"The Death and Life of John F. Donovan", czyli długo oczekiwany angielskojęzyczny debiut Xaviera Dolana, jest historią, która miesza w sobie rozważania na temat sławy, podwójnego życia, potrzeby bycia prawdziwym sobą oraz ceny, jaką trzeba za to zapłacić. Tematycznie film jest więc dobry. Gorzej, że słowem, które najlepiej streszcza styl dzieła, jest… chaos.
Rok 2004, Nowy Jork
W wiadomościach pojawia się informacja o śmierci Johna F. Donovana (dobry Kit Harington), popularnego aktora telewizyjnego, u progu hollywoodzkiej kariery. Wiadomość jest druzgocząca dla młodego Ruperta Turnera (rozhisteryzowany Jacob Tremblay), który wraz z matką (Natalie Portman) znajduje się w Nowym Jorku, nie tylko, aby stawić się na przesłuchaniu do roli w filmie, ale także… spotkać się z Donovanem. Chłopiec korespondował bowiem przez lata z aktorem i teraz wreszcie mieli zobaczyć się twarzą w twarz.
Rok 2017, Praga
Dziennikarka (zagubiona Thandie Newton) rozmawia przez telefon, próbując wymigać się ze zleconego wywiadu, który tak bardzo odbiega od jej codziennego kręgu zainteresowań, że jest kompletnie nieprzygotowana do ewentualnej rozmowy. Traf chce, że jej tyradę względem rozmówcy usłyszy sam potencjalny bohater artykułu. Mleko się wylało, wywiad dojdzie więc do skutku. Rozmówcą okazuje się Rupert (powściągliwy Ben Schnetzer), który po latach zebrał całą korespondencję z Donovanem i wydał ją w formie książki. Fakt, że dziennikarka jest zupełnie nieprzygotowana do rozmowy o publikacji, pozwala bohaterowi snuć swoją opowieść niemal bez przerw i zewnętrznych wtrętów.
Lata 90. - 2004, USA, Wielka Brytania
Tym samym przechodzimy do właściwej części historii, czyli opowieści Ruperta o życiu Johna oraz o wpływie, jaki jego listy miały na jego własne doświadczenia z dzieciństwa.
W tej strukturze znajduje się największy błąd najnowszego filmu Dolana. Tak naprawdę tylko jedna z tych trzech poziomów narracji jest w pełni przemyślana, dobrze zarysowana i wiarygodna - opowieść o życiu Johna, przedstawiona jego słowami w serii listów. Zdradzająca jego wewnętrzne przeżycia i rozterki, tak różne od jego publicznego wizerunku przed kamerami. Korespondencja z nieznanym fanem stała się bowiem dla aktora sposobem na poradzenie sobie ze swoimi problemami. Ten element opowieści dotyka kwestii tego, co sława jest w stanie zrobić z człowiekiem; jak bardzo zaburzyć jego naturalny proces rozwoju, wypaczyć wiele rzeczy i sprawić, że będzie musiał ukrywać swoje prawdziwe ja. Sława rządzi się bowiem swoimi prawami i jeśli chcemy odnieść sukces, musimy się do nich dostosować - zdaje się mówić reżyser.
Sama obecność dwóch pozostałych perspektyw nie jest problemem samym w sobie. Ich użycie miało na celu pokazanie jak życie i doświadczenia innych mogą mieć realny wpływ na nasz własny rozwój i sposób myślenia. Schody zaczynają się, gdy weźmiemy pod uwagę sposób prowadzenia tych historii. W szybkim tempie bowiem całkowicie przestaniemy wierzyć w zachowania bohaterów. W obu wątkach pojawiają się sceny, które zaprzeczą wszystkiemu, co do tej pory dowiedzieliśmy się o postaciach, drastycznie zmieniając ich zachowanie i zupełnie tej zmiany nie uzasadniając. Od momentu tego "przełomu", wszystko co dzieje się na ekranie jest całkowicie niewiarygodne i nie niosące żadnej emocjonalnej wagi. Kolejne sceny stają się puste i zwyczajnie zbędne.
Tajemnicą poliszynela jest, że pierwsza wersja filmu trwała ponad cztery godziny i zawierała w sobie znacznie więcej postaci. (Dość powiedzieć, że kilka miesięcy temu gruchnęła informacja o całkowitym wycięciu z obrazu roli Jessiki Chastain, której oblicze widniało na większości grafik promocyjnych). Rozpoczął się siermiężny i stale wydłużający się proces montażu i wycinania poszczególnych scen i wątków. Niestety, finalny produkt wskazuje na to, że Dolan powycinał ze swojego filmu o wiele za dużo. Znając swoją historię od podszewki, zdecydował się użyć zbyt wielu skrótów myślowych, uznając chyba, że widz połapie się w jego zamyśle, nawet jeśli wytnie z filmu sceny, które podbudowywały naturalny rozwój do poszczególnych rewelacji. Niestety tak się nie stało. Efektem są sceny, które tak bardzo odbiegają od dotychczasowego sposobu prowadzenia historii bohaterów, że aż wykolejają całą fabułą, czyniąc z nią puste naczynie. Nie znajdując uzasadnienia dla niektórych zachowań bohaterów, nie pozostaje nam nic innego, jak je wyśmiać i zanegować. (Przypomina to nieco sytuację z musicalu "Into the Woods" Roba Marshalla, gdzie w wyniku cięć usunięto jeden z utworów muzycznych. Akurat ten, który wyjaśniał cały sens fabuły). Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gołym okiem widać, że film został mocno skrócony, co oznacza, że gdzieś na dysku reżysera znajduje się właściwa, naprawdę dobra wersja tej historii.
Równocześnie - wydaje się, że gdyby reżyser skupił się na samej opowieści o Donovanie, jego film tylko by na tym skorzystał. W segmentach jego historii pada bowiem niezwykle wiele celnych uwag dotyczących świata gwiazd i pułapek sławy oraz zgubnym wpływie, jaki może ona mieć na naturalny proces rozwoju jednostki. Niestety, te ciekawe myśli giną gdzieś w natłoku pozostałych wątków, które oscylują od momentów prawdziwych, wiarygodnych emocjonalnie, do chwil tandetnych, przesadzonych, czy zwyczajnie bzdurnych.
Przedziwne jest także to, że nawet stałe dolanowskie zagrania wypadają tutaj tandetnie. Kanadyjski reżyser słynie z wyrazistego użycia muzyki w swoich filmach, często wykorzystując znane i lubiane, a czasem wręcz ograne utwory i stawiając je w nowym świetle, dodając im nowych znaczeń. Tym razem jednak zupełnie się nie popisał. Użycie muzyki w "The Death and Life of John F. Donovan" sprawia, że niektóre sceny stają się nie tyle nierealistyczne, co zwyczajnie pretensjonalne. Niby Dolan zawsze balansował gdzieś na granicy kiczu i wiarygodności, jednak tutaj bije nas po oczach (czy raczej uszach) ze zdwojoną siłą, całkowicie zabijając jakikolwiek emocjonalny wydźwięk prezentowanych scen. Bo choć "Rolling in the Deep" Adele, "Stand By Me" Bena E. Kinga (tutaj w coverze Florence and the Machine), czy "Bitersweet Symphony" The Verve same w sobie są dobrymi utworami, pasują tutaj jak pięść do nosa.
"The Death and Life of John F. Donovan" to dzieło z wielkimi ambicjami, które wyraźnie przerosły kanadyjskiego twórcę. Próbując nadmiernie skomplikować swoją opowieść, całkowicie zagubił się w nakręconym materiale, zbyt często stosując niezrozumiałe skróty myślowe, które pogrążyły jego film w narracyjnym chaosie. Wydaje się, że gdyby film skupił się jedynie na opowieści o Donovanie i jego rozterkach między życiem prywatnym, a publicznym, byłby dużo lepszy. Prostszy od strony formalnej, ale lepszy, bo klarowniejszy i wyrazistszy w swojej wymowie. (Jedyne bowiem co dodaje perspektywa Ruperta w obecnym kształcie obrazu to truizm o tym, że życie innych może mieć wpływ na nasz żywot). Ogromna szkoda, że prawdziwie dobra wersja tego filmu znajduje się więc tylko w głowie swojego twórcy.
Poniedziałek, 04.02.2013 Coming out w Hollywood
Środa, 10.11.2010 Czy masz rewolwer w kieszeni?
Środa, 15.04.2026 Widzowie wychodzili z kina. Czy to najbardziej kontrowersyjny queerowy film?
Wtorek, 28.03.2023 Lady Gaga całuje kobietę na planie zdjęciowym „Jokera 2”. „Obie pójdziemy do piekła”
Poniedziałek, 28.03.2022 Lady Gaga, Ariana DeBose i nie mów gej na Oscarach - Queerowe akcenty na tegorocznej gali