Artystka uliczna, pieśniarka, wokalistka - Maja Luxemberg z zespołu Die Libe brent wi a nase Szmate - zasłynęła podczas protestów Strajku Kobiet, nagrywając polską wersję do piosenki włoskich partyzantów "Ciao Bella". Mówi o sobie "grajka", jest ujawnioną osobą biseksualną, a w swoich utworach dużo przestrzeni poświęca tematyce queerowej.
Na koncertach przestawia się jako Maja Pompa. Die Libe brent wi a nase Szmate (z jidysz: Miłość płonie jak mokra szmata) tworzy razem z tekściarką Łają Szkło. Inspiracje czerpią ze wspólnej miłości do kultury żydowskiej, umiejętnie łącząc ją ze śpiewaniem o miłości, wolności i mniejszościach.
„Chcę lesbę na prezydenta
Chcę prezydenta z AIDS
Chcę pedała na premiera
Chcę kogoś bez ubezpieczenia
Kogoś, kto dorastał / na ziemi tak skażonej
toksynami że białaczka
postawiła go przed faktem dokonanym
Chcę prezydentkę - siksę
co zrobiła se aborcję
jeszcze w podstawówce
a sprawcą ciąży był jej własny stary”.
W swoim repertuarze ma wiersz Amerykanki Zoe Leonard, aktywistki na rzecz osób żyjących z wirusem HIV. Powyższy tekst jest fragmentem utworu Leonard, poetki i queerowej aktywistki, która w 1992 r. ogłosiła swój start w wyborach prezydenckich, podczas których można było na nią zagłosować w 28 stanach.
"Wiersz podsunęła mi Wera, czyli Drag King Vera Cruz. Uderzył mnie rytm i bezpośredniość tej wypowiedzi, i te nieoczywiste rymy, które sprawiają, że słucha się tego jak rapowej zwroty. Wstrząsające jest, jak bardzo ten manifest jest wciąż aktualny, po niemal trzydziestu latach. Amerykańska kultura queer tamtych lat w dużej mierze kreowana była przez czarną społeczność, w związku z tym jak żadna inna potrafi wyartykułować to, czym jest przywilej i jego brak, dlatego jest na pewnym cennym punktem odniesienia" - opowiada artystka "Gazecie Wyborczej".
Luxemberg mówi także o tym, skąd fascynacja "Kultura żydowska jest dla nas obu niezmiernie ważna, ja mam żydowskie korzenie, Łaja studiowała judaistykę". "podczas koncertów nie tylko śpiewam, ale też opowiadam o przedwojennych prostytutkach, służących, wiedźmach, przeróżnych zmarginalizowanych postaciach. Opowiadamy ich herstorie, queerując szmonces. I dlatego nazywamy się w jidysz, bo to jest projekt o byciu w mniejszości. No i o miłości" - mówi.
"Jesteśmy zespołem podwórkowym, granie na ulicach i podwórkach, w interakcji z ludźmi jest tak jakby wpisane w definicję. Moje koncerty również mają charakter lekko stand up'owy, można powiedzieć, że to taki „performans edukacyjny”. Teraz, przez dwa lata, pracowałam jako edukatorka w Starym Teatrze i w pewnym momencie pomyślałam sobie, że Di Libe to nic innego jak przykład pozytywnej queerowej edukacji".
"Uważam Di Libe za zespół z ducha punkowy, polityczny i wywrotowy. Zorientowałam się, że w studiu te piosenki bardzo tracą i zamiast o rebelii są bardziej o, hm…, Piwnicy pod Baranami. Z całym szacunkiem dla Piwnicy – ale dość już pierdzenia w stołek. Bardzo bym chciała tego uniknąć. Rozmawiałam o tym z moją dziewczyną, zasugerowała mi, że może powinnam nagrać piosenki w podobny sposób jak moje audycje w Radiu Kapitał, czyli fieldrecordingowo. Tak narodził się pomysł na konceptualną płytę: audialny dokument z polskich miasteczek, miast i wsi. Mamy już materiał - piętnaście piosenek. Ale wciąż szukamy funduszy, więc pewnie realizacja uda się dopiero na wiosnę.
W ramach następnego projektu, artystka chce nagrać swoje utwory na ulicy, w strefach "wolnych od LGBT". "Chodzi o to, żeby, cytując Łaję Szkło, "przytulić ludzi tęczą", bo przecież wrogość często wynika ze strachu, a ten z braku doświadczenia inności. Więc nie chodzi o to, żeby jechać w Strefy z jakąś tezą, ale po prostu "nieść dobrą nowinę". Rozmawiać, żartować, nawiązywać relacje z ludźmi".
(kb)