Znowu się udało. André Téchiné kolejny raz odnalazł klucz do sportretowania filmowej młodości, przeglądania się w niej jak w lustrze. To przecież jego temat. W "Mając siedemnaście lat" wraca przede wszystkim do autobiograficznych "Dzikich trzcin", arcydzieła sprzed ponad dwudziestu lat, w którym nastoletniemu odkrywaniu dojrzałości bohaterów towarzyszyła inicjacja społeczna, polityczna, seksualna.
- Łukasz Maciejewski - Téchiné jest mistrzem w psychologicznie wiarygodnym podpatrywaniu nastoletnich uniesień. Z wrażliwością, ale bez egzaltacji, z obserwacyjnym błyskiem, lecz bez minoderii. Podobnie jak Gus Van Sant w swoich najlepszych filmach, André Téchiné buduje księgę życia z kroniki dojrzewania. Nastoletni czas burzy hormonów i sprzecznych emocji, buntu, ale i rodzącego się oportunizmu, według Téchiné budują naszą dorosłość. W ciągu przełomowych lat liceum wydarza się prawie wszystko. Wszystko, co najważniejsze.
W kinie Téchiné dojrzewanie to trauma, ale trauma do przyjęcia, formująca przyszły spokój wewnętrzny. Najpiękniejsi bohaterowie jego filmów: Maïté Alvarez (Élodie Bouchez) z "Dzikich trzcin", Manu (Johan Libéreau) ze "Świadków", czy Nina (Juliette Binoche) ze "Spotkania" wadzą się z cielesnością. Początkowo nie rozumieją dlaczego ciało zachowuje się tak a nie inaczej, dlaczego wymyka się spod kontroli. Ich reakcje stają się gwałtowne. Bronią się przed sobą, walczą z popędami, w zasadzie nigdy nie są to końca pewni swoich racji. Mogliby powtórzyć za Emilem Cioranem: "Wątpić to jedyna szansa, by nie pomylić się całkowicie".
Twórca "Mojej ulubionej pory roku" daje im jednak prawo do wątpliwości. Kiedy porte parole reżysera, François Forestier (Gaël Morel) w dniu matury, początkowo ze strachem, a na koniec niemal z pewnością w głosie, woła do swojego odbicia w publicznej toalecie:
"Je suis pédé, je suis pédé" (jestem gejem, jestem gejem), w jego wyznaniu zawiera się kluczowy dla całego kina Téchiné moment akceptacji i potwierdzenia własnej odrębności. Lata szkolne, "pierwszy krok w chmurach" z opowiadania Hłaski, stanowią szlak dorosłości. Nie będzie nigdy łatwa: dorosłość uwielbianych przez mistrza kina francuskiego outsiderów to zawsze jest droga pełna bólu i desperacji, mimo to świadomość tego, kim jesteśmy, buduje tożsamość. Daje nam siłę - na dobre i na złe.
Podobnie jest w przypadku bohaterów "Mając 17 lat": Damiena (Kacey Mottet Klein) i Toma (Corentin Fila). Nieco łopatologicznie
francuski reżyser buduje rodzącą się zażyłość chłopców poprzez agresję. To rodzaj samoobrony przed uczuciem. Przystojny, chmurny, zamknięty w sobie Tom jest typem tajemniczym, fascynującym. Ma fizyczną przewagę nad prymusem, błyskotliwym, ruchliwym Damienem. Trzeba zabić tę miłość - tak zatytułował jeden ze swoich najważniejszych filmów Janusz Morgenstern. Tom bije Damiena, ponieważ chce zgładzić w zarodku to, co go naprawdę niepokoi, czego się boi. Damien natomiast ostro zabiera się do ćwiczeń fizycznych, musi udowodnić intrygującemu go koledze, że potrafi się bronić, chce być dla niego interesujący, atrakcyjny.
"Mając 17 lat" nie jest filmem tak udanym i wartościowym jak "Świadkowie", "Utracona miłość" czy "Złodzieje" (wspominając jedynie najważniejsze tytuły Téchiné z ostatnich lat). Niepotrzebnie reżyser wprowadza charakterologiczną dysharmonię pomiędzy bohaterami i otaczającym ich światem. A jest to dysharmonia papierowa, odmierzona od linijki.
Prawdziwe są emocje, ale nie świat przedstawiony. Jeżeli Damien jest chłopcem z bogatego domu, synem tolerancyjnej, wrażliwej lekarki (w tej roli wielka gwiazda kina francuskiego, Sandrine Kiberlain) i oczywiście stale nieobecnego ojca-pilota wojskowego, to Tom powinien pochodzić z peryferiów. I rzeczywiście, Tom jest chłopcem z afrykańskimi korzeniami, adoptowanym synem pary surowych rolników bezskutecznie starających się o własne dziecko. Nauczyciele widzą w Damienie przyszłą dumę liceum, naukowca lub intelektualistę, wywodzący się z chłopskiej rodziny Tom jest "panem nikt", niewidzialnym tłem. Tego typu mocno stereotypowych rozwiązań jest niestety zbyt wiele. Postawa życzeniowa spełnia się, ale dla kina to nie jest wcale rozwiązanie szczęśliwe.
Mimo to,
"Mając 17 lat" broni się - wiem, że zabrzmi to banalnie - prawdą uczucia, i nadzwyczajnym talentem reżysera do podpatrywania małego, zwykłego życia. Paryż jest daleko, podobnie jak Lyon czy Saint Tropez. W górskiej wiosce, poza malowniczym pejzażem, którego autochtoni zdają się nie zauważać, życie toczy się leniwie, bez zobowiązań. Dzień za dniem, noc za nocą, słowo za słowem. Szkolne korytarze, pokrzykiwanie dzieciaków, lekcje literatury, piwo w pubie wieczorem. Niemal każda filmowa sytuacja jest powtórzeniem niezliczonych, podobnie wyglądających momentów z kina, z telewizji, w końcu zaś z życia. A jednak jakimś cudem właśnie twórcy "Sióstr Brontë" udaje się zachować wrażenie autentyku. Życie z dokumentalnej telenoweli staje się dziełem sztuki, prawdziwym kinem. Téchiné z talentem fotografuje te wszystkie codzienne drobiny życia: pracę przy komputerze, rozmowy z ojcem Damiena na skypie, górskie wędrówki Toma. Wszystko jest niby małe, znane i zwykłe, ale ludzkie sprawy mają i tak swój wielki, człowieczy wymiar.
W tle obserwujemy zaś poetycko fotografowane przez Julien Hirsch pory roku, wyznaczające rytm ostatniego roku szkolnego. Od ostrej zimy, po upalne lato. W tym gorącu, afektowanym upale, po podjęciu ważnej decyzji przez matkę Damiena, wszystko wydaje się jednocześnie krańcowe, raz na zawsze, ale i fragmentaryczne, duszne, niedokończone i niedopisane. Czy żądza to miłość, czy uczucie przetrwa?
Cytowany już przeze mnie Hłasko pisał w liście matki: "Żaden człowiek nie jest wyspą dla siebie, a stanowi tylko część kontynentu". Damien i Tom przez moment zamieszkali na wspólnym kontynencie. Dwie, siedemnastoletnie wyspy.
"Mając 17 lat", reż. André Téchiné
Scenariusz: Céline Sciamma, André Téchiné
Obsada: Sandrine Kiberlain, Kacey Mottet Klein, Corentin Fila
Zdjęcia: Julien Hirsch
Muzyka: Alexis Rault
z przemocą i złem jest tak, że są one wszechobecne... dlatego też trzeba cały czas edukować i przeciwdziałać agresji...
Moja wypowiedź odnosi się do filmu, a ten nie jest o prześladowaniach homoseksualistów w szkołach ani ogólnie o hejcie wśród nastolatków. Po za tym prawda jest taka, że powyżej 4 klasy podstawówki przybiera nieco bardziej wyrafinowane postacie niż pokazane w filmie podstawianie nogi czy rzucanie się na siebie podczas lekcji wf.
moje zdanie jest takie, że przemoc jest w pewnych kulturach gloryfikowana... i bardziej hejtowany może być ktoś, kto jest pacyfistą... osoba LGBT,osoba hetero... dorosły albo nastolatek... każdy chce być normalnym, typowym kimś... tylko co to znaczy być tym kimś NORMALNYM...
z przemocą i złem jest tak, że są one wszechobecne... dlatego też trzeba cały czas edukować i przeciwdziałać agresji...
Moja wypowiedź odnosi się do filmu, a ten nie jest o prześladowaniach homoseksualistów w szkołach ani ogólnie o hejcie wśród nastolatków. Po za tym prawda jest taka, że powyżej 4 klasy podstawówki przybiera nieco bardziej wyrafinowane postacie niż pokazane w filmie podstawianie nogi czy rzucanie się na siebie podczas lekcji wf.
to tak, jakby powiedzieć, że monitoring w szkołach załatwia wszystko... różnie z tym bywa... z tym, że hejting nie musi być skierowany w stronę uczniów danej szkoły...
z przemocą i złem jest tak, że są one wszechobecne... dlatego też trzeba cały czas edukować i przeciwdziałać agresji...
Gejowskie filmy o dorastaniu i miłości bywają tak kiczowate, że na wszelki wypadek większość z nich omijam. Ten zobaczyłem w zasadzie przypadkiem i zupełnie bez przekonania, czy dam go radę wytrzymać do końca. Wytrzymałem i nie żałuje, bo siłą tego obrazu jest to, że wbrew temu, co pisze recenzent, zupełnie nie popada w sztampę.
Nieobecny ojciec? Bzdura. Tak, nie ma go w domu, bo jest żołnierzem. Ale robi wszystko, by uczestniczyć w życiu syna. A syn wcale nie czuje się przez niego opuszczony. Przeciwnie, ojciec jest dla niego największym wzorem i punktem odniesienia. To przykład typowy dla tego filmu. Techine wprowadza klisze. To prawda. Ale robi to celowo, by następnie je rozładowywać, niszczyć ich pozorną oczywistość.
Czemu bohaterowie się biją? Żeby "zabić tę miłość"? Tak twierdzi Maciejewski, ale to też nie jest oczywiste! W niektórych momentach wydaje się, że dlatego. W innych, że przez różnice klasowe. W jeszcze innych, że robią to "dla sportu", bardziej szukając pretekstów do zwady, niż mając rzeczywiste powody.
"Stereotypowe rozwiązania", które krytykuje Maciejewski są problemem, gdy prezentowane są z poczuciem, że stereotypowe nie są, że coś "odkrywają", choć klepią w kółko dobrze znane motywy. Tego w tym filmie nie ma. Jeśli pewne rzeczy są typowe, zwykłe i nudne, to są dlatego, że życie - nawet życie geja na górskiej prowincji - zazwyczaj nie jest odkrywcze.
Techine ani nie idealizuje młodości, ani nie dramatyzuje homoerotycznych uczuć. W jego filmie jest prymus i outsider, jest ktoś bogatszy i biedniejszy, bo tak po prostu bywa we wszystkich szkołach świata. Chłopaki się biją, bo wszędzie na świecie chłopaki czasem biorą się za łby i nie musi to od razu wiązać się z "zabijaniem miłości", "wyparciem" i całym arsenałem freudowskiej psychologii. Ojcowie czasem pracują daleko, ale nie od razu stają się żywymi przykładami modnej mantry na temat ich wiecznej "nieobecności". A matki dość często bywają nie heroinami lub na odwrót złymi, dominującymi kobietami, lecz np. wrażliwymi, choć zupełnie zwyczajnymi, lekarkami z prowincji.
Jeśli czegoś we współczesnymi kinie brakuje, to właśnie nie filmów pełnych psychologizujących fajerwerków, tylko takich, które potrafią pokazać życie w całej jego powtarzalnej "normalności". Ten film wykonuje to zadanie wzorowo i właśnie dlatego, warto go obejrzeć.
ciekawe, że w Polsce sprawa przemocy rówieśniczej jest tematem tabu... w innych krajach są młodociane gangi, subkultury... w Polsce chłopaki i dziewczyny mają się docierać do społeczeństwa i tyle... szkoda też, że pojęcie przemocy i nadużycia są różnie definiowane-antropologiczny rytuał przejścia jak w kulturach pierwotnych... brak badań naukowych nad zagadnieniem...