Demonstracje w obronie wolnych sądów, które przetoczyły się przez cały kraj, były zbyt tęczowe. Tak przynajmniej można sądzić, słuchając głosów komentujących obecność tęczowych flag na protestach w Katowicach, Krakowie, Poznaniu, Trójmieście, Warszawie czy Wrocławiu. Niosły je często osoby, dla których demonstracje były nie tylko głosem przeciw, lecz również za – za sprawiedliwą społecznie, różnorodną i demokratyczną Polską, którą będzie trzeba zbudować, gdy to szaleństwo się skończy.
Takie rozumowanie zasadza się na kilku założeniach:
1. Uznaniu, że orientacja psychoseksualna i tożsamość płciowa, cechy wyróżniające osoby LGBT+, przynależą do sfery prywatnej, a nie publicznej, a tym bardziej politycznej.
2. Uznaniu, że osoby LGBT+ nie powinny pojawiać się w przestrzeni publicznej JAKO LGBT+ na takiej samej zasadzie, jak osoby heteroseksualne czy cispłciowe nie pojawiają się JAKO hetero czy cis.
3. Uznaniu, że ten brak widoczności osób LGBT+ jest sam w sobie neutralny i sprzyja budowaniu wrażenia jedności ponad podziałami, której różnorodność zagraża.
To nie tylko błędne, ale też społecznie szkodliwe założenia.
Dopóki orientacja lub tożsamość płciowa narażają kogokolwiek na przemoc i nierówne traktowanie przez własne państwo, dopóty są one sprawą polityczną.
Dopóki orientacja heteroseksualna i cispłciowość są domniemanym, spodziewanym i „normalnym” opisem nie większości, lecz wszystkich osób, dopóty osoby LGBT+ MUSZĄ pokazywać się jako LGBT+ i mówić, że heteronorma to fikcja.
Dopóki dyskurs publiczny jest w swej przeważającej części heteronormatywny, dopóty odmawianie widoczności osobom LGBT+ w imię niedrażnienia, niedzielenia i poszukiwania wspólnego mianownika, jest skazywaniem ogromnej rzeszy osób na społeczno-polityczny niebyt. Ponieważ tym wspólnym mianownikiem, płaszczyzną porozumienia, na której wszyscy i wszystkie protestujące osoby miałyby się spotkać i porozumieć jest właśnie to, że osób nieheteronormatywnych nie ma – nie ma jako obywateli i obywatelek, jako podmiotów politycznych. Nie ma JAKO LGBT+, czyli osób konfrontujących się z nierównym traktowaniem ze strony własnego państwa o wiele dłużej, niż obecna kadencja Sejmu.
Utrzymanie status quo – rugowanie tęczowej flagi z demonstracji skandujących hasło „wolność, równość, demokracja” – nie jest zachowaniem „neutralności światopoglądowej”, lecz opowiedzeniem się za prawem silniejszego. Zgodą na utrzymujący się w Polsce od lat pogląd zgodnie z którym mniejszość – nawet dwumilionowa – nie powinna zaburzać domniemanej jedności, definiowanej przez i dla większości. Zgodą na postrzeganie różnorodności jako zagrożenia dla tejże jedności. I wreszcie zgodą na fikcyjną, homogeniczną wizję społeczeństwa, które włączając różne grupy w protest przeciwko dewastacji systemu sądowniczego może stać się tylko słabsze.
Z perspektywy społeczności LGBT+ fala protestów obywatelskich w obronie sądów była ważnym, być może nawet przełomowym momentem.
Nie chodzi nawet o to, że uczestniczyło w nich mnóstwo osób ze społeczności, czy o to, że niektóre z nich zabrały ze sobą tęczowe flagi, choć i to było bardzo ważne. Ważniejsze jest jednak to, że dla wielu „zwykłych Polek i Polaków” było to pierwsze zderzenie z nagą brutalnością władzy, która ignoruje i pomiata obywatelami i obywatelkami.
To doświadczenie dobrze znane osobom LGBT+ w Polsce, które przez 25 lat miały siedzieć cicho, nie afiszować się i cieszyć się z tego, że „przecież nikt do nich nie strzela” – co najwyżej czasem pobije, zaszczuje w szkole i doprowadzi do samobójstwa, wyrzuci z mieszkania po śmierci partnera/ partnerki albo zwolni z pracy. Osoby, które poczuły się obrażone inwektywami rzucanymi przez przedstawicieli i przedstawicielki najwyższych władz państwowych, które nagle odkryły, że ktoś bezkarnie może nazwać je nie-Polakami czy gorszym sortem, miały szansę poczuć – a może i zrozumieć – to, z czym lesbijki, geje, osoby biseksualne i transpłciowe mierzą się w Polsce od lat.
To właśnie tak rozumiana wspólnota doświadczeń może stać się podstawą porozumienia w taki sam sposób, w jaki stała się fundamentem społeczności LGBT+. Dla niej inkluzywność, polegająca na włączaniu różnych grup w działania na rzecz wspólnej sprawy, jest oczywistym, intuicyjnym sposobem funkcjonowania. Ćwiczeniem w budowaniu koalicji i poszukiwaniu „wspólnego mianownika” dla grup o często różnych interesach, lecz doświadczających podobnych form społecznej i politycznej opresji. To właśnie dlatego skrót LGB zmienił się z czasem w LGBT, a potem LGBTQIA. W końcu zapis „LGBT+” jest próbą kompromisu z tymi, których nadmiar różnorodności drażni.
Różnorodność nie jest wymysłem, lecz faktem. Nie jest przeszkodą, lecz szansą na zbudowanie prawdziwie wolnego, równego i demokratycznego społeczeństwa opartego na szacunku i solidarności.
Zbyt górnolotnie? W takim razie prościej: różnice były, są i będą i albo nasi demokraci i demokratki to pojmą, albo sami siebie skażą na wieczną wojnę, w której raz jedni, a raz drudzy biorą górę i jadą po wszystkim walcem.
Bez odrobienia tej lekcji, energia zebrana podczas protestów pójdzie na marne i prędzej czy później wrócimy do tego, co było: wojująca ze sobą większość do swoich okopów, a mniejszość tam, gdzie jej miejsce – na margines. Czy tęczowa dalej będzie przychodzić z pomocą demokracji, skoro ta, nie widzi dla niej miejsca?
Wtorek, 27.10.2020 Jak PiS pluje Polkom i Polakom w twarz: kandydatem na RPO tej partii został Wróblewski, odpowiedzialny za zakaz aborcji
Piątek, 23.10.2020 Nigdy nie będziesz szła sama. Witamy w Gilead... to znaczy w Polsce - piekle kobiet
Środa, 08.07.2020 Syn Gowina głosuje na Trzaskowskiego! Namawia też do tego innych
Poniedziałek, 15.04.2019 Ulicami Gniezna przeszedł Marsz Równości
Środa, 19.12.2018 Bycie gejem, czy lesbijką to nie pogląd polityczny
zabawne-ale ilu tęczowych ludków nie dostrzega rasizmu wśród środowiska gejowskiego albo dziwnym trafem nie postrzega pornografii/sutenerstwa za coś nagannego... wszak to kwestia dogadania się między sobą-monopol na patologię mają ponoć tylko klerycy różnej maści hihi