Gruzja, Tbilisi, 8 listopada 2019.
Przed kinem "Amirani" setki protestujących, których od wejścia oddzielają liczne jednostki policji. Tłum rzuca petardy i pochodnie. Aktywistka społeczna
Anna Subeliani została napadnięta, musiała być hospitalizowana, prawie straciła oko po tym, jak rzucono w nią kamieniem. L
ider opozycyjnej Partii Republikańskiej David Berdzenishvili musiał zostać odeskortowany przez policję, aby uchronić go przed napastnikami. Obecni są także duchowni, a niektórzy z nich agresywni i rzucający przekleństwami. Jedenaście osób zatrzymanych. Protestujący modlą się słowami: "Boże, uratuj Gruzję od grzechu Sodomy".
Tak wyglądała premiera filmu "A potem tańczyliśmy", w reżyserii Levana Akina (szwedzkiego potomka gruzińskich imigrantów), w stolicy Gruzji. Filmu opowiadającego historię gejowskiego romansu. Filmu, który wzbudził olbrzymie emocje i choć na standardy zachodnioeuropejskie nie można go nazwać kontrowersyjnym, w gruzińskim społeczeństwie wiele negatywnych emocji wzbudził już sam fakt, że w ogóle taki obraz powstał. Opowieść skupia się na młodym tancerzu, Merabie (Levan Gelbakhiani), pochodzącym z biednej rodziny, który usiłuje dostać się do pierwszego zespołu Gruzińskiego Baletu Narodowego. Dałoby mu to szansę na rozwój kariery i spokojniejsze życie. Chłopak musi walczyć z przeciwnościami losu i własnymi ograniczeniami - tancerz według tradycji Gruzji powinien być "męski" i nie wykazywać żadnych słabości.
Meraba poznajemy w momencie, gdy do jego grupy tanecznej dołącza nowy tancerz, Irakli (Bachi Valishvili). Swoim beztroskim podejściem do tańca i życia szybko przykuł uwagę wszystkich członków zespołu, jednak główny bohater po prostu nie może oderwać od niego oczu. Głębokie, wymowne, niejednoznaczne spojrzenia będą zresztą obecne przez cały film - nie doświadczymy długich rozmów bohaterów, wszystkie emocje i napięcia wyrażane są przez nich w tańcu i mimice. Z jednej strony może się wydawać, że do zbliżenia między nimi doszło stosunkowo szybko, jednak z drugiej widzowie mogli wyczekiwać momentu, do którego ich relacja zmierzała. Sporo w filmie jest niewypowiedziane wprost, a dostrzegalne choćby w scenie intymnego tańca Meraba tylko przed Iraklim.
Pięknie przeplata się na ekranie taniec z codziennym, niełatwym życiem głównego bohatera. Dzięki poznaniu jego rodziny i relacji w niej panujących łatwiej jest się widzowi utożsamić z Merabem w trakcie odkrywania przez niego własnej tożsamości. Kreowany na rodzinną czarną owcę i negatywną postać brat tancerza ostatecznie okazuje się najbliższą mu osobą, a scena ich rozmowy i nieśmiałego coming outu jest niezwykle wartościowa. Szkoda trochę, że dowiadujemy się tak mało o Iraklim, tym bardziej, że w pewnym momencie znika on na dość długi fragment filmu, jednak z drugiej strony do końca pozostaje on dla nas tajemniczy, tak jak od początku jego postać jest kreowana. I tak samo jak główny bohater, często zdezorientowany zachowaniem pociągającego go chłopaka, my również nie dowiadujemy się, jakie pobudki nim tak naprawdę kierowały.
Coming outów w filmie jest zresztą kilka. Był jeszcze ten niewypowiedziany przyjaciółce i partnerce tanecznej, która liczyła na związek z Merabem, ale ostatecznie zrozumiała, kim jest i okazała mu pełne wsparcie. Kolejny, wypowiedziany przemocą, w momencie, gdy główny bohater nie wytrzymał nazywania go "pedałem" przez członków zespołu. I wreszcie, coming out taneczny, kiedy Merab wydaje się w pełni zaakceptować samego siebie i rzucić na szalę to, co kocha najbardziej - taniec i całą swoją karierę. Ostatnia scena, pięknie zrealizowana, dosłownie płynęła, a wraz z nią widzowie, którzy mogli zatracić się w tańcu razem z postacią. Aż chciałoby się, aby nie miał on końca. Realizm dodatkowo potęguje fakt znakomitej gry aktorskiej Levana Gelbakhianiego.
"A potem tańczyliśmy" nie jest może obrazem wybitnym czy nader oryginalnym, lecz samo połączenie tradycyjnego gruzińskiego tańca z tematem inicjacji, odkrywania własnego "ja" przed samym sobą i swoimi najbliższymi sprawia, że ciężko oderwać oczy od ekranu. Elementem, który prowadzi widzów przez film, jest muzyka. Może brakuje trochę scen tańca z większym rozmachem, podczas występów, gdyż dane nam jest tylko oglądać tancerzy podczas prób. Jednak sprawia to, iż jesteśmy bliżej nich, możemy obserwować świat baletu od kulis, a czasem intymne sceny tanecznych prób wpisują się w kameralność całego filmu. Homofobia, której temat także porusza film, jest może nawet bardziej niż rzeczywista, co pokazują wydarzenia z gruzińskiej premiery. Jakkolwiek przykre jest tło, warto cieszyć się obrazem, który ostatecznie powstał i pozwolić się zatracić w tańcu.
Film był szwedzkim kandydatem do zeszłorocznych Oscarów, a w tym roku otworzy polski LGBT Film Festival. Dystrybutorem jest Tongariro.
https://m.youtube.com/watch?v=psW87MebWYU