Po wieloletnich doświadczeniach w obu branżach - filmowej i gejowskiej – postrzegam fakt, że znalazło się aż trzech dystrybutorów, którzy chcą promować kino LGBT, w kategoriach cudu. I każdą z osób zaangażowanych w to przedsięwzięcie obwołałbym „santo subito”.
Nie do końca więc rozumiem pretensje, jakie zgłasza Marcin Pietras w tekście „Gdzie są różowe masy?”. Przede wszystkim zaś wydają się mi one przedwczesne.
Tongariro Releasing działa na rynku ledwie pięć miesięcy, a
Imago Film wciąż swojej działalności wydawniczej nie rozpoczęło (organizowało tylko pokazy w pojedynczych kinach, pierwsze DVD mają się ukazać w kwietniu). Z tej trójcy jedynie
Mayfly jest dystrybutorem z dłuższym stażem, ale i jego „Rainbow Collection” liczy na razie parę tytułów. Pietras pisze, że trzeba „cierpliwie sobie (...) publiczność wychować”. A więc, cierpliwości, drogi Marcinie! Na malkontenctwo jeszcze przyjdzie czas!
Warto pamiętać o jednym. Dystrybucją filmów „branżowych” zajęła się garstka osób, które inwestują własne, zarobione gdzie indziej pieniądze w interes nie tylko niepewny, ale wręcz ryzykowny. A przecież mogliby wydać tę kasę na wakacje w Egipcie, „romans w Tajlandii” albo zmywarkę do naczyń. Filmy gejowskie ściągnąć zaś - „jak wszyscy” - z netu i szlus! Nie piszę tego, by nakazać teraz oddawanie tęczowym herosom hołdów wdzięczności, lecz by uświadomić, iż tzw. polityka repertuarowa uzależniona jest zarówno od gustu i bezguścia dystrybutora, jak również (i to w większym chyba stopniu) od jego możliwości finansowych i oferty rynkowej. Pietras przywołuje w swoim tekście głośne i chwalone filmy, takie jak
„Tajemnica Brokeback Mountain” czy
„Samotny mężczyzna”. Ależ nikogo z naszej trójcy na takie hity (jeszcze?) nie stać, skoro nawet kierownictwo tak dobrze prosperującej firmy jak Gutek Film skarżyło mi się, że licencja na debiut Toma Forda była piekielnie droga!
Nie widzę jednak wśród nowicjuszy, sugerowanej przez Pietrasa, megalomanii i przekonania, że swoimi propozycjami repertuarowymi odniosą natychmiast „światowy sukces”. Zresztą, ustalmy, o jakich wielkościach tutaj mówimy? „Tajemnica Brokeback Mountain” zebrała w polskich kinach ok. 200 tys. widzów, „Samotny mężczyzna” – ok. 50 tys., a
„Wyśnione miłości” Xaviera Dolana - ok. 15 tys. Różnice są zasadnicze. Na razie, w zasięgu możliwości np. Tongariro pozostaje ten ostatni wynik, zważywszy na to, że
„Zabiłem moją matkę” nieźle się sprzedało w premierowy weekend.
Z tekstu „Gdzie są różowe masy?” można by wysnuć wniosek, że generalnie repertuar naszych kin jest zajebisty i tylko ci gejowscy nuworysze psują tę sielankę. Oczywiście, że nie jest, a co więcej, ilość i jakość z reguły nie idą ze sobą w parze. Na przykład, na seansie wychwalanego, nagradzanego i jak najbardziej „heteryckiego” filmu z Australii „Królestwo zwierząt” byłem sam jeden w wielkiej sali multipleksu.
Pietras przywołuje Warszawski Festiwal Filmowy, by dowieść, że filmy LGBT mogą gromadzić pełną widownię. Znów, takie porównywanie mrówki ze słoniem wydaje mi się nieuczciwe, zważywszy choćby na to, ile lat istnieje WFF, jakim dysponuje budżetem, jakich ma sponsorów etc. (swoją drogą, wbrew ostatniemu zdaniu tekstu Pietrasa, Stefanowi Laudynowi zdarza się pokazywać knoty). Sale zaś są wtedy pełne głównie dlatego, że na popularnych, markowych festiwalach ludzie zaliczają wszystko, jak leci. Dałbym sobie uciąć rękę, a nawet co innego, że np. film
„Bear Nation” wyciągnięty z kontekstu WFF i puszczony na zwykłym seansie, zgromadziłby jeszcze mniejszą widownię niż
„Nić”. Na festiwal Planete Doc Review publika wali drzwiami i oknami. Potem część prezentowanych tam dokumentów trafia jedynie do wąskiej dystrybucji.
Kino LGBT jest, jak to kino w ogóle, różnorodne. Naszym dystrybutorom już udało się – mimo wciąż skromnej oferty - różnorodność tę zademonstrować. Można sobie wybrać między familijnym
„Śniadaniem ze Scotem”, introwertycznymi opowieściami Sebastiena Lifshitza, a odjazdami w stylu
„The Living End”. Co kto lubi. Akurat w gustach filmowych chyba się zanadto z Marcinem Pietrasem nie różnimy. Jeśli jednak już jesteśmy przy subiektywnych kategoriach, to, jako krytyk, w gruncie rzeczy bardziej cieszę się z wydania
„Mulligans” niż
„Shortbusa”. Ten drugi film znam bowiem doskonale, ten pierwszy zapewne bym przeoczył, gdyby ktoś mi go pod nos nie podetknął.
Autor twierdzi stanowczo, że większość tytułów z oferty dystrybutorów LGBT nie powinna trafiać do kin, a, co najwyżej, ukazać się na DVD. A co on się tak tym zadręcza? To jest decyzja i ryzyko dystrybutorów, to są ich pieniądze. Mnie tylko serce krwawi, że w kinach filmy te pokazuje się z nośników cyfrowych, a nie z taśmy. No, ale tu ponownie wracamy do kwestii kosztów... Pietras zdaje się też nie dostrzegać symbolicznego i politycznego znaczenia wprowadzenia filmów LGBT do oficjalnego obrotu, zwłaszcza kinowego. Stają się one wtedy wyzwaniem rzuconym homofobii, a przestają być nielegalnymi towarami krążącymi pokątnie w sieci. Dostają recenzje w ogólnopolskich mediach, pojawiają się w repertuarze między kolejną hagiografią JP2 a następnym odcinkiem Harry’ego Pottera, wywołują dyskusje i rozmaite reakcje rozmaitych widzów. Nawet jeśli tych widzów jest w sumie tysiąc sztuk.
Pietras pisze z lekceważeniem, że „Śniadanie ze Scotem” nadaje się w sam raz do telewizyjnej ramówki na drugi dzień świąt. Obaj jednak świetnie zdajemy sobie sprawę, że ani TVP, ani Polsat, ani TVN tego filmu w drugi dzień świąt nie pokażą. I, najprawdopodobniej, nie pokażą go także przez kolejne 364 dni roku. Natomiast można go zobaczyć w kinach, a niedługo także na DVD. Mam wrażenie, że to raczej dobrze niż źle, nieprawdaż?
W tytule widzimy pytanie „Gdzie są różowe masy?” i w tekście znajdujemy odpowiedź, że ich w Polsce nie ma. Nie ma, zgoda. Ale o masy to niech się martwią menadżerowie Lady Gagi i, ewentualnie, organizatorzy Parady Równości. Ja bym się raczej skoncentrował na „świadomych odbiorcach” kultury LGBT. Może faktycznie jest ich setka w skali całego kraju, istnieje jednak szansa, że takie działania jak dystrybucja kina branżowego sprawią, iż wkrótce będzie ich 105, a za rok np. 127. Pietras twierdzi, że owi wyrobieni konsumenci żądają „filmów wybitnych, offowych, głębokich”. A skąd to uogólnienie? Czy to nie nazbyt protekcjonalny, „warszawkowy” punkt widzenia? Nie wiem, jak bardzo wyemancypowani i wyrobieni są klienci gejowskiej księgarni wysyłkowej
„Bearbook”, ale z zestawienia opublikowanego w ostatniej
„Replice” wynika, że najlepiej sprzedaje się film
„Pokój Leo”, zaliczony przez Marcina Pietrasa do grupy dzieł „o temperaturze pokojowej”. Czyli jednak polskim LGBT-owcom bliższe są „pokojowe” dramaty o trudnościach z coming outem niż wywrotowe produkcje w stylu „Shortbusa”?
By coś kategorycznie w tej kwestii stwierdzić, należałoby przeprowadzić gruntowne, profesjonalne badania terenowe. Dotrzeć do potencjalnych odbiorców w całej Polsce, zobaczyć, ilu ich jest, zapytać, jakie filmy chcieliby oglądać, na jakie gotowi byliby wydać pieniądze itd. Obawiam się jednak, że w obecnych warunkach ciężko byłoby przeprowadzić takie badania (może podrzucić kwestionariusz z pytaniami ankieterom spisu powszechnego?). Jeśli chodzi o dystrybucję kina LGBT, skazani więc jesteśmy na domysły, spekulacje, prognozy oraz, najbardziej w tej sytuacji skuteczną, metodę „prób i błędów”.
Zauważam – tu już nieco odbiegam od tematu poruszonego w tekście Marcina Pietrasa – że tzw. elity gejowsko-lesbijskie naszego kraju w arcypolski sposób postrzegają kulturę jako hierarchię. Na zasadzie, „Słowacki wielki poetą był”, a pan Kazio klecący wiersze na prowincji to niech idzie do kąta! Najważniejsza jest Kultura Narodowa oraz generalnie, wszystko co pisane dużymi literami (tak samo Pietras domaga się Kina przez duże K!). Aż się te elity rwą, by tworzyć jakieś rankingi, klasyfikacje, dzielić na lepszych i gorszych. Niedługo powołają Akademię, która będzie decydowała, komu włożyć na skroń Tęczowy Laur i kogo pochować na gejowskim Wawelu. Jednocześnie, cały czas wzmagają atmosferę rywalizacji.
Rywalizacja jest patriarchalna i heteronormatywna. Dużo bardziej queerowa wydaje mi się współpraca. Traktowanie kultury jako struktury pionowej jest natomiast anachroniczne, dziewiętnastowieczne. Ja wolę widzieć ją poziomo. By odwołać się do nieco wyświechtanej metafory ogrodu, jedni sadzą drzewa, inni podlewają kwiatki, ale liczy się wszystko, co wzbogaca i urozmaica faunę i florę. Zwłaszcza, gdy mowa o tym naszym ubożuchnym i wyjałowionym poletku LGBT.
Z zamiłowaniem do hierarchii wiąże się tez kolejny problem, mianowicie kompleks tęczowych elit wobec mainstreamowych mediów, bo to one przecież wyznaczają nowe trendy i porządki. Przejawia się ów kompleks chociażby w bezrefleksyjnym powtarzaniu na branżowych portalach tego, co np. o różnych filmach napisano w wysokonakładowych czasopismach. A jak szczytują nasi prominenci, gdy wymienią ich nazwiska w „Gazecie Wyborczej” czy „Polityce”! Nie mam nic przeciwko obecności w ogólnopolskich mediach, w końcu sam z nimi współpracuję. Ale też dlatego, że wiem, ile w nich ignorancji, manipulacji, kalkulacji, złej woli etc., zdecydowanie odradzam antyszambrowanie w redakcjach wielkich gazet. Lepiej przeznaczyć czas i energię na tworzenie obiegów alternatywnych, na wspieranie inicjatyw takich jak właśnie dystrybucja kina LGBT.
Krytykujmy się, wytykajmy sobie błędy, zgłaszajmy postulaty... Jednak na kapryszenie, marudzenie, segregowanie, selekcjonowanie, na koterie i kliki, na dawanie jednym cukierka, a innym paskiem po tyłku, będziemy mogli sobie pozwolić, gdy kultura LGBT (czy, w ogóle szerzej, kultura alternatywna) wzmocni się i ugruntuje. Powstaną - wzorem zachodnich miast – osobne sklepy z dziełami gej/les, kina co tydzień wpuszczać będą nowy queerowy film, a celebryci prześcigać się na wizji w coming outach. Itd. itp. Na razie wszyscy jedziemy na tym samym kulawym wózku. Chodzi o to, by ten wózek jakoś pchać, a nie co chwila go wywracać.
Bartosz Żurawiecki - krytyk filmowy, recenzent "Filmu" i "Przekroju", autor powieści "Trzech panów w łóżku nie licząc kota. Romans pasywny" (2005) oraz trzech dramatów zebranych w tomie "Erotica alla polacca" (2005). W tekście "O tym, którego nie ma" opublikowanym jesienią 2002 r., napisał: "Oczywiście, że jestem gejem, co deklaruję z pewną niechęcią, nie dlatego, że się wstydzę - po prostu chronicznie nie znoszę wszelkich etykietek i deklaracji (...). Ale się deklaruję, bo mam po dziurki w nosie z jednej strony różnych "życzliwych", którzy pod płaszczykiem "bezstronnej tolerancji" kryją wstydliwie własne upodobania, z drugiej - ignorantów od teologii, socjologii, psychologii itd., znających sprawę z trzeciej ręki. Np. Ręki Boskiej.".
Przepraszam, to nie jest ten link...
Właściwy to ten: http://forum.nowehoryzonty.pl/viewtopic.php?t=2375
Przy okazji: w tym roku na ENH zaprezentowana zostanie retrospektywa Jacka Smitha, awangardowego reżysera filmowego, przedstawiciela nurtu queer w Nowym Kinie Amerykańskim, prekursora filmowego campu.
Spróbujcie wpuścić do kin któryś z filmów recenzowanych przez Bartosza Żurawieckiego w "Replice". :))))))))))
:P
A na poważnie... Bardzo ciekawa rozpętała się dyskusja! Czytam z uwagą ale mam problem z ogłoszeniem zwycięzcy. To taka sytuacja, w której wydaje się, że obie strony mają rację, choć rozum mówi, że jednocześnie mieć jej nie mogą.
Ja zasugerowałam Kubie, żeby swoje oświadczenie tu wrzucili, chcieli się wypowiedzieć - szkoda, żeby przepadło, a podobne oświadczenie nijak pasuje do naszych pozostałych działów (ewentualnie pod kolejną polemiką w temacie, a nie wiemy czy takowa będzie).
Cieszę się, trochę ten brak zapowiedzi na stronie zastanawiał (jak napisałem u siebie: mam nadzieję, że to tylko przerwa na oddech). Zastrzeżenia zastrzeżeniami, a działalność warta docenienia - dlatego wciąż pilnie będę chodzić na wszystkie :D
Zgodnie z tym co gniewnie wypisałem poniżej, uważam, że zdrowa konkurencja wzbogaca - zanosi się ciekawa wiosna :)
Pozdrawiam.
Jesteśmy otwarci na różne głosy (także krytyczne), przede wszystkim ze strony naszych widzów. Pragniemy wyrazić wdzięczność za wszelkie gesty życzliwości i wsparcia ze strony osób, które podzielają nasze przekonanie o tym, że warto w Polsce rozwijać dystrybucję kina LGBT.
Przy okazji chcemy poinformować, że po pracowitym półroczu zwieńczonym sukcesem filmu "Zabiłem moją matkę", robimy w lutym krótką przerwę wydawniczą. Ale już w marcu i kwietniu powracamy z dwiema kolejnymi premierami.
Tymczasem zapraszamy do nadsyłania propozycji tytułów filmów, które Waszym zdaniem warto wprowadzić do rozpowszechniania w naszym kraju. Propozycje prosimy nadsyłać na adres: nowefilmy_(at)_tongariro.pl. Zapraszamy też do dyskusji na ten temat na Facebooku (http://www.facebook.com/pages/Tongariro-Releasing/152519201427845?v=app_2373072738&ref=ts).
Pozdrawiamy wszystkich widzów, krytyków i sympatyków kina LGBT.
Jakub Mróz
oraz zespół Tongariro Releasing