W ostatnich miesiącach nastąpił prawdziwy
wysyp kina gej-les w polskich sklepach a także - co jest jednak nowością -
w kinach. Do wyboru coraz częściej mamy nie tylko skrzętnie wyłuskiwane tytuły życzliwych queerowym tematom dystrybutorów jak Gutek, SPInka czy Vivarto, pokazy w Klubach Filmowych w organizacjach czy pubach, ale także branżowe tytuły seryjnie przygotowywane na polski rynek, wprowadzane do normalnego obiegu filmowego, ba! recenzowane przez szanowane gazety i portale.
Zawdzięczamy to trzem graczom:
Imago Film (organizator Eurofestiwalu) od początku 2010 roku prowadzi w warszawskiej Kinotece Czwartki Filmowe LGBT oraz ogólnopolskie tournee pod tym samym szyldem;
MayFly wznowiło serię DVD Rainbow Collection, a na jesieni prężną działalność rozpoczęła najmłodsza firma dystrybucyjna, skupiona wyłącznie na filmach LGBT,
Tongariro Releasing z Poznania, już w tej chwili z siedmioma tytułami w katalogu.
Chciałoby się zakrzyknąć: wreszcie, ale - zwłaszcza na pustych salach kinowych stolicy - ten okrzyk zamiera na ustach. Czwartki Filmowe zaczęły powtórkami zjadać własny ogon już podczas EuroPride, teraz w dużej mierze bazują repertuarowo na współpracy z pozostałymi dwoma firmami, powielając ich ofertę. Tongariro od jesieni wprowadzało filmy bardzo regularnie, na początku nawet 3 tytuły jednocześnie, jednak ta ilość nie do końca przełożyła się na jakość.
Z filmu na film repertuar poznańskiego dystrybutora stawał się coraz bardziej gładki i przezroczysty. Na początek mocne uderzenie: pojedyncze seanse
"Shortbusa" i
"The Living End" - filmów wprawdzie nienowych i już w Polsce kilkakrotnie pokazywanych, ale jednak kultowych. Szerzej do kin firma zaczęła jednak wchodzić z filmami, które właściwie powinny od razu trafić na rynek DVD, i nawet to niekoniecznie.
"Nić",
"Śniadanie ze Scotem",
"Pokój Leo" czy
"Mulligans" (wydane tylko na DVD) opowiadają historie o temperaturze pokojowej, a wszelkich mocniejszych rysów, nie mówiąc już o kontrowersji, unikają jak ognia. "Nici" nie wystarczy hasło reklamowe 'historia zakazanej miłości', skoro bohaterom właściwie wszystko układa się jak po maśle, i tak naprawdę film powinno się rekomendować jako 'gejowski mezalians w egzotycznych pejzażach'. To jednak nie to samo i nawet udział Claudii Cardinale niewiele tu zmieni.
Rekord pobił Imago Film zdecydowanie najbardziej rozczarowującą produkcją - "Od początku do końca". Opisy kazirodczego, zakazanego (a jakże!) romansu dwóch braci oraz zmysłowe fotosy budziły nadzieję na mocne, wyraziste kino od lat 18, podczas gdy otrzymaliśmy mdłą dłużyznę, ckliwą do bólu, kompletnie wyjałowioną z kontrowersji, z dialogami na poziomie brazylijskiej telenoweli. Zdaje się, że nie tylko w Warszawie publiczność (akurat dość liczna) reagowała na to zderzenie niezbyt może uprzejmym, ale niepowstrzymanym śmiechem.
Po podobnych pokazach nasuwa się pytanie: dla kogo układany jest ten repertuar? Z deklaracji wynika, że w szerokim stopniu także dla heteroseksualnej publiczności. Unikanie drapieżnych filmów i wyrazistych realizacji to nie jest chyba jednak metodą na nikogo. I nie ma co zwalać winy na widownię, która - jak podniósł przedstawiciel Tongariro w dyskusji na Facebooku - w 97% bezmyślnie ulega reklamie, jakiej oni swoim premierom zapewnić nie mogą. Niestety kij ma dwa końce, a firma liczy chyba na te same bezmyślne 97% wmawiając, że sprowadza Kino LGBT przez duże K.
Stwierdzenie, że
"Tajemnica Brokeback Mountain" czy
"Samotny mężczyzna" sprzedały się tylko dzięki dużej reklamie nie jest do końca prawdą, o czym przekonuje klapa
"I Love You Phillip Morris". Oczywiście, amerykańskie produkcje mają za sobą machinę promocyjną, nawet jeśli niekoniecznie zachwyconą tematyką filmów. Ale filmy Lee i Forda odniosły światowy sukces mimo swojej tematyki przede wszystkim dlatego, że skutecznie broniły się przed łatką filmu li tylko gejowskiego, reprezentując poziom głęboko poruszajacego kina z najwyższej półki. Zestawienie ich z większością tytułów, o których mowa powyżej i oczekiwanie, że te wzbudzą podobne zainteresowanie trąci - najoględniej mówiąc - brakiem dystansu. Do tej kategorii z oferty poznańskiej firmy pretenduje jedynie debiutanckie "Zabiłem moją matkę" Dolana, któremu wróżyć można popularność także wśród heteryckiej części widowni.
Ogólnie rzecz biorąc jednak na filmach gej-les w polskich kinach problem jest nawet z publicznością branżową, podobnie jak z całym polskim 'rynkiem LGBT', który nie istnieje w kontekście wydarzeń publicznych: imprez, festiwali, spotkań autorskich czy koncertów (rzecz jasna o ile nie jest to koncert Lady G.). Tytuły i eventy ometkowane jako 'gejowskie' przyciągają wciąż tę samą, stałą społeczność o skrystalizowanych zainteresowaniach kulturalnych. Skoro nawet w Warszawie można ją szacować na 100-200 osób (dzięki czwartkowym seansom może nieco więcej), to co mówić o innych, mniejszych i mniej 'wyemancypowanych' miastach.
A ta wąska garstka ma swoje wymagania. "Śniadanie ze Scotem" to film uroczy, ale niewiele więcej, w sam raz do telewizji na drugi dzień świąt. Tymczasem nawet Tomasz Raczek po projekcji jednej z najlepszych romantycznych komedii gejowskich na pokazie w Fundacji Równości usłyszał swego czasu (a frekwencja była wyższa, niż na jednym z premierowych seansów "Nici"), że pokazuje rzeczy niepoważne, jakieś romanse, kiedy spodziewano się filmów głębokich i ambitnych.
Popularne kino LGBT to nisza, której w Polsce jedni geje unikają z powodu metki, a ci bardziej wyrobieni - z powodu jego oferty. to bowiem często produkcje rozrywkowe, na Zachodzie przeznaczone dla określonego obiegu komercyjnego. W dodatku w większości od dawna obecne w sieci, a w związku z tym na projekcjach w polskich domach i przytulnych klubach. Równie dobrze mówić można o sukcesie sprowadzenia do Polski
"Queer as Folk" przy świadomości, że puszczany jest na kodowanym kanale (więc znów głównie w branżowych knajpach), nie mówiąc już o tym, że wszyscy zdążyli dawno obejrzeć go z Internetu.
Sytuacja wydaje się patowa: różowe masy póki co do kin nie przyjdą, bo w ogóle (z jakich bądź względów) nie uczestniczą w publicznym życiu kulturalnym LGBT, a ci którzy uczestniczą - tym bardziej nie, bo rzeczone propozycje są dla nich zbyt błahe, oni żądają filmów wybitnych, offowych, głębokich, i są na tyle zainteresowani, że - wbrew obawom pana z Tongariro - zajrzą do Internetu, poczytają i sami znajdą je sobie wcześniej i gdzie indziej - na torrentach lub na Amazonie.
To nie znaczy rzecz jasna, że cała reszta nic nie wie i nic nie ogląda, wręcz przeciwnie - jest równie spragniona doznań kulturalnych. Tyle że, jak trafnie zauważył Jacek Kochanowski w pierwszym numerze magazynu WAW, w Warszawie (a zatem i w kraju) 'lesbijek i gejów nie ma. Stają się niewidzialni. Przemykają do swoich tajemnych miejsc spotkań i dopiero tam, za solidnie zamkniętymi drzwiami, żyją.' Właściwym tropem wydaje się więc iść MayFly, skupiając się wyłącznie na niezłej serii DVD (choć i oni na ten rok zapowiadają premierę kinową). Płyty zawsze znajdą wdzięcznych nabywców, którzy w domowym zaciszu chętnie obejrzą nie tylko ambitniejszą Rainbow Collection, ale i tongarirowską "Nić", i "Scota", czy nawet brazylijskich kazirodczych braci. W tych warunkach sprawdzą się doskonale.
A branżowe filmy w kinie? Wśród premier o których mowa, było też przecież kilka interesujących: rewelacyjny
"Mężczyzna który pokochał Yngve" (Imago),
"Podaj mi dłoń" czy rzeczone
"Zabiłem moją matkę" (Tongariro). W planach na rok 2011 już padło kilka ciekawych tytułów, jak
"Children of God" z Bahama (Imago) czy peruwiański
"Contracorriente" (Mayfly). Nie czarujmy się jednak: skoro nawet 'nasza publiczność' nie wydaje się zbyt zainteresowana stricte branżowym repertuarem, to czym takie filmy miałyby przyciągnąć nieszczęsnych heteryków, nawet tych jak najbardziej pozytywnie do nas nastawionych?
Żeby kino gej-les zaistniało w Polsce w równie różnorodnych barwach, jak na bogatym rynku zachodnim (w przedświątecznym grudniu w USA premierę miało co najmniej kilkanaście tytułów różnego kalibru), najpierw i przede wszystkim muszą zacząć oglądać je geje i lesbijki, a jeśli nie chcą - trzeba zaproponować coś zdecydowanie poważniejszego, niż romans na Tajlandii. I o ile kogoś stać - cierpliwie sobie tę swoją publiczność wychować. Najnowsze zapowiedzi wskazują, że poszukiwania w tym zakresie trwają.
Że to możliwe, pokazały projekcje zeszłorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego, podczas których także na kilku filmach LGBT sale duże sale Kinoteki były pełne - bynajmniej nie 'branży'. Ale w tym wypadku mówimy o imprezie, za którą stoi wieloletnia marka i gwarancja nazwiska Stefana Laudyna, który nie sprowadza filmów poniżej określonego poziomu.
Marcin Pietras vel Koosie: współautor "HomoWarszawy", autor m.in. recenzji, felietonów i przekładów, od lat regularnie publikowanych także na łamach Innej Strony. W internecie od połowy lat 90., obecnie pod szyldem autorskiego bloga popkulturalnego
QPop.pl, na którym zamieszcza recenzje filmowe i muzyczne, humor i ciekawostki LGBT. W roku 2008 członek międzynarodowego Jury konkursu Teddy Award na Berlinale oraz dyrektor programowy Festiwalu Równości w Warszawie.
Qpop na Facebooku.
Jesteśmy otwarci na różne głosy (także krytyczne), przede wszystkim ze strony naszych widzów. Pragniemy wyrazić wdzięczność za wszelkie gesty życzliwości i wsparcia ze strony osób, które podzielają nasze przekonanie o tym, że warto w Polsce rozwijać dystrybucję kina LGBT.
Przy okazji chcemy poinformować, że po pracowitym półroczu zwieńczonym sukcesem filmu "Zabiłem moją matkę", robimy w lutym krótką przerwę wydawniczą. Ale już w marcu i kwietniu powracamy z dwiema kolejnymi premierami.
Tymczasem zapraszamy do nadsyłania propozycji tytułów filmów, które Waszym zdaniem warto wprowadzić do rozpowszechniania w naszym kraju. Propozycje prosimy nadsyłać na adres: nowefilmy_(at)_tongariro.pl. Zapraszamy też do dyskusji na ten temat na Facebooku (http://www.facebook.com/pages/Tongariro-Releasing/152519201427845?v=app_2373072738&ref=ts).
Pozdrawiamy wszystkich widzów, krytyków i sympatyków kina LGBT.
Jakub Mróz
oraz zespół Tongariro Releasing
Owszem, Pod Baranami nieźle sobie radzi w tej konkurencji :)
Smutne, prawdziwe. Dlatego tym ważniejsze chyba, co się próbuje w tych kinach pokazać, żeby jeszcze trochę zdążyć...
Kiedy robiłem zestawienie dziesięciolecia filmów LGBT w Polsce w oparciu o kino i DVD, jeden z pierwszych zarzutów w komentarzach brzmiał: 'cóż za kretyńska perspektywa, zupełnie nie uwzględnia, że ludzie masowo ściągają'. Owszem, chodzenie do kina na filmy staje się dziwactwem.
byłoby optymalnie. tyle że nie wszystkie miasta mają na ludzi zdeterminowanych na tyle, by wziąć na głowę organizację 'autorskiego' festiwalu od podstaw. a skoro już przyjmujemy imprezę w wersji 'objazdowej', to siłą rzeczy skazani jesteśmy na to, co przywiezie w niesławnej 'walizce' i o takim wariancie pisze xanderek.
z moich obserwacji powodem tego był przede wszystkim repertuar (...)
Filmy nie były dość dobre żeby przyciągnąć ludzi z wysublimowanym gustem ale jednocześnie za słabe by bawić niewymagającego widza
No właśnie, to jest kardynalny błąd popełniany przez organizatorów przeglądów/ festiwali kina LGBT. Apeluję do nich o jedno: oglądajcie te filmy przed decyzją o wciągnięciu ich do swoich programów! Czy nie warto czasem lepiej pokazać jakiś wartościowy film z klasyki kina (Jarman, Fassbinder, von Praunheim) zamiast kolejnego kanadyjskiego gniota?! A jeśli jednak większość repertuaru ma stanowić kino współczesne, to proponuję przyjeżdżać np. na ENH i tam, we Wrocławiu, szukać interesujących filmów (które na pewno nie dobiegają od pewnego poziomu). O przykłady mniej lub bardziej queerowych pozycji z ostatnich edycji ENH nietrudno, np. argentyński "La Leon" Santiago Otheguya (rewelacja!), "Domena" Patrica Chihy, "Wśród drzew" Angelosa Frantzisa, "Świadkowie" Andre Techine... Także krakowska Off Plus Camera warta jest uwagi, np. świetne "Wszystkie znane mi tygrysy" Cama Archera...
Choć, Marcinie, myślę że wielu ludzi również boi pokazać się w kinie na filmie branżowym, szczególnie, jeśli jest się nie wyoutowanym lub niedawno po coming out'ie. Innym problemem jest to, że w ogóle w Polsce jest cienko z widownią, jeśli chodzi o tak zwane "ambitne" filmy. Dlatego padają studyjne kina. I to podobno się nasila, mimo że Polacy coraz częściej chodzą do... no właśnie... multipleksów. To wina braku kulturalnej edukacji i zalewania nas odmużdżającą sieczką. Moja mama, która jest prostą kobietą ze wsi, bez wykształcenia potrafiła się zachwycić pewnymi brytyjskimi dramatami, a moi koledzy magistrzy by na nich usnęli. Nasi rodzice wychowali się w lepszej epoce pod tym względem. Nie było wtedy zalewu takiej tandety i coś pamiętają z tamtych czasów a my już nie.
No i ten cholerny internet. Krew mnie zalewa jak ludzie ściągają z sieci filmy, które są dostępne na dużym ekranie i jeszcze się tym chwalą.
pochodzę z Katowic i jako koordynator KPH Sląsk pomagałem przy promocji dwóch festiwali LGBT organizowanych przez IMAGO.
skontaktowało sie z nami kino prosząc o pomoc w nagłośnieniu wydarzenia w środowisku LGBT.
roznieśliśmy ulotek, plakatów ile się dało ale na koniec i tak sala świeciła pustkami.
z moich obserwacji powodem tego był przede wszystkim repertuar oraz termin festiwalu(lipiec 2010)
Filmy nie były dość dobre żeby przyciągnąć ludzi z wysublimowanym gustem ale jednocześnie za słabe by bawić niewymagającego widza.
temat LGBT dalej nie jest na tyle codzienny zeby odważyć sie wyjść na byle jaki film. Ludzie jeśli już odważą sie wyjść do kina na film gejowski/lesbijski/bi trans to oczekują filmu który WARTO obejrzeć na dużym ekranie.
ale niestety dobrego repertuaru jak na lekarstwo.
Myślę ze to dopiero początek i to są "drobne" błędy a dystrybutorzy następnym razem dobiorą lepszy program.
Tomek
Racja i nieracja. Era Nowe Horyzonty pozostaje oczywiście poza konkurencją, Nadużyłem nazwiska na L., trzeba było poprzestać na sformułowaniu "marka WFF", który - co by nie mówić - urósł do rangi festiwalu międzynarodowej kategorii i co roku kręci się z rozmachem. Magia działa, po bilety wystają kolejki, w tym także na filmy LGBT - nawet jeśli przypadkowe. Przykład WFF użyty został wyłącznie dlatego, że projekcje odbywają się w dokładnie tych samych salach, co filmów Tongariro czy Czwartków Filmowych, a wrażenia jednak zupełnie inne :)
Druga prawda, choć są skuteczne pomysły na zapełnienie sal Muranowa, które największe oblężenie przeżywają chyba podczas festiwali "Najgorszych filmów świata". Tym ważniejszy wydaje się dobry pomysł i dobór repretuaru - zwłaszcza jeśli chce się trafić także do niehomiczej publiczności. Bo taka właściwie jest głowna myśl powyższego: gejów i lesbijek samą metką 'pedalskie' do kin przyciągnąć się nie da, z typowo 'branżowym' repertuarem lepiej chyba startować od razu na DVD.
Walpurg, byliśmy na tym samym seansie, nawet Cię widziałem:)
Od piątku będzie grany o 16:30 (na dużej sali). Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że filmów w repertuarze dwusalowego kina Światowid jest sporo (od piątku osiem!), nie jest więc możliwe, by wszystkie tytuły były grane o 18:00 czy 20:00.
Chyba śnię...
Pan Laudyn spowodował, że WFF stał się festiwalem filmów zupełnie przypadkowych. To, że w programie pojawiają się filmy LGBT, jest czystym przypadkiem. Festiwal bez wyraźnej idei, kręgosłupa, sztuczne sekcje niczym niewyróżniające się na tle pozostałych. Ten festiwal miał swój wysoki poziom w czasach, kiedy odpowiedzialny za program był Roman Gutek (który obecnie jest dyrektorem najważniejszego międzynarodowego festiwalu organizowanego w Polsce - Era Nowe Horyzonty, Wrocław).
Problem z frekwencją na filmach LGBT jest bardziej złożony niż sądzi autor artykułu. Spadek liczby widzów w kinach studyjnych jest obecny od kilku lat, przy czym oferta repertuarowa z roku na rok jest coraz bardziej złożona, bogatsza (wzrost wprowadzanych tytułów). Ta odwrotna proporcjonalność w oczywisty sposób powoduje, że stosunek "liczba widzów kin studyjnych / ilość filmów w repertuarze kina SKSiL" jest coraz mniejszy. Nie tylko na branżowych produkcjach sale świecą pustkami. Dotyczy to także niequeerowych tytułów wprowadzanych przez Against Gravity, Vivarto czy Manany
Zgadzam się, że "Nić" Attia i "Śniadanie ze Scotem" Lynda Tongariro mogło sobie darować. Jest wiele ambitniejszych pozycji LGBT. I nie jest to na pewno mdłe i banalne "Człowiek, który pokochał Yngvego" Kristiansena (emitowane ostatnio na Cinemax).