Lektura obowiązkowa: "Cztery motywy dla homofoba"
W wtorkowym (12.08.2002) wydaniu Gazety Wyborczej opublikowano kolejny, ważny głos w dyskusji, wywołanej artykułem Jacka Kochanowskiego (IS informowała). Jest to odpowiedź Katarzyny Bojarskiej-Nowaczyk na zamieszczony kilka dni temu w tej samej gazecie homofobiczny paszkwil Zofii Milskiej-Wrzosińskiej.
Bojarska-Nowaczyk pisze, że "Niewygodnie jest twardogłowym konserwatystom pogodzić się z tezą o nieodwracalności homoseksualizmu, gdyż ich uprzedzenie okazałoby się bezpodstawną dyskryminacją, taką jak rasizm lub antysemityzm"
Tekst ten wydaje się nam bardzo istotnym przyczynkiem do debaty na temat praw osób homoseksualnych w Polsce. Oto obszerne cytaty:
"Gazeta" wydrukowała ostatnio dwa teksty w kwestii legalizacji związków homoseksualnych w Polsce: "Geje nie będą udawać małżeństw" Jacka Kochanowskiego, to manifest światopoglądu rozpowszechnionego w świecie kultury zachodniej, wyrosłego na gruncie naukowym, jak również na gruncie obowiązującej w świeckich państwach demokratycznych filozofii praw człowieka. Drugi tekst, "Co wolno gejom?" Zofii Milskiej-Wrzosińskiej, to typowy przykład dyskryminacyjnego, zachowawczego stanowiska chrześcijańskich obrońców moralności. Autorka przestrzega czytelników przed pochopnym określaniem mianem "pseudoliberalnych zakamuflowanych homofobów" osób, które zraża pogląd, że każda orientacja seksualna jest równie dobra i naturalna. Sama nazywa te osoby "pełnymi tolerancji światłymi inteligentami", których do wycofywania "bezwarunkowego poparcia" dla równouprawnienia gejów i lesbijek mają skłaniać cztery rzekome przyczyny.
(...)
W pracy badawczej zajmuję się problematyką homoseksualizmu, jestem na bieżąco z literaturą naukową, także z publikacjami ruchu homofilnego i z piśmiennictwem chrześcijańskim. Na obecnym etapie nauka może tylko stwierdzić, że źródła homoseksualizmu są... nieznane. Żadna z teorii, włączając genetyczną, nie jest do końca ani potwierdzona, ani obalona.
Tymczasem publikacje homofobiczne lubią akcentować teorie niegenetyczne umożliwiające postulowanie reorientacji seksualnej. Niewygodnie jest bowiem obrońcom moralności pogodzić się z tezą o nieodwracalności homoseksualizmu, gdyż ich uprzedzenie zostałoby zdemaskowane jako bezpodstawna dyskryminacja, taka sama jak w przypadku rasizmu lub antysemityzmu. Pogląd o "uleczalności" homoseksualizmu nadaje mu status choroby, a więc nie zobowiązuje do nadawania przywilejów, lecz do leczenia.
Autorka, dewaluując teorię genetyczną, sama przytacza szereg innych teorii pochodzenia homoseksualizmu. Między innymi pogląd, że większość ludzkich dyspozycji jest wynikiem interakcji między czynnikami dziedzicznymi i środowiskowymi. Wymienia także inne potencjalne, niegenetyczne przyczyny, które stara się przeforsować. Mówi mianowicie: "Homoseksualistą może też zostać osoba, która żadnych genetycznych predyspozycji nie ma, ale została wcześnie uwiedziona (to bardzo częsta przyczyna homoseksualnej orientacji)". Tu Milska-Wrzosińska popełnia kardynalny błąd. Owszem, stwierdzono istotną korelację między występowaniem homoseksualizmu i uwiedzeniem, jednak w przypadku badań korelacyjnych w żadnym wypadku nie można orzekać o przyczynowości między dwoma zdarzeniami. Jednak autorka nie wspomina o alternatywnych wyjaśnieniach tej prawidłowości, podczas gdy literatura naukowa podaje, że są podstawy, by twierdzić, że to właśnie chłopcy ujawniający już tendencje homoseksualne przyciągają do siebie uwodzicieli i z ciekawości pozwalają się uwieść.
Naukowcy coraz głośniej przyznają się, że rozmaite techniki reorientacji osób homoseksualnych są nieskuteczne. W starszym piśmiennictwie wspominano o nielicznych przypadkach zmiany orientacji, szczególnie dzięki metodzie psychoanalizy. Starszym badaniom nad efektywnością tych technik stawia się jednak szereg zarzutów, m.in. mało wiarygodne kryterium oceny efektów (deklaracje pacjentów!) oraz brak badań długoterminowych. Gdy później zaczęto badać efekty długoterminowe, okazało się, że po około dwóch latach pacjenci wykazywali tendencje do ponownego podejmowania aktywności homoseksualnej.
(...)
Tymczasem Milska-Wrzosińska na temat nieodwracalności homoseksualizmu podaje nieaktualne informacje: "Opisano wiele przypadków zmiany". Wynika z tego, że autorka czytała tylko przestarzałą literaturę medyczną albo czerpie swą wiedzę ze światopoglądowo nieobiektywnej literatury nurtu homofobicznego, albo też tendencyjnie przemilcza wyniki najnowszych badań.
Teraz czas na niedorzeczność wyższego rzędu: dlaczego autorka zakłada, że wyłącznie wrodzoność orientacji homoseksualnej byłaby podstawą uznania praw gejów i lesbijek?
Drugi powód, który ma zniechęcać "pełnych tolerancji, światłych inteligentów", to fakt, że pragnienie legalizacji związków homoseksualnych jest rzekomo przejawem traktowania upodobania seksualnego przez gejów i lesbijki jako nadrzędnej wartości, a tak postępujący ludzie nie zasługują na społeczne wsparcie i uprawnienia równe heteroseksualistom.
Autorka argumentuje, że kierowanie się w zachowaniu impulsami popędowymi "nie jest wyrazem najwyższej cnoty". Czy tego jednak chce, czy nie, ludzie - niezależnie od preferencji seksualnych - kierują się w zachowaniu tak popędem seksualnym, jak i popędem głodu, pragnienia oraz snu.
Za przykład takiego niecnotliwego zachowania autorka obiera heteroseksualnego mężczyznę, którego cechuje "prymitywne starcze wyuzdanie" przejawiające się tym, że wybiera na partnerki kobiety poniżej dwudziestego roku życia. "W najlepszym wypadku ma on prawo do współczucia jako osoba zaburzona". Hmmm... Zaburzona?! Cóż za hipokryzja! Ilu starszych panów seksualnie preferuje mocno podwiędłe ciała pomarszczonych rówieśniczek ponad jędrne piersi i pośladki atrakcyjnych dwudziestolatek?! Ilu z nich, gdyby mieli możliwość, nie wykorzystałoby nasuwającej się szansy związania się z o wiele młodszą, pociągającą seksualnie kobietą?!
"Nikt nie wspiera ideologicznie jego erotycznych dążeń" (mowa o wyuzdanym starcu). Niejasne pozostaje dla mnie pojęcie "wspierania ideologicznego", jednak wnioskuję, że chodzi o rozwiązania prawne. Jeżeli tak, to w przypadku wspomnianego starca jest wręcz odwrotnie. Otóż państwo go wspiera! Ów starzec ma przecież prawo ożenić się z młodą kobietą, a nawet - za zgodą sądu - z szesnastolatką! Najważniejsze, że obie osoby pragną tego samego. Ma też prawo do rozwodu, dzięki czemu może żenić się nawet wielokrotnie.
Milska-Wrzosińska wykazuje się niezrozumieniem funkcji sformalizowanego konkubinatu. Tok jej wywodu sugeruje, że pojmuje ona wprowadzenie homoseksualnych konkubinatów jako drogę do realizacji pragnień seksualnych. Pragnienia seksualne można realizować bez zgody państwa. Tymczasem funkcją państwa nie jest wnikanie w życie seksualne obywateli, lecz ułatwienie życia w kwestiach formalno-prawnych tym z nich, którzy i tak dzielą ze sobą życie.
Trzecim argumentem przekreślającym możliwość prawnego uznania związków gejów i lesbijek - poniekąd za karę - jest fakt "kaptowania młodych ludzi" (których homoseksualizm jest tylko kaprysem, wyrazem buntu przeciw "nadopiekuńczym mamom") przez organizacje wsparcia dla gejów i lesbijek na podobieństwo sekt porywających nowych członków. Proceder ten ma się odbywać poprzez manipulowanie informacją ("masz prawo realizować swoje preferencje") oraz kierowanie szukających pomocy ludzi do grup wsparcia. Młodzi ludzie mogą również narazić się w takim miejscu na - o zgrozo! - zaproszenie do klubu na najbliższy weekend! Oczywistą jest rzeczą, że w organizacjach progejowskich nie spotkamy homofobów, którzy nakłanialiby kogokolwiek do reorientacji, gdyż jest to kwestia indywidualnej decyzji! Poziom argumentacji Milskiej-Wrzosińskiej jest w tym punkcie szczególnie żenujący.
W czwartej części artykułu Milska-Wrzosińska daje popis nieuczciwego naświetlenia sprawy konkubinatów. W sposób tendencyjny porusza tu kwestie samej ceremonii zawarcia związku oraz kwestię adopcji dzieci.
Dla wzmocnienia demagogicznego efektu, mówiąc o świeckim konkubinacie, używa określeń kojarzących się z kościelnym sakramentem małżeństwa. W ten sposób stwarza sztuczny problem: "Ceremonia ślubna homoseksualnej pary (...) może być odbierana jako szydercza kpina z człowieka wierzącego w sacrum związku mężczyzny i kobiety".
Po pierwsze, ceremonia zawarcia czy to małżeństwa, czy konkubinatu w świeckim urzędzie stanu cywilnego nie jest przeznaczona dla osób wierzących w sacrum związku mężczyzny i kobiety. Dla tych osób państwo stworzyło wygodną formę ślubu konkordatowego. Osobom, które obraża ceremonia cywilna, radzę po prostu nie kręcić się po urzędzie.
Po drugie, autorka imputuje rzecznikom konkubinatów homoseksualnych kierowanie się w swych dążeniach pragnieniem wyszydzenia uświęconych tradycją chrześcijańską więzów małżeńskich (sic!). Muszę przyznać, że naiwność tego oszczerczego poglądu zupełnie mnie rozbroiła. Autorka widać sądzi, że działacze gejowscy nie mają innych zmartwień ponad to, jak dokuczyć praworządnym, przyzwoitym heteroseksualistom.
Dalej możemy przeczytać, że "mężczyźni ślubujący sobie przy użyciu dobrze i od wieków znanych słów przysięgi małżeńskiej mogą mimo woli obrażać najgłębsze uczucia ludzi, którzy tę przysięgę składali w zgoła odmiennych okolicznościach". To polski Kościół wprowadza śluby homoseksualne? A to nowina! Bo tekst cywilnej przysięgi małżeńskiej bynajmniej nie jest znany od wieków, lecz jest wytworem stosunkowo nowym. Brzmi on następująco (pamiętam, gdyż sama tę przysięgę jakiś czas temu składałam): "Świadom praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z ... i przyrzekam uczynić wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, uczciwe i trwałe". Należy dodać, że na użytek zawarcia konkubinatu i tak musi powstać nowy, przystający tekst przysięgi, o ile w ogóle procedura będzie przewidywać jej wygłoszenie. Nawet jeśli zastąpić słowo "małżeństwo" słowem "związek" - cóż w tej przysiędze jest obraźliwego?! A nawet gdyby partnerzy przysięgali sobie miłość do grobowej deski - to jestem pełna politowania dla małości tych osób, które poczułyby się urażone.
Na deser Milska-Wrzosińska zostawia sobie najbardziej drażliwy temat adopcji dzieci, podnoszony jednak dla podgrzania atmosfery nie przez gejów i lesbijki, lecz przez działaczy walczących o ich dyskryminację. Dopóki nie zmieni się kołtuńska mentalność dużej części naszego społeczeństwa, nie będzie bowiem w ogóle mowy o umożliwieniu adopcji przez gejów i lesbijki, którzy - podkreślam - wcale się tego nie domagają! Największą szkodą wyrządzoną takim dzieciom wcale nie byłoby wzrastanie w nietypowej rodzinie (badania wykazują, że geje i lesbijki są tak samo dobrymi rodzicami jak heteroseksualiści) czy świadomość bycia poczętym w probówce (tę świadomość mają również dzieci bezpłodnych heteroseksualistów) - jak chce autorka. Ogromnie szkodliwy - gdyby adopcję wprowadzono dzisiaj - byłby pogardliwy i prześmiewczy stosunek do tych dzieci ze strony nietolerancyjnego społeczeństwa.
"Postronny obserwator może odnieść wrażenie, że awangarda ruchu homoseksualnego domaga się znacznie więcej niż tolerancji. Żąda uznania, że obie orientacje są równie naturalne i wobec tego powinny być tak samo traktowane pod względem psychologicznym, społecznym i prawnym. Ten wymóg może być przeżywany jako zakwestionowanie podstaw naszej kultury, w rezultacie wywołuje niechęć wobec roszczeniowych i agresywnych ideologów homoseksualizmu. Ich walka o własne prawa może być odbierana jak atak na prawa innych". Zamykam oczy, cofam się w myślach do lat 40. czy 60. XX wieku, jestem w Stanach Zjednoczonych - jakbym czytała ówczesny tekst propagandowy - zobaczcie sami: "Postronny obserwator może odnieść wrażenie, że awangarda ruchu czarnych domaga się znacznie więcej niż tolerancji. Żąda uznania, że obie rasy są równie naturalne i wobec tego powinny być tak samo traktowane pod względem psychologicznym, społecznym i prawnym. Ten wymóg może być przeżywany jako zakwestionowanie podstaw naszej kultury, w rezultacie wywołuje niechęć wobec roszczeniowych i agresywnych ideologów murzyńskich. Ich walka o własne prawa może być odbierana jak atak na prawa innych". Polecam również przeniesienie się w początki XX wieku i zastąpienie słowa "murzyni" określeniem "kobiety walczące o swoje prawa" - brzmi wybornie!
Wiem, wiem - "pełni tolerancji, światli inteligenci" znajdą i na to odpowiedź. Na zakończenie przytoczę fragment "Słowa wstępnego Ks. bpa M. Jaworskiego" do książki ojca dra Mateusza E. Korczaka "Pedagogiczne aspekty profilaktyki i terapii homoseksualizmu": "Wymienione osoby [homoseksualne] winny też zdawać sobie sprawę z tego, iż dyskryminacja ze względu na predyspozycję homoseksualną, która jest obiektywnym nieuporządkowaniem, nie może być stawiana na równi z dyskryminacją ze względu na pochodzenie etniczne".
(red)
Gdy się słyszy dyskusje na temat homoseksualizmu to zawsze pada stwierdzenie, że nikt nie chce być gejem ale jak już się jest to czemu nie. Gdyby wszyscy heteroseksualiści pamiętali tylko jedą rzecz, że niemalże wsyscy geje i lezbijki rodzą się w ich rodzinach to świat byłby dużo lepszy. Jak narazie to mamy tylko ten jeden świat, musi on wystarczyć dla nas wszystkich, nieprawdaż?
Make love not war.
popatrz na te ogloszenia na naszym portalu...a potem powtorz sowa o tym, ze jestesmy wartosciowymi ludzimi...
ja to wiem, ty to wiesz, ale ludzie, ktorzy przeczytaja tekie ogloszenia gdzeikowiek widza tylko to...geje szukaja duzego..dlugiego, kogos kto by ich przelecial itp... a jakos ogloszenia o tym, ze ktos szuka kogos, zeby nie byc samemu wieczorem w domu..czesto kryja sie w tym bagnie. coz a szkoda.
swoja droga, zajebisty artykul..i twoja odpowiedz tez jest na 6+ :)
pozdrawiam#
czarny_tulipan
Pwonnismy dazyc do stworzenia wzorowego spoleczenstwa obdarzonego takimi samymi prawami i obowiazkami obywatelskimi. Tylko od nas samych zalezaloby, ktory z przywilejow wybieramy podczas naszej podrozy zyciowej....
Juz jestem z moim chlopakiem 12 lat i chociaz moglibysmy wziac slub - wolimy byc razem bo sie kochamy i szanujemy i nie potrzebujemy zadnego papierka, ktory stwierdzalby, ze jestesmy jedna rodzina. Takie jest nasze podejscie i nie znaczy, ze jestesmy przeciwko zwiazkom malzenskim gejow. Wrecz przeciwnie - jestesmy w 100% za przekonaniem pozostalych grup spolecznych, ze wszyscy powinnismy miec jednakowe prawa i sami wybierac ktore z nich nam najbardziej odpowiadaja.
Jedni chca miec slub w kosciele, inni w urzedzie. Niektore pary biora sluby nad woda, inne na szczytach gorskich. Dajmy sobie wiecej wolnosci.
Jezeli chodzi o adopcje dzieci, to prosze nie sluchajcie religijnych podstaw, ze nie mozna pozwolic parom gejowskim wychowywac dzieci. My przywracamy usmiech na twarzyczkach dzieci, ktorym odmowione zostaly prawa do szczesliwego dziecinstwa. Tak bardzo chcialbym mojej babci (bardzo religijnej kobiecie) spojrzec dzisiaj w twarz i zapytac dlaczego starala sie przekonac moja mame, zeby usunela ciaze (jak mialem sie urodzic) w latach 60-tych, bo ludzie beda "gadali". Religijna kobieta decydujaca o prawie do zycia wlasnego wnuka w 1963 roku?
Przepraszam, ze podaje moje osobiste przezycia z kontakow z osobami religijnymi, ale to mowi dosc glosno, ze religia, niestety, moze byc interpretowana w nieludzki sposob.
Zostanmy przy naszych 10 przykazaniach i szanujmy sie wzajemnie.
Ja nie mam nic przeciwko temu, ze moj sasiad lubi blondynki z duzym biustem albo kolezanka (ponad 40-letnia) lubi dwudziesto-paro-letnich chlopcow. Lubie sasiada, bo jest zyczliwym czlowiekiem i szanuje kolezanke, bo jest ona bardzo pomocna osoba. To te wartosci stanowia o naszym stanowisku w spoleczenstwie, a nie nasze lozkowe sprawy. My sie nie pytamy hetero co oni w lozku robia, dlaczego wiec oni przykladaja tak duza uwage na przypuszczenia co my robimy. To nie jest wazne. Codzienne podejscie do ludzi i wklad w rozwoj spoleczenstwa stanowi o naszej wartosci.
Mozna sie rozwodzic na tymi uwarunkowaniami godzinami, wiec nie bede zanudzal.
Pokazmy wszystkim, ze jestesmy wartosciowymi ludzmi i nie oczekujemy zadnych specjalnych praw. Po prostu chcemy miec takie same!
Popatrzcie na to z innej strony: zyjemy w bardzo interesujacych czasach!
Pozdrowienia,
Janusz