Idąc do kina na "Idealnego faceta dla mojej dziewczyny" nie spodziewałam się intelektualnej głębi ani artystycznego rozmachu, a zaledwie dobrej rozrywki na przyzwoitym poziomie. Dobrego aktorstwa i błyskotliwych dialogów; komentarza na temat współczesnej Polski, bo przecież o niej w gruncie rzeczy opowiada w komediowym tonie film "Idealny facet dla mojej dziewczyny". Niestety, film nie spełnia tych oczekiwań, co więcej - co jest jak myślę dla jego twórców szczególnie deprymujące - nie jest zabawny. A w przypadku komedii to oczywiście grzech śmiertelny...
- Anna Taszycka -
Idąc do kina na "Idealnego faceta dla mojej dziewczyny" nie spodziewałam się intelektualnej głębi ani artystycznego rozmachu, a zaledwie dobrej rozrywki na przyzwoitym poziomie. Dobrego aktorstwa i błyskotliwych dialogów; komentarza na temat współczesnej Polski, bo przecież o niej w gruncie rzeczy opowiada w komediowym tonie film "Idealny facet dla mojej dziewczyny". Niestety, film nie spełnia tych oczekiwań, co więcej - co jest jak myślę dla jego twórców szczególnie deprymujące - nie jest zabawny. A w przypadku komedii to oczywiście grzech śmiertelny.
Dlaczego jednak film, bazujący na satyrze fanatyzmu - z jednej strony religijnego, z drugiej ideologicznego, jaki w tym konkretnym przypadku reprezentują feministki, jest dziełem zupełnie nieudanym a momentami wręcz żenującym? Być może twórcom wydawało się, że skupiając swój film wokół tak spolaryzowanej tematyki, trafiają na żyłę złota. Niestety, przeliczyli się.
Aktorzy i twórcy "Idealnego faceta" w telewizyjnych wywiadach podkreślają, że ich film, podobnie jak ubiegłoroczna komedia duetu Saramonowicz-Konecki (scenarzysta-reżyser) pt. "Lejdis", przełamuje stereotypy dotyczące pokazywania kobiecości w polskim kinie. To prawda: bohaterki, zarówno "Lejdis", jak "Idealnego faceta", bez skrępowania mówią o swojej seksualności, są niezależne i momentami twórcze. Jednak z drugiej strony, zgodnie ze współczesnym reżimem pięknego, wysportowanego ciała, poddają się też intensywnym treningom (w "Lejdis" jest to trening w sali fitness, w "Idealnym facecie" główna bohaterka to instruktorka sztuki walki krav maga), które mają wyrzeźbić ich piękne, młode ciała. Wszystko oczywiście bez większego wysiłku, ot tak, po prostu. Niestety, próbując walczyć z jednym stereotypem twórcy filmu, wpadają w kolejny, jak się wydaje - równie szkodliwy.
Dyskredytowanie postaci feministek w polskich mediach osiąga kolejny zenit. Nie dość, że w publicznym dyskursie, również w relacjach medialnych, feminizm jest zazwyczaj traktowany jako zło, głupota i wyrafinowana fanaberia (chociaż i to podejście się powoli się zmienia, czego przykładem ostatni telewizyjny spot reklamowy PISu, iście szatański pomysł, chwalenia się przez konserwatywną partię swoimi aktywnymi działaczkami), to jeszcze dzięki "Idealnemu facetowi" kino fabularne dokłada do tego swoją cegiełkę. Już wystarczająco irytująca jest Kalina, policjantka odtwarzana przez Annę Dereszowską, nomen omen jedną z aktorek z "Lejdis", która w serialu "Złotopolscy" kreuje bezmyślną, zajadłą w swojej walce feministkę, na tyle nierozgarniętą, że odmawia badań mammograficznych (podczas, gdy w Polsce jest to nadal ogromny problem społeczny), tylko w imię źle pojętej walki o własną niezależność. Feministki,w tym również lesbijki, w "Idealnym facecie" to fanatyczki, walczące o odzyskanie wyobraźni symbolicznej (w filmie jest scena pikiety, w której pod pomnikiem Piłsudskiego aktywistki odsłaniają kolejno postacie jego życiowych partnerek), oderwane jednak od problemów prawdziwych kobiet. Bowiem, ani takie kobiety, ani ich życiowe dylematy się w tym filmie nie pojawiają. Feministki w Polsce sportretowane są jako zamożne mieszkanki wielkiego miasta, czyli Warszawy, polskiego synonimu światowej metropolii. W dodatku znak równości pomiędzy byciem feministką a byciem lesbijką jest tutaj aż nadto oczywisty. Niezbyt zabawne są również postaci "szwedzkich feministek", stereotypowych blond biuściastych piękności, które przybywają zza morza z walizką pieniędzy (czy miała to być satyra na unijne dotacje?). Nie bawi mnie to również dlatego, że sugeruje, być może wbrew zamierzeniom twórców, że feminizm został przeszczepiony do Polski z Zachodu i jako taki, nie ma nic mądrego i wartościowego do zaoferowania Polkom ani Polakom, ponieważ porusza problemy w Polsce zupełnie nieobecne. Jedyną normalną kobietą jest być może żona redaktora Plesicy, matka-Polka, grana przez wszechstronną aktorkę Kingę Preis, która wyjątkowo w "Idealnym facecie" nie miała zbyt wiele do zagrania.
Oczywiście, rozumiem, że Saramonowicz i Konecki próbowali w swoim filmie wyśmiać problemy polskiego feminizmu, uwikłanego w akademicki język i zagadnienia odległe od codziennego życia przeciętnej Polki, widziane z dystansującej od realnego życia Warszawki. Jedna z głównych bohaterek filmu Klara Rojek, grana przez Izę Kunę, to feministyczna aktywistka, rektorka Akademii Feministycznej "Wolna Polka". Oczywiście AF, pojawia się w filmie tylko i wyłącznie hasłowo, bez wnikania w specyfikę, a tym samym zostaje sprowadzona jedynie do płaszczyzny ideologicznej walki, nie bardzo w zasadzie wiadomo w imię czego. Podczas zorganizowanej przez Klarę manify, uczestniczki (tak, tak, nie ma w demonstracji ani jednego feministy) niosą znane skądinąd hasła "Moje ciało, mój wybór", "Dość piekła kobiet". Tak, tylko, że hasła te oderwane od społecznej rzeczywistości i pozbawione szerszego kontekstu, stają się jedynie pustymi sloganami, a cała manifa zaczyna bardziej przypominać chocholi taniec znany z "Wesela" niż demonstrację kobiecych żądań. O ile w "Lejdis" autorzy pokusili się o próbę stworzenia języka do opisania współczesnej seksualności Polek, o tyle w "Idealnym facecie" mamy już jedynie do czynienia z parodią akademickiej nowomowy. Co ciekawe, z ekranu nie pada ani jedno nazwisko znanej feministki czy feministy, teoretyka lub teoretyczki, tak, jakby akademicki język filmowych działaczek był oderwany od wszelkich kulturowych kontekstów. Doprawdy, boki zrywać.
Koniecznie trzeba dodać, że tytuł filmu "Idealny facet dla mojej dziewczyny" to słowa wypowiedziane przez lesbijkę, co jest jednak pewnym, wartym podkreślenia, novum w polskim kinie. To bodajże pierwszy film, w którym lesbijka tak odważnie zabiera głos -przyznaję, że to właśnie był jeden z powodów, dla których wybrałam się do kina. Niestety, widać również, że jest to film robiony przez kogoś, kto o polskiej problematyce feministycznej ma zbyt małe pojęcie; zabrakło tu nawet tak prostego zabiegu, jak delikatne chociażby odniesienia i subtelne aluzje do autentycznych postaci polskiego aktywizmu feministycznego lub choćby artystek aktywnie uczestniczących w tworzeniu polskiej kultury (chyba, że w postaci reżyserki, granej przez Marię Seweryn, dopatrywać się satyrycznego portretu Mai Kleczewskiej?). Bodaj najbardziej autentyczną postać lesbijki, która w dodatku po latach dokonuje publicznego coming outu, tworzy Danuta Stenka, aktorka jak zwykle świetna, która chwilami wręcz rozsadza ekran swoim profesjonalizmem np. w scenie, kiedy nie wiemy jeszcze, że jest lesbijką, a jej bohaterka, Teresa, ogląda w samotności film z Luną (Magdalena Boczarska) w roli głównej.
Przejrzyjmy postacie lesbijek, jaki pojawiają się w "Idealnym facecie dla mojej dziewczyny". Przede wszystkim tytułowa bohaterka, czyli Luna, która ma za sobą nieudany związek z redaktorem Norbertem Plesicą (Tomasz Karolak), po którym angażuje się w intymną relację z Klarą. Jednak nie bójmy się, Luna "tak naprawdę" nie jest lesbijką i w finale filmu bierze ślub z nową miłością swojego życia, Kostkiem (Marcin Dorociński). Klara, co prawda do końca filmu pozostaje lesbijką, a nawet zdradza Lunę z inną kobietą, ale pomimo szumnych deklaracji, w gruncie rzeczy dla pieniędzy jest w stanie poświęcić nawet swoją dziewczynę (namawia ją na udział w filmie pornograficznym, ponieważ potrzebuje pieniędzy, aby uratować Akademię wizerunek tym samym podtrzymać swój publiczny wizerunek kobiety sukcesu), wmawiając jej, że to poświęcenie dla "dobra sprawy". Kasia, grana przez Magdalenę Różdżkę, była dziewczyna Kostka, która przecież też nie jest lesbijką, tylko ją udaje, no, ale koniec końców ląduje w objęciach Klary, najwyraźniej z powodu samotności. I jest jeszcze wspomniana już Teresa, katolicka działaczka, prawa ręka ojca Leona, która w finale filmu przyznaje, że nie może się dłużej ukrywać i że przez całe życie była lesbijką. W tle pojawiają się jeszcze na drugim planie dwie blond piękności ze Szwecji i lesbijski klub, w którym dziewczyny tańczą tango. Skoro jednak w finale filmu okazuje się, że główna bohaterka nie jest de facto lesbijką, widz od razu rozumie, że nie jest również prawdziwą feministką. A skoro w tym filmie kobiety udają lesbijki, to również ich feminizm nie jest prawdziwy, to jedynie błędna droga, chwilowe zamroczenie umysłu. Koniec końców główna bohaterka filmu, instruktorka krav magi, marzy tylko o ślubie ze swoim chłopakiem, i o tym, by móc w spokoju pielęgnować jego lęki i neurozy. Na szczęście lesbijski epizod pozostaje jedynie epizodem, a na końcówce filmu udaje się Lunie i Kostkowi stworzyć szczęśliwą rodzinę i doczekać się potomka. No brawo. Nie będą nam feministki-lesbijki wmawiały, że się znają na normalności.
Jeśli chodzi o postaci gejów, to w filmie pojawia się dwóch i to w dodatku, jak się okazuje, nieprawdziwych. Jednym z nich jest tytułowy "idealny facet", czyli Kostek, który udaje geja, żeby być bliżej Luny, w której się zakochuje. Drugim gejem może wydawać się profesor Katzówna (Krzysztof Globisz), umalowany, z torebką i wielką błyszczącą broszką, ale w zasadzie status tej postaci pozostaje nieokreślony. Jeśli już - to możemy przyjąć, że Ryszarda Katzówna, która dostaje tytuł Polki roku, identyfikuje się raczej z płcią żeńską. Jeśli jednak Katzówna jest kobietą, to z pewnością lesbijką, ponieważ zdecydowanie nie pozostaje obojętna/ny na kobiece wdzięki. W finale filmu i tak okazuje się, że profesor ma syna i po latach odnajduje zagubioną rodzinę.
Konsekwencją wprowadzenia do filmu "kobiecej perspektywy" jako wiodącej jest również próba seksualizacji wizerunku mężczyzn w filmie, który zresztą rozpoczyna się znacząco od pokazania na ekranie nagich pośladków: męskich i żeńskich; ponadto mamy scenę męskiego castingu do filmu pornograficznego. Kto jednak liczy na odrobinę erotyki skierowanej do heteroseksualnych kobiet, ten może się odrobinę za bardzo przeliczyć. Panowie niby są tutaj obiektem damskiego spojrzenia, ale tak jakby jednak nie do końca, ponieważ obiecana przyjemność jest jednak dużo skromniejsza niż się można było spodziewać.
Na drugim biegunie fanatyzmu pojawia się przedstawiciel kościoła katolickiego pod postacią ojca Leona (Bronisław Wrocławski), właściciela rozgłośni "Radio zawsze dziewica". Nietrudno tutaj odczytać satyryczne zamierzenia autorów. Stereotypowe przedstawienie w filmie "pielgrzymki dziewic", rozgłośni ojca Leona i próby wykorzystania wizerunku Chrystusa (w tej roli przystojny jak zawsze Dorociński) w celu zrobienia wielkiego biznesu, nie wykraczają poza płytkie naśmiewanie się z katolickiego fanatyzmu. Wszystko to podlane oczywiście spiskową teorią dziejów i chciwością. To zresztą cecha, która w oczach autorów filmu łączy ze sobą wszystkich fanatyków (feministki i kościół katolicki, z niewielką sympatią jednak po stronie kobiet): chciwość. Dla pieniędzy i własnych egocentrycznych celów fanatyk zrobi wszystko, poświęcając nawet własną ideologię w imię materialistycznych zysków. Niestety, jak nie udało się duetowi Konecki-Saramonowicz wniknąć w autentyczne problemy polskiego feminizmu, tym bardziej nie udało się im wgłębić się w rozterki polskiego kościoła katolickiego, którego chyba nawet w oczach najbardziej zagorzałych przeciwników, po prostu nie da się sprowadzić jedynie do poziomu pielgrzymki i pewnej wpływowej rozgłośni radiowej (plus mała, ale czytelna, satyra na Piotra Rubika). Nie należy bowiem zapominać, że mieszkamy w kraju, w którym postać księdza bardzo mocno przeniknęła do kultury popularnej, co chwilę ukazując swoje nowe oblicze (księża stali się pełnoprawnymi bohaterami polskich seriali telewizyjnych m.in. "Złotopolskich", "Plebani", "Rancza" i najnowszej produkcji Telewizji Polskiej: "Księdza Mateusza").
Twórcy filmu w dodatku pozwolili sobie na pewne eksperymenty formalne, wprowadzając dodatkowo do filmu postać doktora Gebauera (Daniel Olbrychski), który pojawia się w filmie w tych miejscach, w których autorzy eksperymentują z narracją. Nie wnikając tutaj w szczegóły, po co pojawia się ta postać, należy podkreślić, że tym samym udało im się wpaść w jeszcze jeden stereotyp: pokazywania szpitala psychiatrycznego, gdzie biedni wariaci egzystują na marginesie życia społecznego, skazani na łaskę i niełaskę swoich opiekunów. W czasach, kiedy tyle osób w Polsce zmaga się z problemem depresji, kolejny stereotyp wariata, wydaje się tutaj znowu nie na miejscu. Dodam jeszcze, ze depresja głównej bohaterki oczywiście została spowodowana odejściem od niej ukochanego faceta, jakżeby inaczej.
Część z grzechów "Idealnego faceta dla mojej dziewczyny" byłaby z pewnością do wybaczenia, gdyby film faktycznie był w inteligentny sposób zabawny. Niestety, grzęznąc w kolejnych stereotypach, obraz obnaża tylko raz po raz swoją miałkość. Szkoda, że tak się to wszystko skończyło. Konecki i Saramonowicz zawiedli tym razem pokładane w nich nadzieje, a ich komedia o współczesnej Polsce okazała się zaledwie komedyjką o bandzie fanatycznych wariatów.
Anna Taszycka, doktor nauk humanistycznych, niezależna kuratorka i badaczka kultury popularnej; obecnie zajmuje się m.in. awangardą filmową oraz społecznymi funkcjami kina
Jest trochę humoru, trochę hipokryzji (ona zawsze bawi, to ukłon w stronę troszeczkę bardziej wymagającej części publiczności). Odbieranie go jako ataku na wszystkie feministki w RP jest daleko posuniętym aktem nadwrażliwości.