Wczoraj na Netflixie premierowo pojawił się wyczekiwany film "Hiacynt", a teraz my rozmawiamy z naszą queerową reprezentacją z planu — scenarzystą Marcinem Ciastoniem i producentką Joanną Szymańską. O kulisach powstawania filmu, zmianach w branży filmowej i Polsce lat 80.
Słyszałam, że znalezienie kogoś, kto będzie chciał zrobić z twojego scenariusza film, było długim procesem.
Marcin: To był mój pierwszy tekst i nigdy nie zakładałem, że on będzie od razu zrobiony. Zawdzięczam bardzo dużo temu scenariuszowi. Został bardzo szybko doceniony — byłem w finale "ScriptPro" i szybko producenci i reżyserzy zaczęli rozmawiać ze mną na ten temat.
Zresztą Joanna, która w tamtym czasie była moją wykładowczynią w szkole i znała tekst, oglądała moją pierwszą prezentację tego projektu. Zaczęliśmy o nim rozmawiać. Po wielu takich rozmowach pojawił się Netflix i to z nim zdecydowaliśmy się współpracować.
Myślę, że dzięki temu więcej osób, również spoza społeczności LGBTQ+ będzie miało okazję go zobaczyć.
Joanna: To prawda. Film będzie można obejrzeć na całym świecie. W kinach “Hiacynt” mógłby być zepchnięty do szufladki trochę bardziej popularnego arthouse’u. Pewnie kolejną szufladką byłyby “filmy queerowe”...
To znaczy opowiada o osobach nieheteronormatywnych, ale przecież ta historia jest czymś znacznie głębszym. Dla mnie w pierwszej kolejności to jest wciągająca kryminalna opowieść o człowieku. “Hiacynt” może trafić po prostu do osób, które szukają wciągającego kina. A może przy okazji te osoby spojrzą na świat z nowej perspektywy i postawią się w roli bohatera. Zauważam zresztą wśród osób bardziej zaangażowanych w aktywizm, że powstały dwa nurty mówienia o społeczności LGBTQ+. Jeden bardziej stawia na to, że kwestia orientacji powinna już być czymś narutalnym, “jesteśmy tu, musicie nas zaakceptować, a jak nie, to sami się edukujcie”. Drugi mówi właśnie o tym, że trzeba cierpliwie pokazywać naszą perspektywę, edukować, mówić głośno o tym, że jesteśmy, ten nurt jest mi, pewnie ze względów pokoleniowych, bliższy.
Marcin: Przyznam, że teraz jestem strasznie zmęczony — nie tyle niemówieniem o tym, kim jestem, bo to długo było moim doświadczeniem, ile tym, że za każdym razem poznając kogoś, teoretycznie muszę robić coming out. Jestem już na takim etapie, że nie chce mi się ukrywać, ale też nie chce mi się tłumaczyć.
Wierzę, że życie w zgodzie ze sobą też ma dużą wartość, może nawet edukacyjną.
Zadam wam pytanie, które może się wydawać podchwytliwe, ale sama nie znam na nie poprawnej odpowiedzi. Co myślicie o obsadzaniu w queerowych rolach osób, które mogą nie być częścią LGBTQ+?
Joanna: To jest bardzo ciekawe pytanie, z którym musieliśmy się zmierzyć w “Hiacyncie”. Ja mam co do tego dwa skrajne poglądy i nie wiem, jak je połączyć (śmiech). Z jednej strony jeśli postać jest niebinarna, to najlepiej, gdyby jej rolę dostała osoba również niebinarna. Z drugiej strony jako producentka zawsze chcę, żeby najlepsi aktorzy i aktorki dostawali role. Wiem, że te dwie opinie się ze sobą kłócą, ale tak właśnie o tym myślę. Chciałabym, chyba żeby nikogo nie zamykać w żadnej szafie bądź szufladzie. W przypadku naszego filmu pojawił się w związku z obsadą inny problem.
Marcin: Wydaje mi się też, że młode pokolenie aktorów ma inne spojrzenie na tę kwestię. Tomasz Ziętek (filmowy Robert) i Hubert Miłkowski (filmowy Arek) nie widzieli w tym żadnego problemu. Ważna jest dla nich rola, jaką grają i czy grają ją wiarygodnie. Dla Huberta, na przykład, kwestie takie, jak dłuższe włosy, pierścionki, czy pomalowane paznokcie nie są w żadnym stopniu czymś dziwnym. Zresztą sam powiedział, że jemu zdarzyło się usłyszeć na ulicy jakieś niemiłe komentarze, czy obelgi tylko za to, jak wygląda — mimo że przecież po wyglądzie, szczególnie dzisiaj, nie można ocenić, jakiej ktoś jest orientacji.
Joanna: W filmie jest jedna scena imprezy... Oglądałaś, więc na pewno wiesz, o którą chodzi. Do nakręcenia jej zaprosiliśmy społeczność LGBTQ+, wolontariusze z "KPH" i "Chóru Voces Gaudi" statystowali w tej scenie jako imprezowicze. Chcieliśmy pokazać tę zabawę z lat osiemdziesiątych tak, żeby wszyscy, którzy ją zobaczą, chcieli wziąć w niej udział. Cały film pokazuje raczej opresję skierowaną w stronę naszej społeczności, więc ta scena miała być takim ukłonem w stronę “zwykłego, radosnego życia” naszych bohaterów. Zresztą mamy w filmie kilka ukrytych easteregów (hermetycznych żartów). Nie będę zdradzać wszystkich, ale powiem, że szpital, do którego trafia jeden z bohaterów, nosi imię Zofii Sadowskiej.
Jak wam się pracowało na planie? Czy coś was zaskoczyło?
Marcin: Myślę, że podejście wobec wszystkich osób pracujących na planie było świetne. Wszyscy dbali o to, żeby używać odpowiedniego języka, żeby nikt nie czuł się źle, czy niekomfortowo. Każdy miał świadomość tego, że temat, który poruszamy, należy potraktować z szacunkiem. Czułem, że jest to bezpieczna przestrzeń. Mieliśmy również, jako jedni z pierwszych koordynatorkę do spraw intymnych.
Joanna: Dziękuję, że poruszasz ten temat Marcin, bo to było dla mnie warunkiem koniecznym, żeby każdy czuł się bezpieczny i otoczony szacunkiem. Ja jako producentka zawsze chcę, żeby każda osoba w ekipie dawała filmowi maksimum swojego talentu i zaangażowania. Trudno o takie nastawienie, gdy nie czujesz się bezpiecznie w miejscu pracy. Na szczęście w ekipie "Hiacynta" byli wspaniali, empatyczni ludzie, sojusznicy naszej społeczności i atmosfera na planie, mimo trudnych warunków realizacji, służyła kreatywności.
Chcę wam bardzo podziękować za ten film i mam nadzieję, że trafi do wielu ludzi i do wielu serc.
Film już do obejrzenia na platformie Netflix.
Poniedziałek, 04.10.2021 Niniejszym oświadczam, że jestem homoseksualistą od urodzenia - "Hiacynt" już niedługo na Netflixie!
Piątek, 01.10.2021 Uczestnicy konkursów piękności wszczęli dochodzenie, czy nie opisałem któregoś z nich — Mikołaj Milcke o polskim showbiznesie i historii PRLu
Środa, 24.03.2021 Netflix ogłasza polski film - kryminał dotyczący akcji "Hiacynt"! Porozmawialiśmy z jego scenarzystą
Czwartek, 24.11.2005 Obchody 20. rocznicy akcji "Hiacynt"
Wtorek, 15.11.2005 20-lecie akcji "Hiacynt"