Richard Chamberlain skończył 81 lat
Jego kariera wpisuje się w długa tradycję amantów kina, którzy przez lata musieli ukrywać swój homoseksualizm. Różnica polega na tym, że Richard Chamberlain dożył czasów, kiedy mógł opowiedzieć o sobie. Zrobił to w autobiografii jedenaście lat temu. Teraz przekroczył osiemdziesiątkę.
- Krzysztof Tomasik -
Pod pewnymi względami przypominał Rocka Hudsona, innego legendarnego geja z Hollywood. Tak samo wysoki, przystojny tą kalifornijską urodą, zniewalający swym wdziękiem. Nie załapał się już na „złotą erę” kina, sławę i uwielbienie tłumów przyniosło mu nowsze medium – telewizja. Został królem małego ekranu na początku lat sześćdziesiątych, a potem zaliczył wielki powrót w latach 80. Przez cały okres kariery towarzyszyły mu plotki na temat homoseksualizmu, które najpierw dementował, a potem zbywał.
Wyjść z Los Angeles
Naprawdę nazywa się George Richard Chamberlain, ale postanowił nie używać pierwszego imienia. Urodził w Los Angeles, 31 marca 1934 roku, chociaż przez wiele lat funkcjonowała także data późniejsza o rok. Ojciec był handlowcem, matka śpiewaczką. Jak głosi legenda, bakcyla aktorstwa połknął już w college'u. Po odbyciu służy wojskowej znalazł się w szkole dramatycznej prowadzonej przez Jeffa Coreya. Jego kalifornijska uroda została szybko dostrzeżona, pod koniec lat 50. zaczął się pojawiać w serialach telewizyjnych, po raz pierwszy w „Road Hog” (1959) z cyklu „Alfred Hitchcock przedstawia”.
Debiut kinowy, od razu w dużej roli, zaliczył w „Tajemnicy czerwonej trzciny” (1960), gdzie był jednym z dwóch braci próbujących rozwikłać tajemnicę śmierci ich ojca. Kluczowy był jednak serial „Dr. Kildare” (1961-66) nadawany przez NBC. Jako przystojnego idealistę, lekarza Jamesa Kildare'a pokochały go tłumy, powodzenie serialu było zaskoczeniem nawet dla producentów, nadawany przez pięć lat przyniósł aktorowi pierwszy Złoty Glob '63, przez trzy lata (1962-1964) triumfował także w konkursie pisma „Photoplay” jako najpopularniejszy aktor.
Młody Richard Chamberlain śpiewa piosenkę „April Love”:
Ucieczka od Kildare'a
Chamberlain szybko zdał sobie sprawę, że sukces może okazać się pułapką, a on pozostanie na zawsze aktorem jednej roli. Próbował zmienić swój wizerunek gładkiego ulubieńca starszych pań, chociaż początkowo niezbyt mu się udawało. Porażką był dramat prawniczy „Zmierzch honoru” (1963), jak i pokazywany także na polskich ekranach melodramat „Radość o poranku” (1965). W zaistniałej sytuacji wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie zaczął odnosić sukcesy teatralne, których zwieńczeniem był Hamlet. Dostąpił niezwykłego zaszczytu, Anglicy obsadzili w tej roli Amerykanina po raz pierwszy od czterdziestu lat, kiedy triumfy święcił legendarny John Barrymore.
Nowy etap nastąpił także w jego występach filmowych. Zaczął pojawiać się w produkcjach ambitniejszych, a reżyserzy w mniej banalny sposób wykorzystywali jego urodę i seksualną niejednoznaczność. Tak było w „Petulii” (1968), gdzie zagrał u boku Julie Christie, a krytycy po latach dopatrzyli się w roli neurotycznego i niekochanego męża podtekstów homoseksualnych. Jeszcze odważniej osadził go skandalista Ken Russell, w „Kochankach muzyki” (1970), w zaskakującej i odważnej biografii Czajkowskiego był słynnym rosyjskim kompozytorem, który zmuszony jest zrezygnować z kochanka (Christopher Gable) i ożenić się z kobietą (Glenda Jackson).
Człowiek w masce
Gdy udowodnił, że jest kimś więcej niż tylko ładną buzią, Chamberlain wrócił do kina komercyjnego, w latach 70. zaliczył udział w szeregu filmowych hitów, szczególnie dobrze odnalazł się w kostiumie. Najpierw było więc „Trzech muszkieterów” (1973), potem „Czterech muszkieterów” (1974), z tego samego nurtu wywodził się też „Hrabia Monte Christo” (1975) i „Człowiek w żelaznej masce” (1977), po części także uroczy musical „Pantofelek i róża” (1976), filmowa wersja opowieści o Kopciuszku, w którym aktor był oczywiście przystojnym księciem. U boku wielu gwiazd pojawił się w innych przebojach dekady: „Płonący wieżowiec” (1974) i „Rój” (1978).
Wszystkie te sukcesy zostały przyćmione przez gigantyczny sukces miniserialu „Szogun” (1980), opowiadającego o pilocie okrętowym Johnie Blackhornie znajdującym się nieoczekiwanie na początku XVII wieku w feudalnej Japonii. Zagrał „innego”, który musi poradzić sobie w niesprzyjającym mu otoczeniu. Rola zaowocowała drugim Złotym Globem i przyniosła następną świetną propozycję, tym razem w „Ptakach ciernistych krzewów” (1983). To kolejna sztandarowa kreacja aktora, jako przystojny ksiądz Ralph musi wybierać między miłością do dziewczyny, która odwzajemnia jego uczycie, a karierą w kościelnej hierarchii. Znakomicie się sprawdził jako obiekt pożądania w sutannie, zdobył wówczas trzeci i jak dotąd ostatni Złoty Glob.
Nagi Richard Chamberlain i legendarna Barbara Stanwyck w „Ptakach ciernistych krzewów”:
Przygoda z Sharon Stone
Do końca lat 80. zawodowo wiodło mu się bardzo dobrze, podobały się przygodowe „Kopalnie króla Salomona” (1985) i ich kontynuacja „Quatermain i zaginione Miasto Złota” (1986), w których towarzyszyła mu młodziutka Sharon Stone. Sukcesem była też „Tożsamość Bourne'a” (1988), po latach znów przeniesiona na ekran, tym razem z Mattem Damonem w roli głównej. Nie udała się jedynie kolejna opowieść o najsłynniejszym uwodzicielu świata, „Casanowie” (1987), w której Chamberlainowi towarzyszyła cała masa znakomitych aktorek, w tym Faye Dunaway, Sylvia Kristel, Hanna Schygulla i Ornella Muti.
Wówczas nasiliły się także plotki na temat homoseksualizmu aktora, które towarzyszyły mu właściwie od początku kariery. Przeszedł wszystkie etapy stosowane w Hollywood i nie tylko, by uchodzić za heteroseksualistę. Były więc zarówno ustawiane randki dla prasy, jak i ogłaszane zaręczyny. W 1966 r. jego wybranką miała być Joan Marshall, ale do ślubu ostatecznie nie doszło.
Po latach starokawalerstwo tak przystojnego i popularnego aktora budziło coraz większe zdziwienie, dziennikarze właśnie o przyczyny „samotności” pytali coraz częściej w wywiadach. Niektóre z nich czytane dzisiaj sprawiają wrażenie, że wieczne udawanie sprawiało Richardowi trudność i chciał już wtedy zrobić coś w rodzaju coming outu. Rozmowa przeprowadzona w 1985 r. na łamach francuskiego pisma „Cine Reuve” pełna jest sugestii i niedopowiedzeń. W pewnym momencie Chamberlain mówi, że jest kimś „kto bardzo chciałby ukazać widowni swą prawdziwą twarz”. Sugeruje, że został zmuszony do „ukrywania się”: „Na początku ważne jest, żeby o młodym aktorze się mówiło, żeby został zauważony. […] Sukces wymaga zaakceptowania wszystkiego, co narzuca wytwórnia. Ja powiedziałem 'tak'”. Zapytany na końcu czy jest zakochany, odpowiedział bardzo wymijająco, domagając się prawa do prywatności: „nie mogę żyć przez dwadzieścia cztery godziny pod okiem kamery. Muszę mieć jakiś 'tajemniczy ogród' tylko dla siebie”.
Szczęśliwy osiemdziesięciolatek
Na przełomie lat 80. i 90. Chamberlain kilka razy coraz odważniej mówił o swoim homoseksualizmie, ale prawdziwy przełom nastąpił w 2003 r., gdy wydał autobiografię „Shattered Love”. Od tego czasu nie tylko otwarcie opowiada o tym jak ukrywał się przez kilkadziesiąt lat, w 2007 r. zdradzał w „Vanity Fair”: „Urodziłem się w 1934 r. Wtedy, w latach 40. i 50. bycie gejem w Ameryce było o wiele gorsze niż bycie oszustem czy mordercą. Bałem się”. Od lat znany jest też partner Chamberlaina - Martin Rabbett, młodszy o dwadzieścia lat pisarz i aktor. Poznali się w wyjątkowo romantycznych okolicznościach, bo na scenie, grali razem w sztuce gejowskiej legendy - Tennessee Williamsa, potem wystąpili wspólnie w kilku filmach, są razem od 38 lat.
W ostatnim czasie Richard pojawia się na ekranie przede wszystkim na zasadzie występów gościnnych. Zagrał w kilku serialach niezwykle popularnych wśród społeczności LGBT: „Will i Grace” (2005), „Gotowe na wszystko” (2007), „Bracia i siostry” (2010-2011). W Polsce aktor zaliczył kilka fal ogromnej popularności, pierwsza nadeszła w latach 60. wraz z emisją „Dr. Kildare'a”, następna w połowie lat 80., gdy telewizyjna jedynka pokazywała „Szoguna” i „Ptaki ciernistych krzewów”. Wówczas mieliśmy do czynienia z prawdziwą richardomanią, popularnością cieszyły się także inne filmy i seriale z jego udziałem. Niezwykle znaczące wydaje się więc, że wraz z całą masą biografii amerykańskich gwiazd dostępnych na polskim rynku, nie została przetłumaczona comingoutowa autobiografia jednego z największych amantów telewizji.
Richard Chamberlain mówi dlaczego ta późno zdecydował się na coming out:
"SHATTERED LOVE". Wiele pochlebnych recenzji,ale polskiego tłumaczenia nie ma.
Wielka szkoda.Myślę,że polskie tłumaczenie miałoby powodzenie,bo u nas to jeszcze daleka droga do akceptacji homoseksualizmu.Nie znam angielskiego i nie mogę przeczytać książki w oryginale.
Dobrze odnosisz, bo spora grupa chce mordować homoseksualistów (przeglądając profile/fp na FB, stwierdzam, że dużo z nich to fanatyczni nacjonaliści). Czy tak gadają czy rzeczywiście chcą, lepiej nie sprawdzać.
Przecież w większości komentarzach dajesz wyraz temu, że nie chcesz należeć do społeczności LGBT (nawet gdyby taki twór istniał). To o co masz teraz pretensje? O to, że nie pasujesz do mitycznej "branży", do której i tak nie chcesz należeć? Takie zachowanie do pieniactwo z Twojej strony.
Jesteś jak nastolatka, która wszem ogłasza, że nie ma zamiaru iść na imprezę koleżanki X (bo to tania su.ka), ale jednocześnie ma wielkie pretensje, że nie dostała zaproszenia.
nigdy nie dawałem wyrazu że nie chcę należeć do "społeczności" ani teraz nie mam żadnych pretensji że nie pasuję bo według mnie twór taki (jak to ładnie ująłeś) nie istnieje więc trudno żebym chciał lub nie chciał należeć do czegoś co nie istnieje... A z zacytowanego przeze mnie fragmentu wynika że twór taki jednak istnieje i na dodatek ma określony gust.
Przecież w większości komentarzach dajesz wyraz temu, że nie chcesz należeć do społeczności LGBT (nawet gdyby taki twór istniał). To o co masz teraz pretensje? O to, że nie pasujesz do mitycznej "branży", do której i tak nie chcesz należeć? Takie zachowanie do pieniactwo z Twojej strony.
Jesteś jak nastolatka, która wszem ogłasza, że nie ma zamiaru iść na imprezę koleżanki X (bo to tania su.ka), ale jednocześnie ma wielkie pretensje, że nie dostała zaproszenia.
"... w latach 40 i 50 bycie gejem w Ameryce było o wiele gorsze niż bycie oszustem czy mordercą Bałem się "
Dla wielu Polaków zamordowanie bliźniego jest czymś bardziej zrozumiałym i wybaczalnym niż bycie homoseksualistą. Takie czasami odnoszę wrażenie.
Podobno księża katoliccy mieli zakaz oglądania tego filmu od swoich przełożonych, aby nie zeszli na " złą drogę ".