Książka Anny Laszuk wyszła pod koniec ubiegłego roku, a już dorobiła się statusu pozycji głośnej i dyskutowanej. Pomysł wyjściowy był zwykły i niezwykły zarazem: porozmawiać z polskimi lesbijkami. Zapytać o to jak żyją, porozmawiać na temat homoseksualizmu i ujawniania się, zastanowić czy mają podobnie doświadczenia i porównać życie teraz z tym sprzed kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. W efekcie powstała swoista antologia polskich lesbijek, która trochę nieoczekiwanie okazała się jedną z najciekawszych pozycji jaka ukazała się w ostatnim czasie na polskim rynku wydawniczym...
- Krzysztof Tomasik -
Książka Anny Laszuk wyszła pod koniec ubiegłego roku, a już dorobiła się statusu pozycji głośnej i dyskutowanej. Spotkania promocyjne z autorką odbyły się praktycznie we wszystkich większych miastach, a w samej Warszawie miały miejsce trzy publiczne dyskusje. Bożena Umińska w "Replice" uznała "Dziewczyny, wyjdźcie z szafy!" za kamień milowy "w opisie polskiej tożsamości lesbijek i w opisie polskiej rzeczywistości", ale nie obyło się też bez kontrowersji - Marin Teodorczyk na portalu Homiki.pl zastanawiał się jaki obraz historii środowiska LGBT w Polsce wyłania się z zamieszczonego na końcu zbioru kalendarium opracowanego przez Annę Górską.
Pomysł wyjściowy był zwykły i niezwykły zarazem: porozmawiać z polskimi lesbijkami. Zapytać o to jak żyją, porozmawiać na temat homoseksualizmu i ujawniania się, zastanowić czy mają podobnie doświadczenia i porównać życie teraz z tym sprzed kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. W efekcie powstała swoista antologia polskich lesbijek, która trochę nieoczekiwanie okazała się jedną z najciekawszych pozycji jaka ukazała się w ostatnim czasie na polskim rynku wydawniczym.
Jedną z głównych zalet książki jest różnorodność bohaterek. Jak napisała na okładce Kinga Dunin: "poznajemy kobiety stare i młode, lewicowe i prawicowe, zakonnice i anarchistki, romansujące na boku mężatki i lojalne partnerki, matki wychowujące dzieci, mieszkanki prowincji, dużych miast i kosmopolitki..." Niektóre z nich opowiadają całe swoje życie, inne skupiają się jedynie na pewnym jego aspekcie. Jest więc wywiad z drag kingami, opowieść dziewczyny o tym jak została naciągnięta przez oszustkę ogłaszającą się w internecie czy wspomnienie z mieszkania we wspólnocie lesbijskiej w Niemczech.
Przy okazji rozmów z kolejnymi kobietami uwidaczniają się zmiany jakie zaszły na emancypacyjnej drodze mniejszości seksualnych w Polsce. Najstarsze z bohaterek przypominają, że jeszcze nie tak dawno temat homoseksualizmu praktycznie nie istniał w przestrzeni publicznej, budowało się więc tożsamość lesbijską poprzez wyszukiwanie drobiazgów w otaczającej przestrzeni, Hanna wspomina: "Do nas do domu przychodziła taka stara lekarka, która nosiła się po męsku - garnitur, krawat, słomkowy kapelusz i laska. Uważała się za mężczyznę. Na ulicy zwracano się do niej 'proszę pana', ale u nas w domu nie pojawiało się w jej kontekście słowo 'lesbijka'. Ja od dzieciństwa nie chciałam chodzić w spódnicy, miałam natomiast swoje ulubione farmerki (tak się wtedy mówiło na dżinsy). Do szkoły nie wolno było przyjść w spodniach, trzeba było je zdjąć w szatni. Bo dziewczynka jak włoży spodnie, nie wygląda jak dziewczynka. Ponieważ ja chciałam chodzić w spodniach, kiedy już byłam starsza i coś nie było widać w moim pobliżu żadnych chłopców, to mama czasem mówiła: 'Ukłony od pani doktor X.' Nie miałam pojęcia, o co chodziło, a to była taka aluzja."
Chociaż "Dziewczyny, wyjdźcie z szafy" nie są historycznym opracowaniem sytuacji mniejszości seksualnych w PRL-u przy okazji pierwszych opowieści mamy szansę dowiedzieć się jak wyglądała ich sytuacja, kiedy nie było organizacji, pism gejowsko-lesbijskich, nie mówiąc o takowych portalach. Najstarsza z bohaterek książki - pani Basia (rocznik 1939), podobnie jak wspomniana już Hanna pierwszy klub "w którym można było zachowywać się swobodnie" zobaczyła za granicą, w Polsce nie przeczuwała nawet istnienia wspólnoty lesbijek: "Dziś mamy z koleżankami takie powiedzenie, że któraś jest (albo nie jest) 'z klubu', ale w dawnych czasach nie miałam poczucia, że w ogóle istnieje jakiś 'klub'. O poznaniu potencjalnej partnerki decydowały przypadek i własna odwaga."
Wraz z przełomem lat 80.- i 90. pojawiły się nowe możliwości zawierania znajomości, czasem zaskakujące. Tak początki swojego związku wspomina Agnieszka: "Poznałyśmy się dawno, dawno temu na dworcu Łódź Fabryczna. Żeby było śmieszniej: przy kantorze wymiany walut. Ale umówiłyśmy się na spotkanie korespondencyjnie, dzięki ogłoszeniu zamieszczonemu przez Małgosię w towarzyskiej rubryce gazety 'TOP'. Nie była to bynajmniej gazeta 'branżowa', tylko typowa gazeta z ogłoszeniami wszelkiej maści: samochody, nieruchomości, handel wszelkim dobrem i ogłoszenia towarzyskie. 'Pan szuka pani', 'pani-pana', i wreszcie 'pani szuka przyjaciółki'."
Przy okazji kolejnych rozmów uwidacznia się swoisty boom organizacyjny z którym mieliśmy do czynienia na początku lat 90. Wiedza o początkach Lambdy została zapomniana, nie mówiąc o istnieniu takich bytów jak grupa lesbijska Safo: "Safo znalazła swoje miejsce na krakowskim Kazimierzu. Stały lokal (co jest podstawą wszelkich działań) zawdzięczałyśmy nieżyjącemu już posłowi Urbańczykowi. Notabene, nie powiedziałyśmy mu wprost, że chodzi o spotkania lesbijek, mówiłyśmy po prostu o grupie kobiecej. I przez 2 lata to funkcjonowało. Miałyśmy biblioteczkę z literaturą kobiecą, lesbijską, trochę filmów na ten temat. Organizowałyśmy wyjazdy w różne miejsca Polski, zapraszając na nie wszystkie osoby, które odezwały się do nas korespondencyjnie. Przychodziły do nas listy od młodych kobiet, które straszliwie się miotały, pisały o próbach samobójczych, o jakichś nieudanych i okropnych próbach leczenia, o tragediach rodzinnych. Myślę, że Safo dawała dużo wsparcia dziewczynom z Krakowa i okolic, czasem nawet z bardzo daleka."
Dalsze perypetie Safo poznajemy przy okazji wywiadu z kolejnymi rozmówczyniami: "Safo przekształciła się w inną grupę, w czym miałyśmy swój aktywny udział. Powstał Labrys, było tam więcej dziewczyn młodych, nastąpiła pokoleniowa zmiana warty. Przez pierwsze 2 lata Labrys funkcjonował całkiem nieźle. W prasie figurowała informacja o spotkaniach, czasem okraszona moim numerem telefonu (innego nie było), co rodziło śmieszne sytuacje - na przykład kiedyś zadzwoniła do mnie koleżanka i mówi: 'Gośka, twój telefon jest w encyklopedii zdrowia!'."
Pomimo różnorodności w doborze bohaterek i indywidualnych doświadczeń jest coś co je łączy - wszystkie żyją w konserwatywnym społeczeństwie, gdzie homofobia jest na porządku dziennym. I nie chodzi tu o najbardziej drastyczne przypadki w rodzaju pobicia czy wyrzucenia z domu, ale fakt, że ze względu na orientację seksualną wolno mniej: trzeba bardziej się pilnować, nie okazywać publicznie uczuć, kombinować czy już nadszedł czas na coming out, a gdy partnerka trafi do szpitala martwić się nie tylko o jej zdrowie, ale pokonywać także mniej i bardziej formalne utrudnienia. I choć zazwyczaj mamy do czynienia z osobami dzielnymi i dobrze sobie radzącymi, jak refren powtarzają się stwierdzenia typu: "Ja oficjalnie jestem dla Julii tylko przyjaciółką", "[na uczelni] prawie nikt nie wie" czy "Gdyby pastor dowiedział się o wszystkim, zawiesiłby mnie w prawach członka zboru, to bardzo prosta i rygorystyczna procedura".
Jednak "Dziewczyny, wyjdźcie z szafy" powinny zainteresować nie tylko osoby homoseksualne, a może nawet nie przede wszystkim. Warto jeszcze raz zacytować Kingę Dunin: ta książka "to nie tylko opowieść o lesbijkach, to także fascynująca opowieść o współczesnej Polsce, której narratorkami są osoby wykluczone, a nie jak zwykle, heteroseksualni mężczyźni." Poruszona jest tu większość najważniejszych tematów ostatnich lat, choć przestawionych z pozycji osób, których zazwyczaj się nie zauważa, a już szczególnie nie w kontekście bezrobocia, emigracji, niżu demograficznego czy chorób (swoich i bliskich). Tym większa szkoda, że druga strona jest zamknięta na ten potencjał, jak dotąd w żadnym z najważniejszych dzienników i tygodników nie ukazała się recenzja książki Anny Laszuk.
Dla niektórych bohaterek książki czasy, gdy osoby homoseksualne z założenia były niewidzialne są wciąż kuszące: "Przy ludziach wymieniałyśmy tylko czułe spojrzenia, muśnięcia dłoni. To miało swój urok". Jednak całkowitego powrotu do "szafy" na szczęście już nie ma, kolejne rozmowy pokazują jak wiele w kwestii emancypacji się zmieniło. A co zrobić, żeby zmieniało się szybciej? Laszuk nie pozostawia wątpliwości, że niezbędna jest aktywność polityczna, stąd ostatnie rozmowy autorka przeprowadziła z osobami, które działają w organizacjach, wychodzą na ulicę, zajmują się teorią queer. A podstawowym aktem politycznym jest oczywiście sam coming out. To modelowa sytuacja, kiedy prywatne zmienia się w publiczne.
Anna Laszuk pisze we wstępie o swoich rozmówczyniach: "To one są prawdziwymi autorkami tej publikacji, moja rola jest tutaj drugorzędna" A jednak największe brawa należą się samej Laszuk, która wykonała gigantyczną pracę jeżdżąc przez kilka lat po całej Polsce by napisać książkę bardzo w Polsce potrzebną. Ona także namawiając do coming outu, sama nie cofnęła się przed tym krokiem.
zostanie kompletnie przemilczana.
pierwszy wywiad jest dość mocny i dołujący, kolejne są stopniowo coraz bardziej optymistyczne. choć niektóre fragmenty robią wrażenie, choćby ten w którym dziewczyna wychowana w katolickiej rodzinie i po przeszłości w zakonie, kiedy dzisiaj jest na manifestacji feministycznej, zastanawia się czy bliżej jej jest do manifestantek czy do wszechpolaków, którzy „wprawdzie okropnie się zachowują, ale są za kościołem”