Reakcja na dyskusję w Gazecie Wyborczej
Piszemy ten list w imieniu ILGCN, Międzynarodowego Stowarzyszenia Gejów i Lesbijek na Rzecz Kultury w Polsce. Jest on reakcją na opublikowany dnia 01.08.2002 r. artykuł pani Zofii Milskiej-Wrzosińskiej pt. "Zrozumieć homofoba". Kontrowersje wokół kwestii homoseksualizmu są spore, a poglądy obu stron są świetnie znane i wyeksploatowane w niejednej debacie poświęconej temu tematowi. Gdyby chodziło tylko o różnice poglądów - być może ograniczylibyśmy się do krótkiego sprostowania, używając znanych już wszystkim argumentów. Jednak pogardliwy ton i wymowa tekstu pani Milskiej-Wrzosińskiej zszokowały nas do tego stopnia, że pozwoliliśmy sobie na nieco dłuższy wywód.
Nie jesteśmy - jak pisze pani Wrzosińska - "wyznawcami genu homoseksualizmu". Sami nie wiemy, dlaczego mamy takie a nie inne upodobania i skąd one się wzięły. Wiemy za to, że najczęściej są one niezmienne i - bez względu na ich genezę - nie poddają się one próbom zmian. Większość z nas ma za sobą walkę z własnymi uczuciami i nieudane próby dostosowania się do heteroseksualnych wzorców. Nie jest to jednak wszystko - bo jeśli nawet byłoby tak, że pozostawanie w jednopłciowym związku nie jest w żaden sposób zdeterminowane, ale jest wyborem - cóż wtedy? Czy w demokratycznym państwie nie mamy prawa dokonywać wyborów życiowych partnerów w taki sposób, który czyni nas szczęśliwymi?
Pani Zofia Milska-Wrzosińska posługuje się argumentem niepewności genetycznego uwarunkowania homoseksualnych preferencji, powołując się na opinię, że dziedziczyć można co najwyżej kolor oczu czy grubość kości. Nikt z nas nie kwestionuje faktu, że homoseksualizm jest kwestią złożoną, na którą wpływ mają najróżniejsze czynniki. Jednak operowanie tylko takim argumentem - a potem jego zbijanie - powoduje szkodliwe dla obu stron konsekwencje. Po pierwsze, fakt, że coś nie jest uwarunkowane genetycznie nie oznacza wcale - a taki podtekst ma stosowanie w/w argumentu - że podlega to zmianom. Jeśli matka pije podczas ciąży i dziecko rodzi się słabe i chorowite - co ma wpływ potem na całe jego życie - jest to też cechą nabytą. W potocznym rozumieniu homoseksualizm nabyty jest fanaberią i kaprysem, który można - jeśli tylko się chce - wyleczyć. Wiadomo, że każda preferencja ma jakieś środowiskowe uwarunkowania; kobiety często wybierają na mężów partnerów podobnych do swoich ojców - i nikt ich nie leczy. Śmieszne byłoby wmawianie takiej kobiecie, że wyszła ona za mąż za wysokiego szatyna jedynie dlatego, że przypomina jej np. ojca czy ukochanego wujka z dzieciństwa, a tak naprawdę lubić powinna niskich blondynów! Taki paradoks jednak powstaje, gdy zaczyna się żonglować argumentami cech "nabytych" i "wrodzonych".
Czy większym szacunkiem darzyłaby nas Autorka artykułu, gdybyśmy byli - a to nie jest przecież przesądzone - ślepymi ofiarami genów? Owszem, można próbować zrozumieć homofoba. Dlaczego jednak nie na przykład antysemitę? Wszak przynależność do związków wyznaniowych nie jest uwarunkowana genetycznie; czemu więc niektórzy upierają się przy kultywowaniu w naszym kraju niepolskich obyczajów i jeszcze - o zgrozo!- wychowują tak swoje dzieci? Czy nie wiedzą, że będą one dyskryminowane w szkole, wytykane palcami jako "inne", będą się różnić od swoich rówieśników? Czemu więc nie dostosują się do większości, ale jeszcze domagają się równych praw? Przecież nie są uwarunkowani biologicznie, nie wiążą ich geny!
Sprawą drugą jest niezrozumienie przez Autorkę definicji homoseksualizmu; pojęcie "kobiety głoszącej fizyczny wstręt do mężczyzny z ich obrzydliwymi wypustkami" nie jest zgodne z definicją podaną w literaturze tematu. Fizyczny wstręt do męskich wypustek jest karykaturalnym mitem, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Nie jest się lesbijką, dlatego, że czuje się wstręt do mężczyzn - ale dlatego, że czuje się pociąg - nie tylko seksualny - do kobiet. Z pewnością Pani Milska-Wrzosińska zna definicję J. Moneya, dla którego granica między indywidualną homofilią i heterofilią nie jest dwubiegunową dychotomią, lecz dwoma równoległymi aspektami orientacji. I tak, u osób zorientowanych homoseksualnie poziom heterofilii jest niski przy jednoczesnym wysokim poziomie homofilii, u osób heteroseksualnych zaś - na odwrót. Powtórzmy - jednoznaczny wstręt do płci odmiennej - o jakim pisze pani Milska- Wrzosińska - jest mitem.
Rzecz następna - zawieranie związków przez homoseksualne pary wzbudza kontrowersje, temu nie możemy zaprzeczyć. Nie każdy musi akceptować takie wybory, mamy przecież demokrację. Jednak zszokowani do głębi jesteśmy pogardliwym tonem pani Milskiej -Wrzosińskiej, która komentuje, cyt.: "dwie kobiety w ślubnych welonach wymieniające namiętny pocałunek nad tortem weselnym to nie tylko ot, taka sobie ciekawa obyczajowa nowinka. Mężczyźni ślubujący sobie przy użyciu dobrze i od wieków znanych słów przysięgi małżeńskiej mogą mimo woli obrażać najgłębsze uczucia ludzi, którzy tę przysięgę składali w zgoła odmiennych okolicznościach.". Dalej, Autorka tekstu używa słowa "profanacja". Jakże to dla nas bolesne! To bardzo boli, usłyszeć, że nasza miłość i jej przysięga może "mimo woli" być dla innych "szyderczą kpiną". Jakim cudem tak okrutne, nieludzkie wręcz słowa wypowiada psychoterapeutka? Tradycyjne formy ślubne profanowane są cały czas - przez ludzi zawierających związki z cynicznych pobudek, dla pieniędzy, interesu - dlaczego więc ich obrazą stać się ma miłość dwojga odpowiedzialnych, dorosłych osób, których jedynym przestępstwem jest to, że są tej samej płci?
Dalej, rozdmuchany sztucznie problem adopcji dzieci - to też jest sprawa do dyskusji, chociaż od dłuższego czasu, przy każdej okazji mówimy, że homoseksualiści w Polsce dzieci adoptować nie chcą. Jednak i tutaj nad merytoryczną dyskusją górują emocje - oto Autorka artykułu przejawia - w imieniu dziecka wychowywanego w "jednopłciowym stadle" ( cyt.) - cyniczną uwagę, że oto nie wiadomo dokładnie, czemu ono powstało? Żeby "jednopłciowe stadło" miało "cel i zajęcie", "opiekę na starość"? Bo przecież - jak dalej pisze Autorka - "nie jest ono fizycznym wyrazem związku dwóch osób". Czy nie zdarza się tak i w heteroseksualnych związkach? Domy dziecka pełne są porzuconych maleństw, których heteroseksualni rodzice nie sprostali obowiązkom - dlaczego więc akurat nam sugeruje się tak niskie pobudki, tak podłe intencje?
Inną rzeczą jest dyskusja merytoryczna, inną jednak danie się ponieść emocjom, czego wyrazem są - oprócz w/w komentarzy - takie określenia jak: bezwzględne łowy, homoseksualne lobby, kaptowanie, szydercza kpina, homoseksualny janczar, inwazja w świat heteroseksualny. Czy takie określenia powinny padać z ust osoby zajmującej się psychoterapią, która z wielkim szacunkiem i ciekawością winna wchodzić w świat innych ludzi i pomagać im odnaleźć siebie?
Określenia użyte w cytowanym tu artykule są dla nas wstrętne, dehumanizujące. Nie mówimy o samych poglądach pani Zofii Milskiej-Wrzosińskiej, choć i z nimi moglibyśmy polemizować. Nie chcemy jednak bić piany kolejną, nic niewnoszącą wymianą zdań, która łudząco podobna byłaby do wszystkich wcześniejszych dyskusji na ten temat. Nie różnica poglądów stała się dla nas bodźcem do napisania niniejszego listu; ale przebijająca z każdego słowa pani Wrzosińskiej pogarda; pogarda niegodna psychoterapeutki, niegodna człowieka.
Warszawa, 7 sierpnia 2002
Zarząd
Międzynarodowego Stowarzyszenia
Gejów i Lesbijek na Rzecz Kultury w Polsce
co jak co, ale nie wszyscy potrafią pewne rzeczy tak do razu zrozumieć...niektórym trzeba to podawac na przysłowiowej tacy..
no ale cóż. Wszystko idzie w dobrą stronę...:)
Kolejne artykuły w GW...nawet pomimo sezonu ogórkowego- dyskusja już się zaczęła...
pozdrawiam serdecznie
Artykuły te to ,,woda na młyn'' dla naszych przeciwników, ale oby z czasem ta woda ich zatopiła... a nagłośnienie sprawy tylko przyspieszy ten proces (miejmy nadzieję!).
Do jasnej cholery. Przeciez normalny czlowiek czegos takiego nie pisze na powaznie !!!
Mysle jednak - po przetrawieniu tego trudnego tekstu - ze jest to rodzaj celowej prowokacji anty-anty-homoseksualnej (chociaz nie jestem tu do konca przekonany).
Jawne i otwarte - publiczne odwolywanie sie do najgorszych homofobicznych uprzedzen i stereotypow - moze paradoksalnie - odniesc skutek wrecz przeciwny - anty-homofobiczny.
Czy chodzi tu o "pokonywanie" homofobii jej wlasna bronia ?...
Intencje autorki pozostaja dla mnie nadal tajemnica...
z pozdrowieniami
Wojtek
P.S.
Tresc listu do Michnika bardzo mi sie podoba.