednocześnie dokładnie wyjaśnić problem? Może sposoby radzenia sobie ze stresem? Jaka konkretna wiedza szkolna sprawiła że łatwiej było Ci się odnaleźć w społeczeństwie? Podaj przykład konkretny, a nie rzucasz ogólnikiem.
W zasadzie jest to głupi, choć powszechny w Polsce, punkt widzenia. No bo to jest sprowadzanie człowieka wyłącznie do pracy. Edukacja ogólna, w założeniu, miała też dać umiejętność poprawnego pisania, wysławiania się, czytania ze zrozumieniem; nauczyć języków obcych, historii, podstaw funkcjonowania w społeczeństwie (przedsiębiorczość, WoS), podstaw anatomii ludzi i zwierząt (przydatne u lekarza), techniki gier sportowych… i mnóstwa, mnóstwa innych rzeczy, przydatnych w życiu, także, a może przede wszystkim, poza pracą.
są mało inteligentni, bez wyobrażni i aspołeczni...
Podoba im się idea nie placa podatków...
Tylko , że nie zawsze bedą młodzi i silni. Zdarzają dię wypadki i rożne nieszczęscia
Podatki idą na slużbę zdrowia i na mieszkania komunalne lub socjalne. Konfederacja chciałaby to zniszczyć ..
Poparcie dla konfederacji bo: są tam w miarę młodzi politycy na froncie (Mentzen jest bardziej promowany niż Korwin, na prezydenta startował Bossak). Po za Korwinem w sumie takich starych starych to praktycznie nie widać. Z kolei w PO czy w PiS no to promuje się głównie tych u których pierwsze co widzisz to siwe włosy. Z całym szacunkiem do Biedronia, ale jakby pomalował włosy miał by lepszy pijar wśród młodych. Hołownia odnotował tak wysokie poparcie (jak na kogoś kto nie zaczynał jako polityk) na tym, że wyróżniał się na tle starych dziadów którzy internet znają tylko z TV. A taki Czarzasty? Zamiast wypromować dzięki swoim znajomościom młodego polityka to sam dalej się wszędzie wpycha, a jest starszy nawet od mojej matki...
2 powód. Co młodzi ludzie dostali od państwa? Zwykle jedno wielkie g i do wszystkiego musieli dojść własną drogą więc z ich perspektywy państwo (szkoła) cały czas im utrudniała życie. Szkołą zabiera czas ucząc rzeczy które nie przydają się nawet na studiach. Dlatego młody człowiek wychodzi ze skojarzeniem państw=robienie rzeczy bez sensu. Dlatego populizm konfederacji ma zawsze podatny grunt. Oni z czasem widzą, że jednak to zbyt skomplikowane jednak właśnie dlatego młodzi ludzie nie wierzą w opiekuńczość państwa, bo ono teoretycznie już jest opiekuńcze w praktyce jednak każdy widzi niewydolność służby zdrowia, bezsens edukacji, utrudnianie gdy ktoś chce się rozwijać w bardziej życiowych kierunkach. Człowiek który idzie np. do IT ma wrażenie, że szkołą zmarnowała mu 90% jego czasu który mógł poświęcić na naukę, nawet an kierunkach biologicznych ludzie mają wrażenie, że 70% czasu w szkole było zmarnowane. Dlatego młodzi ludzie mają wrażenie, że skoro już im państwo tyle zabrało dając w zamian coś nieprzydatnego to niech już więcej nie zabiera.
Mieszkania komunalne przysługują tylko tym którzy mają niski dochód czyli bardzo długo nie mieli stałej pracy. Młodzi ludzie chcą się uniezależnić jak najszybciej i często biorą nadgodziny, pracują jak najwięcej więc i tak zwykle się nie łapią na takie przepisy. Za to dostają wysokie składki zdrowotne i podatki. Jakby wszedł przepis nakazujący w ogłoszeniach o pracę podawać stawki netto to już ten wydźwięk byłby mniejszy, podobnie gdyby wypłaty były tygodniowe. Tak jak dostajesz od pracodawcy informacje o kwocie brutto, a ile wpływa na konto to czuje się te koszta większe. Ludzie zarabiają mało i łatwiej im uwierzyć w prostsze rozwiązanie czyli, że to wina państwa zamiast, że to bardzo złożona kwestia ekonomiczna.
Ile znasz osobiście młodych ludzi którzy dostali mieszkanie komunalne? A teraz pomyśl ilu znasz młodych ludzi którzy czekali po kilka godzin w kolejce do lekarza, albo którym zmniejszono/zlikwidowano transport publiczny spod domu (wykluczenie komunikacyjne w Polsce rośnie). Prosta psychologia. Doświadczenie podpowiada, że łatwiej pogadać z kimś kto narzeka na służbę zdrowia niż na kogoś kto dostał mieszkanie. Dlatego większość ludzi która nie miała logiki innej niż arytmetyczna wnioskuje że państwo nie działa. A logiki w szkołach się nie uczy, a powinno. Śmiało można by było dać logikę i argumentację zamiast większości języka polskiego czy biologii. Zamiast chemii podstawy chemii organicznej, zamiast biologii podstawy fizjologii człowieka. I nagle by się okazało, że ludzie nie głosują na populistów, nie wierzą, że szczepienia szkodzą, nie pierdzielą, że ziemia jest płaska, nie rzucają określeniami typu "big pharma" i nie wierzą że homoseksualizm można leczyć.
Swoją drogą Twój komentarz ze względu na brak empatii wobec ludzi którym państwo nic nie pomogło tylko przeszkadzało, potraktowanie tematu powierzchownie i bez głębszej analizy zagadnienia oraz stawianie ludzi na zasadzie my i oni można by uznać można by uznać za napisany przez ludzi którzy są:
którym podoba się idea, że ludzie którzy się z nimi nie zgadzają są gorsi, bo się nie zgadzają. I równie dobrze można by podstawić: tylko że państwo nie zawsze pomaga każdemu kto tego potrzebuje. Zdarza się że ktoś może nie chcieć pomocy państwa. Podatki idą na nietrafione inwestycje, nieekologiczne kopalnie węgla, nieefektywne kampanie partyjne.
Podchodzenie powierzchownie do jakiegoś tematu i odmawianie ludziom po 2 stronie inteligencji też o niej nie świadczy.
PS. Nie poperam konfederacji i nigdy nie popierałxm. Ciekawostka Bosak jest z RN i jeszcze gdzieś po necie krąży jego wypowiedź o tym, że uważa iż państwo powinno być opiekuńcze. Konfa jest prawicą ideologiczną, gospodarczo są podzieleni na 2 skrajne obozy dlatego Menzen nigdy nie wypowiada się za całą partię.
W nieposiadaniu zdania na jakiś temat nie ma nic złego. Mówi się wtedy po prostu "nie mam zdania". Jeśli jednak chce się już koniecznie o czymś mówić warto się zastanowić i zaznajomić z tematem. "Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości."
PPS. Jeśli ktoś chce mnie wyzywać od prawaków czy lewaków to uprzedzam, że jestem merytokratą.
są mało inteligentni, bez wyobrażni i aspołeczni...
Podoba im się idea nie placa podatków...
Tylko , że nie zawsze bedą młodzi i silni. Zdarzają dię wypadki i rożne nieszczęscia
Podatki idą na slużbę zdrowia i na mieszkania komunalne lub socjalne. Konfederacja chciałaby to zniszczyć ..
Żaczek zasluguję na szacunek.
Niezwykle waleczna, inteligentna i wrażliwa osoba.