Konrad Eberhardt (1931-1976)
Krytycy filmowi, nawet jeśli w pewnym okresie swojej aktywności zdobywają pewną rozpoznawalność, po śmierci zazwyczaj zostają zapominani. Tak stało się też z Konradem Eberhardtem. Bardzo dobrze, że ukazała się książka przypominająca jego życiorys i dorobek. Szkoda, że z pominięciem homoseksualizmu.
- Krzysztof Tomasik -
Książka zatytułowana po prostu „Konrad Eberhardt” pod redakcją Barbary Gizy i Piotra Zwierzchowskiego to zbiór jedenastu tekstów poświęconych ważnej dla polskiego filmoznawstwa postaci, której nazwisko kojarzy coraz węższy krąg ludzi pamiętających eseje i recenzje Eberhardta ze starych pism albo krytyków inspirujących się jego dokonaniami. Mamy tu nie tylko analizę różnych aspektów jego twórczości, ale także fakty biograficzne. Niestety, pisząc o życiu prywatnym autorzy idealnie wpisują się w tradycję przemilczania wszelkiej nienormatywności seksualnej.
Miał być pisarzem
Konrad Eberhardt urodził się 29 kwietnia 1931 roku w Lublińcu na Śląsku, ale wkrótce rodzice wraz ze swym jedynakiem przenieśli się do Warszawy. W stolicy przeżyli prawie całą wojnę, po upadku powstania warszawskiego zostali wypędzeni, ale wrócili na początku 1945 r. Już jako nastolatek Konrad pisał wiersze, początkowo chciał być pisarzem, w 1949 r. debiutował w prasie opowiadaniem „Słowacki u Grobu Świętego”. Dwa lata później zrobił maturę i zdawał na romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Nie dostał się, więc rozpoczął analogiczne studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Kultura francuska będzie dla niego ważna do końca, stamtąd pochodziła zresztą jego rodzina od strony matki.
Plany związane z byciem pisarzem szybko porzucił, chociaż pozostał w kręgu literatury. Po powrocie do Warszawy w 1954 r. zajmował się krytyką literacką, pisał przede wszystkim o powieściach francuskich. Wyjechał nawet na kilka miesięcy do Francji w 1956 r. Rok później ukazała się jego pierwsza książka, zbiór szkiców literackich „Cień buntownika”. Dość szybko zaczął jednak pisać przede wszystkim o kinie. Od 1958 r. był już stałym współpracownikiem „Ekranu”, potem także „Filmu” i „Kina”, najważniejszych wówczas pism filmowych. Trafił na dobry moment, szybko stał się jednym ze specjalistów objaśniających fenomen francuskiej Nowej Fali, sporo pisał też o polskim kinie, które za sprawą Szkoły Polskiej przeżywało bardzo dobry okres.
W głównym nurcie
Niemal od razu stał się jednym z najważniejszych krytyków filmowych w Polsce. Swoją pozycję zawdzięczał nie tylko umiejętności pisania, ale także pracowitości. Przez niespełna dwadzieścia lat aktywności zawodowej wydał kilkanaście książek i napisał setki tekstów. Nie miał jednej specjalizacji. Robił wywiady, pisał felietony, recenzje, polemiki, chętnie brał udział w dyskusjach, także telewizyjnych. Szybko reagował na nowe zjawiska, jeszcze przed „Lalką” i „Sanatorium pod klepsydrą” napisał książkę o Wojciechu J. Hasie, przyczynił się też do stworzenia legendy Zbyszka Cybulskiego tworząc jego monografię. W latach 1962-75 przygotował trzy książki-albumy prezentujące najważniejszych aktorów polskiego kina.
Czytając dziś teksty Eberhardta sprzed czterdziestu czy pięćdziesięciu lat można żałować, że nie zapoczątkował on na łamach prasy pisania o homoerotyce w kinie, prawdopodobnie nie był to jednak wówczas możliwe. Zbieg okoliczności sprawił, że jego debiut pod koniec lat 50. to także pierwsze postacie homoseksualistów w polskim kinie, epizod Wiesława Gołasa w „Tysiącu talarów” (1959) Stanisława Wohla i dwaj bohaterowie z szaletu w etiudzie szkolnej Romana Polańskiego „Gdy spadają anioły” (1959). Eberthardt o tym nie pisał, zapewne nie mógł. Byłaby to degradacja, on znajdował się w głównym nurcie, a nie na obrzeżach. Nie oznacza to oczywiście, że wątek homoseksualny w ogóle nie pojawiał się w jego tekstach, np. jako jeden z niewielu pisał o możliwej do odczytania relacji homoerotycznej między bohaterkami „Pasażerki” (1963) Andrzeja Munka.
Ucieczka w film
O jego życiu prywatnym wiadomo niewiele, w dużej mierze poświęcił je dla kina. Osoby, które go pamiętają w prywatnych rozmowach mówią, że był homoseksualistą. Jak zwykle gorzej jest w sferze publicznej. Dlatego książka o Eberhardzie naładowana jest eufemizmami i sugestiami, np. Rafał Marszałek pisze o „inności”, „osobności” i „nieuchwytnym dystansie”, jaki stwarzał Konrad, ale nie konkretyzuje co ów dystans mogło powodować i o jaką inność chodzi. Wspominane jest za to małżeństwo Eberhardta zawarte w 1963 r. z Jolantą Stawicką, opisane w następujący sposób: „Wczesny ślub, o którym sam zwykł żartować, że został zawarty 'jak przez harcerza z harcerką', krótkotrwałe małżeństwo zakończone cichym i bezbolesnym rozwodem – wydawały się mało znaczącymi epizodami dla Eberhardta, mocno związanego z matką”.
Dziś nie wiadomo jak przeżywał swój homoseksualizm, czy był to dla niego dramat, czy też niechciana część osobowości, o której starał się zapomnieć? Czy małżeństwo po trzydziestce zawarte było z miłości, czy też miało być sposobem wykorzystywanym przez wielu ówczesnych gejów, żeby oddalić od siebie „podejrzenia”? Jaką rolę odgrywała w tym bardzo silna relacja z matką z którą mieszkał do końca życia? I jakie znaczenie miały podróże koleją, które ponoć były „prawdziwą pasją Konrada”. Marszałek pisze, że „Nie dowiemy się już, czego w tych podróżach szukał”, ale można się zastanawiać czy wyjazdy z Warszawy do miejsc, gdzie był dużo bardziej anonimowy nie były spowodowane potrzebą realizacji potrzeb seksualnych.
Na szczęście w książce poświęconej Eberhardtowi jest też kilkanaście zdjęć z archiwum krytyka. Widzimy na nich jak zmieniał się Konrad, od młodego chłopaka z falującymi włosami, które z czasem coraz bardziej się przerzedzają, poprzez pozowaną fotografię na której stara się być jak najbardziej seksowny, w skórzanej kurtce i papierosem w ręku, aż do późnych zdjęć na których coraz grubszy Eberhardt starając się nadążyć za modą lat 70. ma coraz dłuższe włosy.
Przy łóżku Beata Tyszkiewicz
W wieku 45 lat życie Konrada Eberhardta zostało dramatycznie przerwane, dodatkowo w momencie niezwykłej aktywności zawodowej. Jak pisał Ryszard Koniczek: „W końcu października 1976 Konrad Eberhardt udał się do pobliskiego szpitala rejonowego z nagłymi bólami żołądka; 13-go listopada już nie żył. Lekarze po pierwszych badaniach byli zdumieni rozmiarami spustoszeń w organizmie, jakie poczynił rak. Byli zdumieni, że pacjent tak długo, do ostatniej chwili normalnie pracował. Nie było już ani ratunku, ani nadziei”. Był to cios szczególnie dla sparaliżowanej matki, którą zajmował się Konrad, Czesława Eberhardt zmarła niemal dokładnie rok po śmierci syna. Na szczęście krytyk miał też swoją divę, której wizyty były pocieszeniem w jego ostatnich chwilach, ten sam Koniczek wspominał: „Nie mogę zapomnieć błysku radości w gasnącym spojrzeniu Konrada, gdy przy jego łóżku w ciemnym kącie salki siadała Beata Tyszkiewicz”.