Sąd najwyższy w USA zdecyduje czy uniwersytety mogą wspierać dyskryminujące organizacje
Sąd najwyższy w najbliższych tygodniach zdecyduje czy organizacja studencka, która w swoim statucie dyskryminuje mniejszości seksualne, może być wspierana przez uniwersytet. Jeżeli sąd najwyższy przyzna rację uniwersytetowi - organizacja przestanie być finansowana z publicznych funduszy.
Zajmujące się rozmowami o Biblii, religii i prawie Chrześcijańskie Towarzystwo Prawne - od kilkunastu lat działa na amerykańskich uniwersytetach stanowych, jak wiele innych studenckich zgromadzeń. W 2004 roku władze uniwersytetu Hastings w San Francisco odmówiły wsparcia organizacji, gdy ta zaczęła wymagać od swych członków wyznania wiary chrześcijańskiej i wyrzeczenia się "cudzołóstwa, zdrady małżeńskiej i homoseksualizmu". Sprawa znalazła się w sądzie.
"Jeśli uznamy, że Hastings ma rację, to kółko biblijne musi przyjąć osoby, a nawet oddać przywództwo komuś, kto w ogóle nie wierzy w Biblię. Co więcej, stowarzyszenie murzyńskie będzie musiało przyjąć skinheada-rasistę!" - powiedział adwokat reprezentujący Chrześcijańskie Towarzystwo Prawne, Michael McConnell. Druga strona sporu podkreśla jednak, że przyzwolenie na praktyki podobnych organizacji spowoduje finansowanie przez państwo dyskryminacji. Jak zakończy się ten test z amerykańskiej demokracji - dowiemy się za kilka tygodni.
(md)
Religie tylko dzielą ludzi ...
Bez względu na kierunki dyskusji, wolał bym już bajki Andersena ... To ma już jakiś sens, tym bardziej na naszej stronie ...
Lol - teraz rozumiesz co czuje Ojciec Dyrektor gdy marzy o zamykaniu dyskusji na tematy gejowskie :-))))) [M]
A Tobie widzę bardzo zależy na dowodzeniu nieistnienia Boga? ;-))) Tak naprawdę to możemy sobie dowodzić jego istnienia lub nieistnienia - a jesli on naprawdę jest, to po prostu da nam znać o sobie we wlaściwym czasie. Można oczywiście tłumaczyć to, co nas spotyka racjonalnie, ale czasem dochodzi się do granicy, dzie racjonalność jest już mniej racjonalna niż nieracjonalne tłumaczenia. Ale to jest tylko indywidualne przeżycie i nie ma charakteru powszechnie mierzalnego ;-) [M]
Pytanie tylko czy poza dziurawym kubkiem z kawą są inne? I znów wracamy do czysto teoretycznego sparwdzania - czy są na biurku, czy nie :-)
Co do definicji Boga - wątpię czy w ogóle można zdefiniować takie pojęcie. Chyba tylko intuicyjnie. Formalnie rzecz biorąc, skoro określa się go jako kogoś kto stworzył nasz świat, to sam powinien daleko wykraczać poza nasz świat i całą jego materię oraz rządzące nią prawa. A to już jest całkowicie poza zasięgiem naszej nauki i nawet naszej intuicji. Wychodzi na to, że najlatwiej wykazać istnienie Boga - w czymś sercu :-)))) [M]
Twierdziłeś, że nie da się udowodnić nieistnienia Boga a ja wykazałem Ci, że owszem można tylko trzeba odwołać się do jego definicji. Generalnie dowodzenie (czy to istnienia czy nie istnienia) odbywa się nie wprost. Jeśli chcemy udowodnić, że coś istnieje to wykazujemy, że nieistnienie prowadzi do sprzeczności. Jeśli chcemy wykazać, że coś nie istnieje to szukamy sprzeczności wynikających z istnienia. Proste jak budowa cepa. Dowód przez egzemplifikację (twój ulubiony) jest szczególnym przypadkiem powyższego rozumowania. Ograniczanie się do takiego sposobu przeprowadzania dowodów nie jest jednak najwłaściwsze. Przykładowo wykazuje się w matematyce, że w każdym zbiorze można wprowadzić tzw. dobry porządek. Niestety jak dotąd nie znaleziono dobrego porządku dla zbioru liczb rzeczywistych choć wiadomo, że nie istnienie takiej relacji porządkującej rodziłoby sprzeczność. Podsumowując. Gdyby matematycy postępowali tak jak Ty to ta kwestia byłaby dla nich nadal nierozstrzygnięta. Na szczęście czynią oni inaczej. :)
Jeśli mamy zastanawiać się nad definicją samego Boga to byłby temat na inny wątek zupełnie ;-) [M]
Tak, oczywiście zrozumiałem paradoks, który przytoczyłeś. Emocjonalne jest po prosdtu przypisanywanie Bogu "wszech..." cech. Zaś paradoks jaki przytoczyłeś ma oczywiście charakter logiczny, ale wynika z "emocjonalnego" "wszechcenia" Boga. Problem w tym, że nie wiemy, czy w ogóle opisywanie Boga przez takie "wszechcenie" nie jest naszym własnym, logicznym lub lingwistycznym nadużyciem. Nie ma sensu zastanawiać się nad aspektami "wszechmocy" - zapewne przytoczony przez Ciebie paradoks jest rozgryzany od stuleci przez teologów - i niech sobie fo rozgryzają w przerwach między rozgryzaniem słonych orzeszków ;-) [M]
Chyba nie zrozumiałeś tego co pisałem wcześniej. Wdawanie się w temat definicji jest kluczowe bo tylko to pozwala stwierdzić czy dany byt jest Bogiem czy też nim nie jest. W każdym razie przywołałeś logikę to pokazałem Ci jak to wygląda z punktu widzenia logiki. Nic ponadto. Przymioty to coś co właśnie stanowi najczęściej przyjmowaną definicję tego pojęcia. Być może masz inną definicję i wg tej definicji Bóg nie jest wszechmocny. Możesz się nią podzielić. Będzie to o tyle cenne, że tak zdefiniowane pojęcie mogłoby mieć desygnat.
Tak, oczywiście zrozumiałem paradoks, który przytoczyłeś. Emocjonalne jest po prosdtu przypisanywanie Bogu "wszech..." cech. Zaś paradoks jaki przytoczyłeś ma oczywiście charakter logiczny, ale wynika z "emocjonalnego" "wszechcenia" Boga. Problem w tym, że nie wiemy, czy w ogóle opisywanie Boga przez takie "wszechcenie" nie jest naszym własnym, logicznym lub lingwistycznym nadużyciem. Nie ma sensu zastanawiać się nad aspektami "wszechmocy" - zapewne przytoczony przez Ciebie paradoks jest rozgryzany od stuleci przez teologów - i niech sobie fo rozgryzają w przerwach między rozgryzaniem słonych orzeszków ;-) [M]