Homoseksualizm w przestrzeni publicznej przeszedł w Polsce naprawdę długą drogę, od emancypacyjnych prób wprowadzenia tematu w dwudziestoleciu międzywojennym piórami środowiska literackiego spod znaku Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Ireny Krzywickiej, przez niemal całkowite nieistnienie w czasach PRL, do medialnego zainteresowania tematem-tabu w latach 90., by wreszcie kilka lat temu stać się kwestią polityczną...
W najnowszym wydaniu "Krytyki Politycznej" (11-12/2007) ukazał się obszerny tekst Krzysztofa Tomasika o polskim ruchu LGBT oraz jego politycznych aspektach. Publikujemy wybrane fragmentu tego artykułu. Zainteresowanym polecamy gorąco lekturę całego tekstu, który opublikowany został pod tytułem "Lewica dla gejów. I lesbijek!".
Homoseksualizm w przestrzeni publicznej przeszedł w Polsce naprawdę długą drogę, od emancypacyjnych prób wprowadzenia tematu w dwudziestoleciu międzywojennym piórami środowiska literackiego spod znaku Tadeusza Boya-Żeleńskiego i Ireny Krzywickiej, przez niemal całkowite nieistnienie w czasach PRL, do medialnego zainteresowania tematem-tabu w latach 90., by wreszcie kilka lat temu stać się kwestią polityczną. W tym ostatnim wypadku decydujące okazały się szczególnie trzy wydarzenia: kampania społeczna "Niech nas zobaczą", senacki projekt ustawy Marii Szyszkowskiej o związkach partnerskich i zakaz Parady Równości, który wydał w 2004 roku Lech Kaczyński, ówczesny Prezydent Warszawy.
Przełom ustrojowy 1989 r. także geje i lesbijki powitali z entuzjazmem i nadzieją. Nieliczni badacze i badaczki zajmujący się historią ruchu LGBT w Polsce podkreślają, że na początku lat 90. można mówić o silnej aktywizacji środowiska, na fali "upadku komuny" sporą część gejów i lesbijek rozpierała energia, powstawały kluby, czasopisma, w wielu miastach powoływano kolejne oddziały Stowarzyszenia Lambda. Ukazały się wówczas pierwsze krajowe powieści dotyczące homoseksualizmu oraz liczne przekłady pozycji zagranicznych, zarówno poradników, klasyki, jak i literatury popularnej. Pojawili się także pierwsi politycy wspierający postulaty środowisk gejowsko-lesbijkich, a ponieważ były to osoby z różnych organizacji, ważne i powszechnie szanowane, tylko kwestią czasu wydawał się moment, gdy któraś z partii na poważnie zajmie się kwestią równouprawnienia mniejszości seksualnych.
Temat pojawił się także w mediach, początkowo odgrywając rolę niewyobrażalnego dziwactwa, które można społeczeństwu pokazać, a przy okazji przybliżyć. Przedstawiana w taki sposób tematyka wkroczyła do kolorowej prasy i programów typu talk-show w telewizji. Dzienniki i tygodniki opinii, podobnie jak najważniejsi w państwie politycy, niechętnie poruszały tę kwestię, ale jednocześnie obowiązywała pewna niepisana zasada eliminująca ekstremalne zachowania czy wypowiedzi. Stąd tak szybko przyjęło się w Polsce słowo "gej", tym tłumaczyć należy także zdymisjonowanie przez premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego wiceministra zdrowia Kazimierza Kapery, gdy ten nazwał homoseksualizm zboczeniem i przypisał mu winę za rozprzestrzenianie się epidemii AIDS. Jeszcze w emitowanym w 1995 roku na antenie Polsatu programie "Na każdy temat" z udziałem lesbijek, nie było antagonistów, a jedyną komentatorką okazała się feministka, szefowa stowarzyszenia Pro Femina - Ewa Dąbrowska-Szulc.
To obowiązujące praktycznie do końca lat 90. minimum, funkcjonujące w mainstreamie, miało swoje dobre strony, ale jednocześnie w pewien sposób blokowało prawdziwą debatę na temat praw mniejszości seksualnych, w gruncie rzeczy tworząc złudzenie, że w tej kwestii wszelkie problemy zostały już przerobione, a stanowiska skrajne pozostają na marginesie. W rzeczywistości mieliśmy raczej do czynienia z przedłużeniem sytuacji, która istniała w PRL, gdyż mimo oddolnej inicjatywy temat nie przenikał do powszechnej świadomości, pozostając ciekawostką i nie przekładając się na życie publiczne. Legalizacja związków partnerskich w Danii w 1989 roku, a także podobne ustawy przyjmowane później w kolejnych krajach początkowo w bardzo niewielkim stopniu były relacjonowanie przez polskie media. Prawdziwy odzew pojawił się dopiero w 2003 r., gdy w Holandii odbył się pierwszy ślub pary homoseksualnej. Prawdopodobnie wówczas zrozumiano, że to, co dzieje się "tam", odnosi się także do tego, z czym i tutaj prędzej czy później będzie trzeba się zmierzyć.
Druga strona medalu
Odpowiedzią na te dość nieśmiałe próby emancypacji i upolitycznienia kwestii mniejszości seksualnej stało się narastanie homofobii w życiu publicznym. Towarzyszy temu jednak nie tylko lekceważenie tego realnie występującego zjawiska, ale nawet zaprzeczanie istnienia samego słowa "homofobia". Szczególnie uwidoczniło się to przy okazji przyjętej 16 czerwca 2006 r. rezolucji Parlamentu Europejskiego "w sprawie nasilenia przemocy powodowanej rasizmem i homofobią w Europie".
W dokumencie wymieniono konkretne przypadki nietolerancji, które zostały potępione, a kraje członkowskie wezwano "do zwrócenia odpowiedniej uwagi na zwalczanie rasizmu, seksizmu, ksenofobii i homofobii zarówno we wzajemnych relacjach, jak i w stosunkach dwustronnych z krajami trzecimi". Polsce poświęcono sporo miejsca, pisząc o udziale Ligi Polskich Rodzin w rządzie i wypowiedziach Wojciecha Wierzejskiego, działalności Radia Maryja, napaści na Naczelnego Rabina Polski, zwolnieniu Mirosława Sielatyckiego, dyrektora Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli, oraz likwidacji urzędu pełnomocnika ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Rezolucja została powszechnie skrytykowana, jako jeden z pierwszych zrobił to Władysław Bartoszewski: "Kategorycznie przeciwstawiam się opinii, że Polska odgrywa jakąś szczególnie negatywną rolę, jeśli chodzi o antysemityzm w Europie" - powiedział agencji KAI. Te słowa byłego szefa MSZ wydają się symptomatyczne, Bartoszewski zwraca uwagę jedynie na antysemityzm, całkowicie pomijając homofobię.
Jeszcze dalej poszedł Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, odpowiadając na rezolucję. W uchwale z 23 czerwca 2006 r. napisano, że Sejm "utożsamiając się z judeochrześcijańskim dziedzictwem moralnym Europy, nie może aprobować wprowadzenia do dokumentów Unii Europejskiej pojęć w rodzaju 'homofobia'." To jeden z najciekawszych fragmentów tego dokumentu. Można wnioskować, że terminy takie jak rasizm, ksenofobia, seksizm nie przeszkadzają parlamentarzystom. Te zjawiska istnieją, choć oczywiście nie w Polsce. Natomiast o homofobii nawet nie wolno wspominać. Parlamentarzyści liczyli najwyraźniej, że delegalizacja terminu uniemożliwi dyskusję o realnie występującym zjawisku. Za późno.
Krzysztof Tomasik
Fragment tekstu "Lewica dla gejów. I lesbijek!", całość w najnowszym numerze pisma "Krytyka Polityczna" (nr 11-12/2007). W powyższym fragmencie opuszczono przypisy.
"Jeszcze dalej poszedł Sejm Rzeczpospolitej Polskiej, odpowiadając na rezolucję. W uchwale z 23 czerwca 2006 r. napisano, że Sejm "utożsamiając się z judeochrześcijańskim dziedzictwem moralnym Europy, nie może aprobować wprowadzenia do dokumentów Unii Europejskiej pojęć w rodzaju 'homofobia'." ....
Boże, jeżeli istniejesz! Co za kołtuny mogą wypowiadać takie rzeczy! Przecież homofobia to jedno z najgorszych uprzedzeń i rodzajów nienawiści, który - w krańcowych przypadkach - może nawet prowadzić do miejsc pogromów... Ech. Straszne. Takie wypowiedzi czasami umykają społeczności gejowskiej i międzynarodowej. Trzeba je nagłaśniać na cały świat i zwalczać...
A tekst Krzysztofa Tomasika jest bardzo interesujący i świetnie napisany.
Lubię czytać teksty Krzyśka (może za wyjątkiem "Dyskursu w pigułce" ze strony www KP) :-) Stylowo przypominają mi tok narracji Janiny Paradowskiej. Mam nadzieję, że Krzysiek się za to porównanie nie obrazi, bo - przynajmniej dla mnie - to komplement.