Przełomowy artykuł w " Gazecie Wyborczej"
W czwartkowym i piątkowym wydaniu "Gazety" znowu głośno było o gejach. Czy związki gejowskie powinny zostać w Polsce zalegalizowane? Jacek Kochanowski - autor czwartkowego artykułu jest o tym przekonany. W piątek "Wyborcza" opublikowała "kontrę".
Polecamy Wam gorąco lekturę tego odważnego tekstu:
http://wyborcza.gazeta.pl/info/artykul.jsp?xx=955788&dzial=011101
A oto odnośnik do piątkowego artykułu pani psycholog (sic!) Zofii Milskiej-Wrzosińskiej:
http://wyborcza.gazeta.pl/info/artykul.jsp?xx=957404&dzial=011101
(red.)
moim zdaniem powinna jeśli chce naprawdę rzetelnie prowadzić ten temat i naprawić krzywdę jaką wyrządziła homoseksualistom... może krzywda to za mocne słowo, ale zgraja homofobów tylko czeka na takie pseudonaukowe głosy... i zamiast bliżej do normalności znowu krok wstecz...
Droga redakcjo,
przecztanie artykułu pani Zofii Milskiej-Wrzosińskiej pt. "Zrozumieć
homofoba" dało mi wiele do myślenia w kwestii tego, jak naprawdę myślą
ludzie, którzy deklarują postawę "jestem tolerancyjny ale ...".
Zacznijmy od samego tytułu, który dobitnie określa stanowisko autorki. Otóż
nie chce ona by ktoś nazwał ją homofobem -- mimo, że wyraża stanowisko
jednoznacznie nieprzychylne wobec mniejszości homoseksualnej. Pani
Wrzosińska nawołuje do wykazania zrozumienia wobec takiej postawy.
Przyjrzyjmy się temu apelowi bliżej. Słownikowa
definicja 'homofobii' powie nam o tym, że jest to nieracjonalny,
nieuzasadniony (!) strach przed osobami o orientacji homoseksualnej z ktorym
często łączy się niechęć a czasami agresja wyrażana w sposób mniej lub
bardziej jawny. Jeśli więc jest to strach nieracjonalny -- podobnie jak ten,
u podłoża ksenofobii, arachnofobii czy innych -fobii -- to nie ma tu nic do
rozumienia, to się nadaje do leczenia a nie do zrozumienia. Tak więc już na
starcie Pani Wrzosińska ustawia się w pozycji kogoś, kto bedzie
racjonalizował nieracjonalne zachowania. Zaiste dziwne posunięcie jak na
psychologa, który w codziennej praktyce zapewne spotyka osoby, ktore
racjonalizują zupełnie z punktu widzenia postronnego obserwatora
nieracjonalne fobie czy zachowania. Ciekawe czy za tak samo słuszne uznałaby
Pani Wrzosińska racjonalizowanie agorafobii czy lęku wysokości, czy raczej
jako doświadczony psychoterapeuta zajęłaby się leczeniem tak zaburzonej
osoby.
Wydaje mi się jednak, że Pani Wrzosińska użyła w tytule słowa 'homofob',
doskonale zdając sobie sprawę z konsekwencji konotacyjnych tego słowa.
Zastosowala tu znaną sztuczkę: wyprzedzić atak, samemu w to miejsce
uderzając. Polega ona na tym, że zainteresowany wiedząc, że można mu coś
zarzucić uprzedza atak i stawia się w 'czystej' pozycji. Trudno bowiem teraz
uczynić zarzut z tego, że Pani Wrzosińska wykazuje postawę homofobiczną,
przecież sama napisała że z takiej pozycji występuje. Żeby lepiej zobaczyć o
co w tym chwycie retorycznym chodzi proponuję słowo 'homofob' zamienić na
'rasista'. Czy artykuł pt "Zrozumieć rasistę", który prezentowałby postawę
rasistowską jako zupełnie racjonalną i uzasadnioną miałby szansę na ukazanie
się w Gazecie Wyborczej? Proszę wybaczyć jeśli mam zbyt wysokie zdanie o tej
Gazecie -- ale nie sądzę.
1. Nierzetelność argumentacji
W pierwszej części tekstu Pani Wrzosińska nawołuje do rzetelności w
argumentacji, z czym trudno jest się nie zgodzić aby dyskusja o
homoseksualiźmie miała jakikolwiek sens. Niestety sama autorka tekstu
wykazuje
daleko posuniętą ignorancję zarówno wobec najnowszych badań jak i tego, w
jaki sposób determinowane bądź nabywane są ludzkie cechy oraz zachowania.
Swoje pseudo-naukowe wywody najprawdopodobniej czerpie z wątpliwego pod
względem rzetelności
naukowej źródła jakim jest NARTH [1] -- organizacja skupiająca psychologów i
psychoterapeutów, którzy oferują homoseksualistom tzw. terapię reparatywną,
która jakoby miała zmieniać ich w heteroseksualistów. Wizyta na stronie
internetowej http://www.narth.com/docs/istheregene.html gdzie tok myślenia,
argumentacja oraz struktura tekstu wraz z podanymi przykładami jest
zaskakująco podobna do tego, co przedstawiła Pani Wrzosińska w częci
pierwszej swojego artykułu pozostawia mało wątpliwości, że autorka opiera
się na podanych tam informacjach jako źródle swoich naukowych wywodów.
Jeżeli tak jest, to przedziwnym zdaje się fakt, że Pani Wrzosińska woli
posługiwać się argumentami prezentowanymi
przez NARTH (ok 1,000 członków z czego ok 500 to profesjonalni
psychologowie i terapeuci) ignorując oświadczenia największej organizacji
skupiającej psychiatrów i psychoterapeutów American Psychiatric Association
(ok 132,000 członków), które wyraźnie stoi na stanowisku, że kwestia
orientacji seksualnej choć nie jest kwestią wystarczająco zbadaną to
istnieją wyraźne dowody pochodzące z najnowszych badań, że biologiczne
uwarunkowania, a w tym czynniki genetyczne bądź hormonalne, odgrywają
znaczącą rolę (http://www.apa.org/pubinfo/answers.html#whatcauses).
Nawet jeśli Pani Wrzosińska nie czerpała swoich argumentów z informacji
podawanych przez NARTH, to i tak podobieństwo między jej stanowiskiem a
stanowiskiem zajmowanym przez NARH nadal pozostaje oczywiste.
I już nawet pomijając to, które stanowisko jest bliższe prawdy -- taka
manipulacja dowodzi, że Pani Wrzosińska poprzez próby selekcjonowania faktów
na które się powołuje jest tak samo winna ideologizowaniu pewnych poglądów,
jak te środowiska homoseksualne, którym to zarzuca.
[1] Kwestia naukowej rzetelności tej organizacji może być łatwo podważona
przez podanie przykładu badań z 1997r przeprowadzonych na 860 klientach
poddanych terapi reparatywnej przez 200 psychologów skupionych w tej
organizacji. Badania te nie mogły zostać nigdzie opublikowane z powodu
przedstawienia jedynie subiektywnych przypadków zakończonych sukcesem wg.
psychoteraputów (źródło:
http://www.religioustolerance.org/hom_nart.htm#study).
Sprawa następna to kwestia orientacji seksualnej i zachowań seksualnych. W
swoim tekście Pani Wrzosińska wprawdzie pisze, że orientacja (czy jak to
nazywa tożsamość) homoseksualna i zachowania homoseksualne to dwie różne
sprawy, jednak w całej reszcie tego tekstu zdaje się sama nie odróżniać tych
dwóch pojęć. Popełnia ona klasyczny błąd traktując homoseksualizm jako coś,
co się 'robi' (zachowanie) podczas gdy homoseksualizm jest czymś, czym się
jest (orientacja). Nie od dzisiaj wiadomo, że orientacja niekoniecznie
przekłada się na zachowania; osoby o orientacji heteroseksualnej mogą z
różnych przyczyn wykazywać zachowania homoseksualne, tak samo jak osoby o
orientacji homoseksualnej -- zachowania hetero. Ale sa osoby homoseksualne,
zdrowe psychicznie, i nie mające urazów nadających się do leczenia
terapeutycznego, które realizują się emocjonalnie i rodzinnie z osobą tej
samej płci, nie dlatego, że jak Pani Wrzosińska pisze "wcześnie wyuczony
wzorzec uzyskiwania przyjemności seksualnej (tak się dzieje na przykład w
przypadku uwiedzenia nastolatka przez doświadczonego starszego
homoseksualistę) może być bardzo trwały" tylko dlatego, że jest to dla nich
jedyna naturalna forma realizowania potrzeb emocjonalnych takich jak miłość,
oddanie, przywiązanie itp. W tym miejscu, jak i w wielu innych,
homoseksualizm jest symetryczny do heteroseksualizmu. I oferuje takie samo
spektrum zachowań seksualnych jak heteroseksualizm -- od kompletnego
monogamizmu do rozwiązłości seksualnej.
Pozwolę sobie wrócić na koniec do kwestii rzetelności argumentów, których
Pani Wrzosińska używa w swoim artykule. Rozumiem, że osoba której tak na tej
rzetelności zależy sama stosuje się do rygorów akademickich w dyskusji.
Chętnie więc odniosę się krytycznie do kilku wypowiedzi autorki artykułu:
(a) "Genetycy twierdzą, że dziedziczyć można co najwyżej kolor oczu czy
grubość kości, a nie złożone zachowania i preferencje." -- czy wobec tego
Pani
Wrzosińska twierdzi , że heteroseksualizm też nie ma podłoża genetycznego,
czyli nie jest wrodzony u osób heteroseksualnych? Jak mi się wydaje
zachowania i preferencje heteroseksualne są bardzo złożone, ale według tego,
co Pani Wrzosińska napisała nie są wrodzone. Można z tego wyprowadzić prosty
wniosek, że są nabyte. Czy aby na pewno o takie wnioskowanie Pani
Wrzosińskiej chodzi?
A w kwestii tego, co i jak może być wrodzone -- proponuje Pani Wrzosińskiej
zapoznanie się z choćby podstawowymi tekstami z dziedziny genetyki: gdy
naprawdę poczyta się wypowiedzi genetyków to widać, że sprawy nie są wcale
takie proste jak usiłuje przedstawić to autorka artykułu. Najrzetelniejszą
wypowiedzią w tym przypadku jest stwierdzenie faktu, że genetycy jeszcze nie
wiedzą w jaki sposób geny warunkują złożone zachowania takie jak skłonność
do uzależnień czy przemocy.
(b) "Homoseksualistą może
też zostać osoba, która żadnych genetycznych predyspozycji nie ma, ale
została wcześnie uwiedziona (to bardzo częsta przyczyna homoseksualnej
orientacji), chce się spektakularnie zbuntować, obawia się odrzucenia przez
płeć przeciwną lub miała z nią bardzo niedobre doświadczenia. "
Na wywyzszym przykladzie bardzo dobrze widać, że mimo swojej wcześniejszej
deklaracji, Pani Wrzosińska nie stosuje rozróżnienia między zachowaniem a
orientacją seksualną. Homoseksualistą nie można 'zostać' -- można jedynie
zacząć wykazywać zachowania homoseksualne, które mogą wynikać z przyczyn
które wymieniła wyżej autorka, i jeśli wiążą się z zachowaniami
zaburzeniowymi lub/i patologicznymi można i wręcz należy poddać taką osobę
terapii w której odnalazłaby swoją własną tożsamość: homo bądź
hetero-seksualną. Jednakże gdy mamy do czynienia z osobami zdrowymi
psychicznie, realizującymi siebie emocjonalnie, intelektualnie i seksualnie
w związku z osobą tej samej płci nie można mówić o tym, że ktoś zostaje
homoseksualistą gdy na przykład po wielu latach zmagań z narzuconym
kulturowo przymusem heteroseksualizmu, odnajduje szczęście w związku z osobą
tej samej płci. Taki człowiek wraca do siebie, do własnej skóry, do własnej
tożsamości -- i po okresie zachowań heteroseksualnych, zaczyna realizować
siebie zgodnie z własną naturą.
(c) "Opisano wiele przypadków zmiany w kierunku orientacji heteroseksualnej,
nawet u osób z wieloletnim doświadczeniem homoseksualnym."
Aby trzymać się rygorów rzetelnej dyskusji należałoby podać jaki procent
stanowią 'nawróceni' homoseksualiści w stosunku do całej populacji
homoseksualnej oraz znów rozróżnić czy te przypadki dotyczyły osób o
orientacji homoseksualnej czy tych, które z takich czy innych przyczyn
zaczęły przejawiać zachowania homoseksualne. Bez podania tych danych ww.
argument jest czystą manipulacją i gołosłowiem. A żeby wszystko było jasne
Pani Wrzosińska i w tym przypadku manipuluje informacjami, nie podając
nawet, że istnieją poważne zarzuty wobec terapeutów, którzy prowadzą tzw.
terapie reparatywne, twierdząc, że każdy homoseksualista przy odrobinie
wysiłku i dobrej woli może stać się heteroseksualistą. Zarzuty te znów
zawarte są m.in. w oświadczeniu American Psychiatric Association z 1997 r.
(http://www.apa.org/pubinfo/answers.html#conversiontherapies).
2. Prawo do upodobań seksualnych to nie prawo obywatelskie
Ta część artykułu pani Wrzosińskiej odkrywa jej ignorancję i niekompetencję
w sprawach dotyczących homoseksualizmu.
Ignorancja pani Wrzosińskiej przejawia się w tym, że postrzega
homoseksualistów wyłącznie jako osoby "seksualne". O takim myśleniu świadczą
następujące wypowiedzi do kórych pozwolę sobie się odnieść nieco
szczegółowiej:
(a) "Realizowanie swoich pragnień seksualnych z partnerem tej samej płci do
niedawna było traktowane jako decyzja bardzo osobista, często niejawna, bo w
naszej kulturze sądzi się raczej, że zachowanie motywowane przede wszystkim
impulsami popędowymi (seksem lub agresją), zatem również takimi czy innymi
preferencjami erotycznymi, nie jest znakiem najwyższej cnoty. "
To pierwsza wypowiedź świadcząca o postrzeganiu homoseksualizmu wyłącznie
przez pryzmat seksualności. Częściowo winne są tu słowa, bo już w samej
nazwie 'homoseksualizm' czy 'heteroseksualizm' zawiera się taka optyka.
Jednak doświadczony terapeuta powinien zdawać sobie sprawę, że seksualizm to
tylko część orientacji -- zarówno homo jaki i hetero. Homoseksualizm nie
jest zachowaniem popędowym tak samo jak nie jest nim heteroseksualizm. I tak
samo w obu przypadkach mogą występować osoby, które kierują się w życiu
tylko i wyłącznie popędami -- ale tak w jednym jak i w drugim przypadku
zachowania takie uznalibyśmy za patologiczne. Pani Wrzosińska nie wspomina
choćby słowem o tym, że niejawność homoseksualizmu najczęściej wynika ze
strachu przed negatywną czy agresywną reakcją otoczenia na fakt, że dwie
osoby tej samej płci chcą spędzić razem życie.
Gdyby homoseksualizm był li tylko zachowaniem popędowym, nie mielibyśmy
żadnego problemu np. w kwestii legalizacji związków gdyż nikt by o taką
legalizacje nie zabiegał. Każdy homoseksualista zaspokoiłby swój popęd w
toalecie klubu gejowskiego i problem z głowy. Prawdziwy problem polega na
tym, że osoby o orientacji homoseksualnej, tak samo jak osoby o orientacji
heteroseksualnej, wchodzą w wieloletnie związki, tworzą rodziny i chcą mieć
zabezpieczenie prawne takie same jakie mają związki heteroseksualne.
(b) "Tymczasem kobieta głosząca fizyczny wstręt do mężczyzn
z ich obrzydliwymi wypustkami, za to zafascynowana kobiecym ciałem,
traktowana jest przez ideologów seksualnej poprawności jako ofiara
niesprawiedliwych utrudnień ze strony opresyjnego i przepojonego hipokryzją
społeczeństwa."
Ta wypowiedź może świadczyć o tym, że Pani Wrzosińska nigdy nie
rozmawiała z żadną kobietą o orientacji homoseksualnej. Bycie lesbijką nie
łączy się bowiem ze wstrętem do mężczyzn. Wstręt taki może występować
równolegle zarówno z orientacją homo jaki i hetero-seksualną i jako taki
może stanowić podstawę do psychoterapii. Podstawą orientacji homoseksualnej
u kobiet nie jest ani wstręt do męskiego ciała ani zafascynowanie ciałem
kobiecym, tylko głęboka więź emocjonalna, którą kobiety czują w związkach z
innymi kobietami. Ale o tym doświadczona Pani psycholog przecież wiedzieć
powinna,
gdyż mówienie, że lesbijka to nikt więcej niż kobieta głosząca wstręt do
mężczyzn i zafasynowana kobiecym ciałem, to jak mówienie, że kobieta
heteroseksualna to nikt więcej niż kobieta głosząca wstręt do kobiet i
zafascynowana ciałem męskim. Trywializacja prawda? Ja powiem więcej: czysty
absurd.
(c) "Otóż pragnienia wolno mieć różne, ale niekoniecznie ich realizacja jest
największą i uprawnioną wartością społeczną."
"Upodobanie seksualne nie jest nadrzędną wartością, a jeśli ktoś się nim
kieruje, nie musi mieć zagwarantowanego społecznie wsparcia i uprawnień do
jego zaspokojenia. "
I znów mamy do czynienia z ignorancją, wynikająca prawdopodobnie z tego, że
Pani Wrzosińska nigdy nie zadała sobie trudu by poznać, posłuchać i --
wreszcie-- usłyszeć co mówią osoby homoseksualne. Pragnienia i upodobania
oczywiście wolno mieć różne, ale pragnienia można mieć dopiero w obrębie, w
ramach danej seksualności -- i tak prawem obywatelskim niekoniecznie musi
być uprawianie seksu na stole kuchennym, lecz powinno nim być prawo do
zawierania legalnych związków niosących ze sobą przywileje i zobowiązania
wobec osoby z którą decydujemy się spędzić życie. Jeśli poszlibyśmy dalej w
analogie -- można by zapytać -- a po co legalne związki heteroseksualistom,
przecież pragnienia wolno mieć różne -- czy od razu musi być to kwestią
prawną? Jawny absurd oczywiście, ale widoczny dopiero wtedy, gdy zrozumie
się fakt, że orientacja seksualna to nie pragnienie czy upodobanie -- to
bardzo ważna część tożsamości. I rzeczywiście upodobanie seksualne w rodzaju
tego czy ktoś woli się kochać na podłodze czy pod prysznicem nie jest
nadrzędną wartością społeczną, lecz prawo do tworzenia rodziny z osobą którą
kochamy już powinna nią być.
Niekompetencja Pani Wrzosińskiej natomiast wynika z faktu, że jako psycholog
i psychoterapeuta powinna wiedzieć iż seksualizm zdrowego człowieka to część
jego ekspresji emocjonalnej -- a nie jak twierdzi Pani Wrzosińska "nadrzędna
wartość". Prosze sobie wyobrazić traktowanie ludzi heteroseksualnych tylko i
wyłącznie poprzez pryzmat ich seskualności. Wszystko co robią naznaczone
byłoby 'piętnem' seksualności poczynając od trzymania się za ręke na ulicy
po poważne wystąpienia publiczne. Tak właśnie traktowani sa homoseksualiści
przez większość społeczeństwa, które po prostu nie może sobie wyobrazić, że
coś co łączy dwóch mężczyzn czy dwie kobiety nie jest tylko i wyłącznie
popędem czy upodobaniem seksualnym ale miłością, przywiązaniem, oddaniem,
pragnieniem bycia z tą -- a nie inną -- osobą do końca życia.
3. Bezwzględne łowy
Czytając część trzecią artykułu Pani Wrzosińskiej cały czas odnosiłam
wrażenie, że napisała ją tylko po to aby ostatecznie i dobitnie wyjaśnić
wszystkim jak zdemoralizowani, rozpustni i zepsuci są homoseksualiści.
W pierwszym akapicie autorka pisze o niepokojach młodych ludzi związanych z
homoseksualizmem jak o zjawisku występującym na masową wręcz skalę. Wobec
deklarowanej chęci używania rzetelnych argumentów, prosiłabym bardzo o
podanie źródeł badań psychologicznych które takie lęki opisują wraz z
rozkładem na tle populacji młodych ludzi. Ja, muszę przyznać, takich danych
nie znam, lecz (prawdopodobnie podobnie jak Pani Wrzosińksa) z obserwacji i
rozmów z młodymi ludźmi nie widzę by ten lęk był jakoś szczególnie
rozpowszechniony.
Dalsza część tej sekcji artykułu to już nic innego jak demonizowanie
homoseksualistów -- i zarazem bardzo niesprawiedliwa generalizacja. Wydźwięk
tego fragmentu jest bardzo czytelnie negatywny i nie przedstawiając żadnej
wartości informacyjnej (o rzetelności argumentów nie mówiąc), ma za zadanie
przestrzec rodziców przed 'uwiedzeniem' dziecka przez rozpustnych gejów.
Retoryka w stylu: "łatwo jako "świeże mięso" znajdzie chętnych protektorów",
""doradcy" bez doświadczenia lub należącego do
homoseksualnego lobby", ""porada" zostaje wzbogacona zaproszeniem do klubu
na najbliższy weekend" brzmi podobnie do rozsiewanych tu i ówdzie plotek
jakoby Żydzi potrzebowali niewinnej krwi chreścijńskiej na macę.
I dla pełnej jasności -- nie mam żadnych wątpliwości, żę istnieją osoby o
orientacji homoseksualnej , które postępują w sposób opisany przez Panią
Wrzosińską, jednak istnieją też osoby heteroseksualne, które postępują
dokładnie tak samo. I w obu przypadkach jest to zachowanie godne potępienia
a prawdopodobnie też podlegające karom. I znów w tej patologii nie ma
różnicy między homo a hetero-seksualistami.
4. Inwazja w świat heteroseksualny
Ostatnia część artykułu Pani Wrzosińskiej poświęcona jest zachowaniom, które
jej zdaniem naruszają podstawowe normy społeczne -- czyli ceremonia ślubna
oraz adopcja dzieci.
Kwestia naśladownictwa ceremonii ślubnej par heteroseksualnych jest kwestią
mocno naciąganą. Nie jest bowiem prawdą, że sprawą pierwszej wagi w kwestii
zalegalizowania związków homoseksualnych jest to aby ceremonia ślubna
wyglądała tak jak u par heteroseksualnych; kwestią nadrzędną jest tutaj
bowiem zrównanie w prawach osób pozostających w wieloletnim związku bez
względu na płeć partnerów. W wypadku zalegalizowania związków homoseksualnch
będzie przewidziana pewna procedura w Urzędzie Stanu Cywilnego, a ceremonie
będą odbywać się w gronie przyjaciół i rodziny i zapewne bedzie ich tyle
rodzajów ile par biorących ślub -- podobnie jak jest z parami
heteroseksualnymi.
Myślę, że argument naśladowania par heteroseksualnych jest argumentem
zastępczym, argumentem mającym na celu ukryć głęboko zakorzenioną niechęć
autorki artykułu do osób i związków homoseksualnych.
I wreszcie argument ostatni przeciwko homoseksualizmowi: adopcja dzieci
przez pary homoseksualne -- został on przez autorkę artykułu zostawiony na
koniec prawdolpodobnie w myśl zasady: jeśli jeszcze was nie przekonałam, to
teraz na pewno
was przekonam. Argument można już powiedzieć koronny i wytaczany jako ciężka
artyleria na polu walki z homoseksualizmem. Problem z tym argumentem jest
jednak taki, że o adopcji najgłośniej krzyczą przeciwnicy homoseksualistów
roztaczając przed opinią publiczną katastroficzne wizje, tak jak to zrobiła
Pani Wrzosińska. Jeśli wypowiadają się o adopcji homoseksualiści to
przeważnie jest to albo w kontekście dyskusji, kiedy zostaną wprost
zapytani/zaatakowani albo wypowiadają się w tonie daleko ostrożniejszym niż
tu sugeruje Pani Wrzosińska. Nie dalej jak w czwartkowym wydaniu Gazety
Wyborczej Jacek Kochanowski dał temu wyraz mówiąc: "w Polsce nie ma obecnie
i długo nie będzie debaty na temat adopcji dzieci przez pary homoseksualne.
Jej podnoszenie jest wyłącznie sztucznym podgrzewaniem atmosfery. W chwili
obecnej dziecko adoptowane przez parę homoseksualną byłoby z pewnością
negatywnie naznaczane, co byłoby obarczaniem małego człowieka ciężarami
nieprzeznaczonymi dla niego." Od dłuższego czasu przysłuchując się
wypowiedziom gejów i lesbijek na temat adopcji dzieci muszę przyznać, że
często słyszę w ich wypowiedziach o wiele więcej troski o dobro dziecka niż
w wypowiedziach osób "tolerancyjnych, ale ...", które głownie co robią, to
na każdym kroku obnażają
swoje zaślepienie i ignorancje w sprawach, które dotyczą homoseksualistów.
I na koniec słowo podsumowania. Dwa ostatnie artykuły o homoseksualistach w
Gazecie Wyborczej -- artykuł Jacka Kochanowskiego oraz Zofii
Milskiej-Wrzosińskiej stanowią bardzo ważny krok w stronę upublicznienia
rzetelnej debaty o homoseksualiźmie. Rozumiem też, że celem redakcji było
pokazanie dwóch różnych stanowisk w tej debacie. Szkoda jednak, że w roli
eksperta wystąpiła osoba, ktorej poziom argumentacji daje wiele do życzenia.
Smutne jest to, że wiele osób przeczytawszy artykuł Pani
Milskiej-Wrzosińskiej, może mieć poczucie, że przeczytało naukowy artykuł,
który dowiódł, że ich uprzedzenia i nietolerancja wobec homoseksualistów są
zupełnie na miejscu, w końcu mają podkładkę w postaci wypowiedzi psychologa.
Zapominamy tylko, że psychologowie to też ludzie i tak samo mają różne
poglądy -- czasami słuszne czasami błędne. Chciałabym wierzyć, że Pani
Wrzosińska w swoim artykule daje wyraz jedynie swoim wlasnym uprzedzeniom,
jednak czeste wymachiwanie plakietką psychologa w celu umocnienia swojej
argumentacji każe niestety domniemywać, że występuje ona z pozycji eksperta
obeznanego z tematyką. Dla kontrastu -- artykuł Jacka Kochanowskiego nie
pozostawia cienia wątpliwości w czyim imieniu on mówi. Jeśli Gazeta Wyborcza
miała na celu przedstawienie tylko i wyłącznie opinii Pani Wrzosińskiej, to
zrobiła to niestety w sposób, który może bardzo zaszkodzić powolnemu
procesowi tolerancji dla ludzi homoseksualnych. Jeśli jednak chodziło o
opinię eksperta, to wybór Pani Wrzosińskiej jako psychologa był zupełnie
nietrafiony, gdyż wykazała ona w swoim artykule dużą dozę manipulacji i
niekompetencji w obrębie tematu na który zabrała głos.
Dla pełnej jasności sprawy pragnę dodać, że pisząc odpowiedź na artykuł Pani
Wrzosińskiej występuję tylko i wyłącznie we własnym imieniu.
Kończąc tę polemikę pozostaje z nadzieją, że polska debata o
homoseksualiźmie może wreszcie wyjdzie poza barwne opisy klubów gejowskich
oraz szafowanie uprzedzeniami na prawo i lewo, a zacznie naprawdę dbać o
rzetelną argumentację.
Autorka pisze, że im głośniej rozbrzmiewa pogląd, że każda orientacja seksualna jest tak samo dobra i naturalna, tym większa rezerwa nawet nieuprzedzonej i niekonserwatywnej części społeczeństwa. Czyli mamy siedzieć cicho, i wtedy możemy zostać zaakceptowani? Nie - autorka proponuje po prostu zasadę, którą wprowadził niedługo po wyborze na pierwszą kadencję prezydent Bill Clinton w stosunku do gejów w amerykańskiej armii. „Don’t ask, don’t tell”. Możecie chodzić ze sobą do łóżka, ale nie chcemy o tym wiedzieć. Możecie się pocałować, byle nie przy nas! Jeśli się do siebie przytulicie, odwrócimy się do was plecami. Mieszkajcie sobie razem - jeśli ktoś zapyta, to powiemy, że wszyscy studenci mieszkają razem żeby było taniej. Po studiach powiemy, że to taka męska przyjaźń, albo że zdziwaczeliście na starość.
To nie jest żadna tolerancja. To otwarte przyznanie, że lepiej, by nas nie było.
Kwestia genetycznej czy środowiskowej determinacji homoseksualizmu to odgrzewany i niestrawny kotlet. Przecież nie ma to żadnego znaczenia czy urodziłem się gejem, czy takim się stałem. Cóż to za różnica? Ważne jest to, że swojej orientacji seksualnej nie mogę zmienić. Nie wiem, skąd Milska-Wrzosińska wzięła swoje przykłady na reorientację. Z mojej obserwacji wynika, że nie jest to zasadniczo możliwe, a jeśli ktoś jest w mniejszym lub większym stopniu biseksualny, to jasne, że czasem może zainteresować się kobietą, ba, nawet z nią związać na całe życie. Tak samo, jak może związać się z mężczyzną. Takie przypadki to jednak nie dowód na to, że orientację seksualną można zmienić.
Uwiedzenie jako przyczyna homoseksualizmu? Być może. Ale takich przypadków chyba nie jest aż tak dużo. Doskonale sobie za to zdaję sprawę z tego, że wiara w to, że ktoś syna uwiódł, dlatego spotyka się on teraz z facetami, jest zwykle matczyną próbą zdjęcia „odpowiedzialności” za homoseksualizm tak z syna, jak i z samej siebie. Nasze społeczeństwo tak doskonale wyrobiło w sobie pogląd, że gejem zostaje się przez uwiedzenie, że ogromna jego część reaguje histerycznie na zainteresowanie mężczyzny dzieckiem. Ja również, niestety. Nie dalej jak wczoraj w metrze obok mnie siedziała matka z może rocznym ślicznym dzieckiem, nie wiem nawet jakiej płci. Mimowolnie uśmiechnąłem się do tych dużych ufnych oczu. Zaraz potem uprzytomniłem sobie, jak bardzo niestosowne może się to niektórym wydać.
Szanowna Pani, proszę przyjąć do wiadomości, że mnie, jak i znakomitej większości gejów, nikt nie uwiódł. Ani mężczyzna, ani kobieta.
Milska-Wrzosińska pisze: „Wyznawcy mitu o genie homoseksualizmu głoszą, że wchodzenie w związki z osobami tej samej płci nie jest wyborem, lecz genetyczną koniecznością, a tendencja ta jest niezmienna i nieodwracalna. Otóż nie jest to prawdą”. Czyli jednak mój homoseksualizm to mój wybór? Wybrać mogę sobie, faktycznie, partnera seksualnego. Mogę wybrać blondyna zamiast bruneta, mężczyznę 20- albo 30-letniego. Nie mogę natomiast wybrać kobiety zamiast mężczyzny, ponieważ nic mnie do kobiety nie ciągnie. Mój homoseksualizm to, według autorki, skutek słabej identyfikacji z własną płcią lub lęku przed płcią przeciwną. Otóż słabą identyfikację z własną płcią mają transseksualiści. Ja natomiast jestem mężczyzną i świetnie mi z tym. Poza tym nie boję się kobiet, tylko po prostu mnie one nie interesują seksualnie. Są neutralne, jak dla heteroseksualisty inny mężczyzna. Autorka jednak twierdzi, i dla wielu - niestety - będzie to twierdzenie przekonujące, że jestem troche psychicznie zwichnięty, albo uparłem się, jestem głupi albo krnąbrny. To są właśnie mity, które szczególnie w Polsce utrudniają gejom życie, bo wsiąkają w ludzi, którzy nie mają czasu ani ochoty roztrząsać tematu, za to reagują pozytywnie na autorytet psychologa.
Wreszcie w połowie artykułu dotyka Milska-Wrzosińska sprawy fundamentalnej, i jak sama pokazuje, kompletnie niezrozumiałej dla większości. Pisze: „Realizowanie swoich pragnień seksualnych z partnerem tej samej płci było decyzją często niejawną, bo w naszej kulturze sądzi się raczej, że zachowanie motywowane przede wszystkim impulsami popędowymi (seksem czy agresją), zatem również takimi czy innymi preferencjami erotycznymi, nie jest znakiem najwyższej cnoty.” Dalej mówi autorka, że upodobania seksualne nie są nadrzędną wartością, a jeśli ktoś się nim kieruje, nie musi mieć zagwarantowanego społecznego wsparcia i uprawnień do jego zaspokojenia. Nad dalszą częścią żałosnego wywodu autorki na temat wyuzdania mężczyzn, którzy wybierają młodsze od siebie partnerki, spuszczę litościwie zasłonę milczenia, ale cały on świadczy tylko o jednym - Milskiej-Wrzosińskiej wszystko kojarzy się z seksem. Seks jest może jedną z najważniejszych spraw w życiu człowieka, ale przecież nie jestem gejem dlatego, że chodzę do łóżka z mężczyzną, albo dlatego że mi się tak podoba. Jestem gejem, bo tak mi mówi serce! Jestem gejem, bo kocham mężczyznę, a nie dlatego że się z mężczyzną przespałem! Chcę nim być, dzielić z nim życie. Chcę się z nim cieszyć i martwić. To jest kwestia uczuć, a nie tylko popędu.
W kwestii wychowywania dzieci przez gejów paranoja i zakłamanie w społeczeństwie doszły do takiego stopnia, że już nawet środowisko gejowskie w Polsce jest na tym tle niezwykle mocno podzielone. Pozwolę sobie to zjawisko w nich nazwać, za niektórymi psychologami, uwewnętrznioną homofobią. Zostaliśmy tak wychowani, że jesteśmy w stanie zbuntować się tylko trochę, a w ramach kompromisu część bzdur zaakceptować, a nawet wypisać na własnych sztandarach.
Jest wielu złych rodziców na świecie. Gdyby były same kochające siebie i dzieci heteroseksualne pary, nie byłoby tylu dzieci opuszczonych, zostawianych w sierocińcach. Ja wiem, że może to się nie mieścić w głowie jeśli się tego nie widziało, ale dwóch mężczyzn naprawdę potrafi stworzyć ciepłe i bezpieczne warunki, psychiczne jak i materialne, do pielęgnacji swojej miłości, i w tym warunkach chyba lepiej byłoby wielu dzieciom niż w sierocińcach. Już słyszę te oświecone głosy, że przecież dziecko będzie szykanowane, bo społeczeństwo nie zaakceptuje dziecka, które ma dwóch ojców lub dwie matki. To niech zaakceptuje! Czy tym dzieciom działaby się krzywda? Jestem pewien, że odsetek dewiantów i zwyczajnych idiotów, którzy się o swoje i cudze dzieci nie troszczą lub je krzywdzą, jest podobny w hetero- i homoseksualnej części społeczeństwa. Na szczęście większość ludzi stara się zapewnić swoim dzieciom jak najlepsze warunki rozwoju.
No tak, ale na pewno geje uwiodą natychmiast swojego 2-letniego syna i zrobią z niego przykładnego pedała - nawet jeśli taka opinia nie jest wyartykułowana, to kołacze się po głowach większości heteroseksualnych i mniejszości homoseksualnych Polaków. Otóż dla znakomitej większości wszystkich zwierząt i ludzi atrakcyjne seksualnie są osobniki dojrzałe seksualnie.
Czasem Milska-Wrzosińska brzmi jak moja własna matka. „Wielu młodych chłopców - potulnych synów nadopiekuńczych mam - buntuje się przeciw wartościom rodzinnym i ogłasza gejami. Jeśli taki chłopak zacznie szukać pomocy czy kontaktów na przykład w internecie, łatwo jako „świeże mięso” znajdzie chętnych protektorów - być może bez jakichkolwiek genetycznych uwarunkowań - utknie w ekscytującym środowisku”. Przede wszystkim, jak to „być może bez uwarunkowań”? Odniosłem wrażenie już w początkowych akapitach, że w tej sprawie autorka ma jasne zdanie - genetyczne uwarunkowania w ogóle odpadają! Skąd to rozdwojenie jaźni?
Wielu, pewnie większość, gejów najpierw odkrywa w sobie pociąg do tej samej płci, a dopiero potem szuka kontaktu z innymi gejami. Poza tym jeśli ten gej-nie gej nie jest tak naprawdę homoseksualistą, tylko robi z tego sztandar przeciw swojej rodzinie, to cóż takiego ekscytującego widzi w środowisku gejowskim? Jakoś brak tu spójności w wywodzie pani psycholog.
Najważniejsze dla geja i jego rodziny nie jest to, by walczyć z czymś, co zwalczyć się nie da, ale by pogodzić się z orientacją
dziecka i pomóc mu przyjąć postawę odpowiedzialną, promować stałość uczuć i związku. Wtedy naprawdę nie będzie różnicy w statystyce trwania związków pomiędzy parami hetero- i homoseksualnymi. Wtedy też więcej gejów będzie bardziej trzeźwo patrzyło na potencjalnego partnera, a nie rzucało się na pierwszego lepszego z czystej desperacji i samotności. Wtedy również mniej gejów będzie zarażało się wirusem HIV choćby dlatego, że będą czuli się akceptowani i kochani przez rodzinę, znajomych, społeczeństwo, i nie będą musieli szukać akceptacji i miłości w coraz to nowych ramionach. Tymczasem to, co Milska-Wrzosińska robi, to utwierdzanie matek gejów w przekonaniu, że nie wszystko stracone, że jeszcze można coś z tym zrobić. Zdaje się mówić „Walczcie z tym, idźcie do dobrego psychologa, nie dajcie sobie wmówić, że to normalne. Ciosajcie im kołki na głowie, wierćcie im dziurę w brzuchu, a wtedy znajdą upragnioną żonę”.. Znam dzieciate żony takich niby-nawróconych, ale tak naprawdę 100-procentowych gejów. Nie chciałbym być w ich skórze.
Za to one chcą chyba być oszukiwane, że mąż faktycznie jedzie na służbową konferencję. Matki pewnie chcą być oszukiwane, że w związku syna wszystko świetnie, bo przecież ma wreszcie tę żonę i może nawet dziecko. A inni, których to nie dotyka bezpośrednio, wolą o niczym nie słyszeć - żeby tylko nie zmęczyć się przemyśleniem sprawy, byle tylko nie musieć swoich irracjonalych lęków konfrontować z rzeczywistością. Jak już ci geje chcą, to niech robią te świństwa w ciszy swojego domu i niech się cieszą, że nie ma na to paragrafu.
Otóż wszystkim należą się takie same prawa i obowiązki. Od obowiązków się nie uchylamy, ale praw żądamy i żądać będziemy. Nie chcemy być traktowani specjalnie, tylko tak jak inni - chcemy żeby związki homo i heteroseksualne, oparte na takiej samej przecież miłości, były dla społeczeństwa i w świetle prawa, którym się ono kieruje, traktowane tak samo. I naprawdę nie musi się to nazywać małżeństwem. Niech się nazywa jak chce. Ważne, żeby można było w tym kraju czuć się normalnie, a nie tylko ukrywać. Milska-Wrzosińska pyta „Co wolno gejom?” Chcemy, aby gejom wolno było dokladnie to, co wolno wszystkim w tym kraju. To nie jest wcale zbyt wygórowane żądanie.
Nawiasem mówiąc może ktoś kojarzy, że Milksa-Wrzosińska to ta sama pani, która swego czasu apelowała o "radosną akceptację" stereotypów i nierównej sytuacji obu płci i pisała mniej więcej, że normalna kobieta to kobieta żyjąca w związku hetero - w przeciwstawieniu do lesbijek, dziewic i samotnych - i tylko taka ma prawo wypowiadać się na tematy dotyczące kobiet.
Ale niestety jej homofobia przebija wszystko...
Tak wygląda dyskusja na temat homoseksualizmu w polskim życiu publicznym. Pozory obiektywizmu. A nieraz wręcz głosu rozsądku brak, czytałam na tejże stronie o jakiejś audycji. Powiedzcie wreszcie: "NIC O NAS BEZ NAS!"
Jestem zbulwersowany i oburzony ohydnie homofobicznym artykułem w piątkowej GW.
To naprawdę skandal, aby taka gazeta jak GW publikowała artykuł kogoś, kto nie odróżnia
podstawowych pojęć z zakresu ludzkiej seksuologii.
Hipokryzja GW jest obrzydliwa i ohydna! Tekst w piatkowej GW jest dla naszej społeczności obraźliwy.
Proponuję, nagłośnić ten incydent, aby nie pozostał bez echa.
Byłoby świetnie aby największe polskie organizacje gej/les wystosowały oficjalny protest przeciwko
zamieszczaniu podobnych tego typu tekstów, najlepiej do samej GW jak i do autorki tego tekstu.
Przydałoby się wysłać podobne protesty do różnych mediów w Polsce aby sprawa została nagłośniona.
Tylko w ten sposób, reagując na najmniejsze przejawy homofobii, możemy wykorzenić ciagle tkwiącą w Polsce
ciemnotę i niczym nieuzasadnioną zaściankowość.
Pozdrawiam!