List Marcina Łakomskiego do Rzeczpospolitej
Szanowna Redakcjo! Jestem zbulwersowany zamieszczonym w dzisiejszym numerze „Rzeczpospolitej” (nr 49, 27 lutego 2002 r.) wywiadem z „księdzem Józefem Augustynem, jezuitą, teologiem”.
W rozmowie Józef Augustyn przyjmuje za oczywistość, że „zachowania homoseksualne to jest materia grzechu”. Augustyn jako katolicki duchowny może oczywiście zajmować kategoryczne stanowisko w sprawie grzeszności stosunków homoseksualnych, byłoby jednak lepiej, gdyby doktryny swojego kościoła nie uzasadniał pseudonaukowym żargonem. Oto próbka pop-psychologii w wykonaniu Augustyna:
„Po prostu wówczas [w XIX i na początku XX wieku] rodziny były zdrowe, jasno określone były role ojca i matki. Środowisko męskie nie rodzi homoseksualizmu. Homoseksualizm to zachwiany stosunek do własnej męskości, którego źródłem jest zachwiana relacja do ojca i matki. To ona rodzi dezorientację w stosunku do swojej osoby. Taki człowiek nie wie, kim jest jako mężczyzna, i przez sklejenie się z drugim mężczyzną chciałby się tego dowiedzieć. Ale to jest droga donikąd, bo nie można wzmocnić swojej męskości, klejąc się do drugiego mężczyzny.”
Po analizie podłoża homoseksualizmu (opartej na strywializowanej wersji dawno zdezaktualizowanych teorii psychologicznych, podanej w sosie absurdalnej terminologii – patrz „sklejenie”), Józef Augustyn dopełnia obrazu osoby homoseksualnej, popadając w ton głębokiej troski:
„Dochodzi do tego brutalność emocjonalna, bo aktywny homoseksualista często nie kontroluje się, doprowadza do skandalu. Towarzyszy temu atmosfera wewnętrznej walki - takie osoby ciągle żyją w niepokoju.”
Nie wiadomo, skąd Augustyn czerpie informacje o „brutalności emocjonalnej”; szkoda natomiast, że nie analizuje przyczyn „wewnętrznej walki” i „ciągłego niepokoju” osoby homoseksualnej. Czyżby wynikały one z nietolerancji, dyskryminacji i odrzucenia osób homoseksualnych przez społeczeństwo i rodzimy kościół Augustyna? Nie, przecież, jak twierdzi Augustyn:
„To poza Kościołem jest dziś promocja homoseksualizmu i ona również wpływa na tych młodych, u których występują pewne skłonności. Kościół jest częścią społeczeństwa. W przeszłości nie było takiego problemu w Kościele, bo nie istniał taki problem społeczny.”
Twierdzenie o „promocji homoseksualizmu” w kraju, w którym osobom homoseksualnym odmawia się podstawowych praw obywatelskich (vide niedawna dyskusja o propozycji wprowadzenia ustawy o konkubinacie), w którym „pedał” to jedno z najgorszych wyzwisk, w którym żadna osoba publiczna nie odważy się dokonać coming outu – to jawna kpina lub oznaka szczególnej ignorancji. A obwinianie „problemu społecznego” (czytaj: promujących się homoseksualistów) o tworzenie „problemu w Kościele” jest chyba tylko dowodem hipokryzji rozmówcy „Rzeczpospolitej”.
Nie pierwszy to głos przedstawiciela polskiego kościoła katolickiego ubliżający osobom homoseksualnym, określający ich styl życia mianem „problemu” czy „choroby”. Chyba najwyższa pora uświadomić sobie, że takie akty wrogości i nietolerancji, nakręcające atmosferę społecznej niechęci do osób homoseksualnych, niewiele mają wspólnego z głoszoną przez katolików zasadą miłości bliźniego.
Z poważaniem, Marcin Łakomski