"Niech nas zobaczą" znaczy też: "Niech nas uszanują"
W tygodniku "Przegląd" (wydanie z 1 czerwca 2003) ukazał się godny polecenia tekst Bożeny Unińskiej zatytułowany "Geje jak heretycy" - Jeśli ma się poglądy inne, niż sugerują autorytety Kościoła, to jest się byle kim. Autorka, która jest poetką i pisarką (pisze pod pseudonimem Bożena Keff), wykłada na tzw. Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim (Badania nad Społeczną i Kulturową Tożsamością Płci) pisze między innymi:
Piotr Semka w "Rzeczpospolitej" (28.04.2003 r.) w artykule "Wolność na wyłączność?" nie chce uszanować homoseksualistów. Uważa, że chodzi o "lansowanie" homoseksualizmu i homoseksualnego stylu życia. "Lansowanie" to tyle, co sprawianie, że jakaś rzecz stanie się godna pożądania, modna, że stworzy się na nią popyt. Jak lansowany jest homoseksualizm? Przez pokazanie wizerunku homoseksualisty. "Same zdjęcia nie są drastyczne - pisze Semka - ale ich przesłanie - lansowanie normalności seksualnego związku dwóch osób tej samej płci - jest nie do przyjęcia". Jak więc tego nie lansować? By nie lansować, wystarczy nie pokazywać. Aha! I zasadniczo geje i lesbijki powinni cieszyć się z tego, że ich środowiska nie są inwigilowane przez milicję, jak to bywało w PRL, i że są "legalni" w tym znaczeniu, że ich aktywność nie podlega karze. Poza tym Semka odwołuje się do przemaglowanych już na wszystkie strony argumentów o tym, że homoseksualne związki są nietrwałe i że nie ma pewności, czy aby homoseksualizm jest wrodzony (a jak nie, to co, nie wolno mi wybrać, tak jak chcę?). A nie pytamy przecież, czy heteroseksualizm danej osoby jest wrodzony i nie dlatego heteroseksualiści mogą zakładać rodziny, że obdarowano ich tą możliwością w nagrodę za ich skłonność do trwałych i bosko harmonijnych związków. Homoseksualistom w oczach Semki i tak nic nie pomoże, więc szkoda gadania i lepiej od razu przejść do rzeczy: "Negatywny stosunek do homoseksualizmu jako lansowanego stylu nie wynika - jak pisze Semka - z jakiejś ideologicznej nienawiści, lecz właśnie z poważnego traktowania chrześcijańskiego pojęcia prawdy i wolności rozumianej jako uwolnienie człowieka od złych skłonności, by mógł czynić dobro". Ciekawe, jak odróżnić "ideologiczną nienawiść" od nieideologicznego potępiania nieznanych sobie ludzi na podstawie ich orientacji seksualnej? Ci ludzie po prostu mają skłonność do złego, tak stwierdza autor. A czy twierdzimy tak na podstawie ideologii, czy czystej miłości chrześcijańskiej, to już wszystko jedno. Heretyków i czarownice palono i dla dobra powszechnego, i po to, by pomóc ich duszom, jak może ktoś jeszcze pamięta. I niekoniecznie z nienawiści. A najgorsze jest chyba to, że taka jest prawda. Że nie trzeba aż nienawiści, żeby kogoś potępić, pozbawić praw, napiętnować. Także spalić na stosie, ukamienować, zagazować. Wystarczą poglądy i autorytety.
Jednak nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że w Polsce dokonało się zawłaszczenie przestrzeni publicznej przez symbole i postawy związane z katolicyzmem. (Oprócz religii dostęp do tej przestrzeni ma, rzecz jasna, rynek). Ci, którzy się identyfikują z prawdami wiary, chcą je rozciągnąć wszędzie, by wszystkich osłaniały i chroniły. Wszelkie oznajmienia, wizerunki, symbole, które mogłyby wchodzić w konflikt z ich zasadami, z ich wizją bezpiecznego świata, z ich poczuciem, że mają 100% racji i ani procenta mniej, uważają za agresywne. Masz poczucie, że wieszasz wizerunek dwóch sympatycznych osób - tymczasem to jest dla wielu agresja wizualna, jak powiada Semka. I nie ma jak wytłumaczyć, że niemożność bycia widzianym i słyszanym jest opresją, w której zawarty jest stały czynnik piętnującej agresji. Przecież nie pojmą. Tym bardziej że przestrzeń publiczna w naszym kraju nie jest neutralna. I nie była. Dawniej była upartyjniona, teraz jest skatolicyzowana. W tej przestrzeni publicznej krzyże, które spotyka się w sklepach, aptekach, urzędach czy szpitalach, nie wspominając już o Sejmie III RP, są uznawane za element oczywisty. W tej przestrzeni nie rażą żadne symbole katolickie czy chrześcijańskie: Matka Boska, krzyż, Chrystus. A jednak to są symbole religijne, nie dla wszystkich jednakowo neutralne czy miłe. I jednak przestrzeń publiczna jest przestrzenią świecką, a nie sakralną, a tylko w tej drugiej jest miejsce dla symboli religijnych. (Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem zwolenniczką usunięcia kapliczek przydrożnych, bo tak nie jest). W Polsce zamazanie granicy między sferą publiczną a religijną jest trwałe i posuwa się dalej. Różne wizerunki i symbole wypychane są ze wspólnej przestrzeni pod pretekstem obrażania uczuć religijnych. Czy zatem nie ma już przestrzeni neutralnej religijnie? W końcu billboardy nie wiszą w kościołach. Ulice miasta nie są miejscami sakralnymi ani prywatnymi mieszkaniami ludzi takich jak Piotr Semka - są przestrzenią publiczną. Do kogo ona należy? - pyta Semka.
Do wszystkich - także do tych, którzy piszą na murach "Żydzi do gazu", którzy na straganach sprzedają antysemicką literaturę, czyli także do tych, których prawo powinno ścigać, ale tego nie robi, a którzy jednak nie obrażają uczuć religijnych Piotra Semki. Niemniej ten kraj nadal w sensie prawnym nie jest wyznaniowy. I dopóki nie jest, trudno, niech Semka odwraca oczy - gdyż podobno trzeba raczej wyłupić sobie oko, które cię gorszy, niż niszczyć przedmiot zgorszenia. O ile to jeszcze obowiązuje.
(Wybór skrótów - redakcja)
Teraz życzę takiej publicystki "Polityce", "Wprost" i wszystkich innym tygodnikom i gazetom.
ramzes
przeciez mamy dopiero 28 maja!!! jak tosie moglo juz ukazac? czy zakradl sie tu blad?
ramzes
Greetz to ya all m8s!