Konserwatyści ponieśli porażkę
Referendum w hrabstwie Miami-Dade na Florydzie (USA), wymuszone przez prawicowych radykałów domagających się cofnięcia lokalnej regulacji prawnej, zabraniającej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną, zakończyło się ich porażką. O sprawie tej informowaliśmy kilka dni temu. Hałaśliwym grupom homofobów z pastorem Nathanielem Wilcoxem na czele nie udało się zdobyć większości dla swych jątrzących sloganów. "To nie jest referendum w sprawie wartości rodziny. I nie jest to głosowanie nad prawami dla homoseksualistów. Jest to referendum w sprawie równouprawnienia i dyskryminacji" - powiedzieli lokalni politycy.
W swych wystąpieniach, pastor Wilcox obarczał gejów odpowiedzialnością za upadek państwa i próbę przywłaszczenia sobie przywilejów kosztem innych grup społecznych. Na szczęście, dwa miliony uprawnionych do głosowania okazało się niewrażliwymi na język nienawiści. Zdecydowana większość mieszkańców Miami-Dade powiedziała "tak" zakazowi dyskryminacji.
Głosowaniu towarzyszyły liczne problemy techniczne. Elektroniczny system, jaki wprowadzono po znanym skandalu, do jakiego doszło podczas ostatnich wyborów prezydenckich szwankował. Jak widać, problemy z elektroniką mają nawet najbardziej rozwinięte pod tym względem kraje świata. Najważniejsze jednak, że w Miami-Dade wszystko zostaje po staremu. Gdyby bowiem konserwatystom i religijnym fanatykom udało się doprowadzić do cofnięcia procesu eliminacji dyskryminacji z życia publicznego, byłby to bardzo zły znak dla całej Ameryki.
Marek Romiszewski - Miami