Polityka historyczna LGBT?
15 i 16 listopada minęła kolejna, tym razem dwudziesta czwarta, rocznica rozpoczęcia operacji pod kryptonimem Hiacynt, która przeprowadzona przez Milicję we współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa na zlecenie Czesława Kiszczaka miała na celu rejestrację osób homoseksualnych w całym kraju, a środkiem do tego celu były aresztowania, wymuszanie zeznań, namawianie do współpracy, zakładanie teczek.
- Krzysztof Tomasik -
Kolejna rocznica akcji Hiacynt przeszła niezauważona. Poza audycją Katarzyny Szustow w radiu Roxy Fm, w której miałem przyjemność brać udział, nigdzie nie pojawiły się informacje czy teksty upamiętniające to wydarzenie, choć możliwości nie brakowało - np. 20 listopada w Magazynie "Dziennika Gazety Prawnej" ukazał się obszerny wywiad z Czesławem Kiszczakiem, gdzie generała zapytano o wszystkie najważniejsze kwestie z czasów szefowania MSW, jedynie akcja Hiacynt nie zaistniała w rozmowie. W 2004 r. pisałem na łamach Innej Strony: "Akcja Hiacynt (...) jest słabo zbadana i nieznana nawet samym gejom i lesbijkom. Przyczyna tkwi przede wszystkim w braku badań historycznych na temat mniejszości seksualnych". Minęło pięć lat i nic się w tym względzie nie zmieniło, wciąż nie wiemy jakie były prawdziwe powody przeprowadzenia tej operacji, do kiedy trwała, ile osób objęła, a nawet gdzie znajdują się zgromadzone wówczas dokumenty nazywane "różowe akta". Milczą także sami uczestnicy tamtych wydarzeń. Przede wszystkim jednak Akcja Hiacynt nie istnieje w powszechnej świadomości jako ważne wydarzenie, przykład represyjnego stosunku władz późnego PRL-u do osób homoseksualnych.
Niestety, nic nie zapowiada, aby postulat systematycznego zbadania życia mniejszości seksualnych w Polsce poprzednich epok został szybko zrealizowany, a tymczasem paląca staje się potrzeba opisania początków ruchu LGBT, który ma już 20 lat. W międzyczasie dorosło całe pokolenie urodzone na przełomie lat 80. i 90., które o wydarzeniach tamtych lat nie ma żadnego pojęcia, ale nie ma także możliwości zdobycia tych informacji. Historia gejów i lesbijek w powszechnej świadomości zaczyna się w okolicach roku 2003, a więc wraz z "Niech nas zobaczą", okresem zakazanych Parad i Marszów Równości, kiedy homoseksualizm na dobre stał się kwestią polityczną. To co było wcześniej pozostaje właściwie "białą plamą". Tymczasem przełom '89 roku zaowocował jednym z najciekawszych okresów polskiego ruchu LGBT. Co prawda próby budowania jedności grupowej zaczęły się już wcześniej, ale to dopiero zmiana ustrojowa sprawiła, że wśród gejów i lesbijek wybuchła eksplozja aktywności, osoby homoseksualne uwierzyły, że wraz z upadkiem PRL stają się pełnoprawnymi obywatelami, zyskują podmiotowość i możliwość działania. Właśnie wtedy otwarto pierwsze oficjalne knajpy gej-les, ale przede wszystkim zaistniało mnóstwo inicjatyw emancypacyjnych. Już w czerwcu '89 opracowano statut Stowarzyszenia Grup Lambda, mającego działać na terenie całego kraju, na początku była to Warszawa, Gdańsk i Wrocław. Lambdę udało się zarejestrować w lutym 1990 roku. W tym samym roku powstał dokument "Jestem kim jestem", gdzie po raz pierwszy geje i lesbijki wypowiadają się nie ukrywając twarzy. Jednocześnie pojawiają się publiczne coming outy, na łamach popularnego tygodnika "Kobieta i Życie" mówi o sobie aktor Marek Barbasiewicz, homoseksualizmu nie ukrywają także pisarz Jerzy Nasierowski i wokalista zespołu Balcan Electrique - Sławek Starosta.
Ciekawym zjawiskiem przełomu lat 80. i 90. była wielość czasopism, które zazwyczaj nie utrzymywały się długo na rynku, ale już sama liczba ofert i ambitne założenia wydawnicze mogą budzić podziw. W czerwcu 1990 roku zadebiutował wydawany w Poznaniu miesięcznik "Inaczej", w sierpniu warszawskie "Okay", a we wrześniu gdyńskie "Filo" - pierwsze magazyny gejowsko-lesbijskie dostępne w kioskach Ruchu. Rok później dołączył do nich kolejny tytuł "Nie? Tak! Gayzeta" i jego kontynuacja "O zmierzchu". Poza oficjalnym obiegiem wychodził łódzki "Kabaret" i lesbijska "Sigma" z Torunia. Poszerzyła się także oferta książkowa, właśnie wówczas pojawiła się pierwsza fala literatury emancypacyjnej do której zalicza się "Zakazaną miłość" Tadeusza Gorgola, "Ból istnienia" Marcina Krzeszowca, "Nie znany świat" Antoniego Romanowicza i nieco wcześniejsze "Gorące uczynki" Witolda Jabłońskiego. Do tej kolekcji trzeba dodać "Leksykon kochających inaczej" Andrzeja Selerowicza i antologię "Dyskretne namiętności" oraz przekłady: "Nie oglądaj się w stronę Sodomy", "Mój Giovanni", "Teleny", "Mój syn kocha mężczyzn". Niesłychanie ambitnym projektem była zapoczątkowana w 1992 roku przez wydawcę "Okay" - Włodzimierza Antosa seria poezji homoerotycznej w której znalazły się m.in. tomiki Krzysztofa Boczkowskiego ("Romeo i Romeo") czy Tadeusza Olszewskiego ("Jesień z Audenem"). Także w 1992 roku pojawia się pierwszy osobisty opis życia osoby transseksualnej w Polsce - "Byłam mężczyzną" Ady Strzelec.
Jednocześnie trzeba bardzo wyraźnie zaznaczyć, że ta wielość inicjatyw w żaden sposób nie przebiła się do głównego nurtu, zarówno pisma jak i książki, przeszły właściwie niezauważone. Pierwsza fala emancypacji była więc właściwie zjawiskiem skierowanym do wewnątrz, obliczonym na budowanie środowiska, budzenie poczucia jedności środowiskowej. Osobną kwestią pozostaje pytanie na ile te zamierzenia były możliwe do zrealizowania. Nie jest chyba przypadkiem, że nikt z działających wówczas osób nie bierze już udziału w ruchu LGBT, czytając zestawienia nazwisk Zarządu Lambdy z początku lat 90. stykamy się w większości z anonimowymi nazwiskami.
Nie pozostaje nic innego jak przypominać o istnieniu wielu "białych plam" w historii gejów i lesbijek w Polsce. Cieszy pojawianie się takich inicjatyw jak internetowa Inna Historia czy bardzo interesujący tekst Błażeja Warkockiego o homoseksualności w PRL-u ("Krytyka Polityczna", nr 16-17) i pozostaje mieć nadzieję, że są one zwiastunem bardziej całościowych projektów. Biorąc pod uwagę, że co roku kilkaset osób kończy polskie uczelnie na wydziałach historycznych wydaje się właściwie niewiarygodne, że ruch gejowsko-lesbijski nie doczekał się dotąd swojego kronikarza czy kronikarki.
Gdyńskiego "Filo" nigdy nie było! :)
do tej pory myślałem, że jakiekolwiek tworzenie się inicjatyw homoseksualnych to w dużej mierze ostatnia pięciolatka. Wiedziałem, że kiedys cos tam istniało, ale wydawało mi się, że były to tworzywa krótkie bez szczególnego znaczenia. Po tym artykule wiem już, że poza chlebem istnieją też bułki:) :p
za tego typu artykułu uwielbiam IS:)
tia, wypieki nawet od oglądania okładki Inaczej czy Filo w kiosku :) i ten strach przed pójściem na Śniadeckich :)